Ariana Nagórska - Nisza Koziorożca - Rewanż wybrańców

Rewanż wybrańców

          Od kilku lat obserwując wyniki wyborów w kraju, zastanawiałam się, kiedy wreszcie Madejowe łoże, które społeczeństwo z własnej woli sobie pościeliło, tak naiwniakom dopiecze, że im rozum (choć z trudem) zacznie na właściwe miejsce wracać. Myślałam, że za swej ziemskiej wędrówki raczej tego nie doczekam, tymczasem już z początkiem 2012 roku ujawniły się optymistyczne symptomy z taką tęsknotą oczekiwanych buntów obywateli. W związku z nowelizacją ustawy o refundacji leków zaprotestowali zrobieni w konia lekarze i aptekarze, kierowcy blokowali drogi z powodu horrendalnych cen paliw, objawiła się też prawdziwa potęga – protestujący przeciwko cenzurze w sieci INTERNAUCI. Tyle od lat gadano, że młodzież jest zupełnie nieaktywna politycznie, tymczasem okazało się, że w sprawach dla nich ważnych potrafią się solidarnie skrzyknąć w kilka godzin i nawarzyć piwa pradziadkom wyznaczonym „do spraw cyfryzacji" z partyjnego rozdzielnika. Jakiś ministerialny niedorzecznik kompromitując się zapewniał, że to nie hakerzy zablokowali internetowe strony rządowe, tylko po prostu tak liczne rzesze obywateli chciały te strony czytać (!), że nastąpiło „przeciążenie serwerów".
          Przez kilka ostatnich lat społeczeństwo wydawało się cierpliwe niczym wół w kieracie, ale na szczęście arogancka władza nareszcie przesadziła! Skrajnie zdemoralizowana ciągłymi wyborczymi zwycięstwami zaczęła (do pewnego stopnia słusznie) lekceważyć masochistycznych wyborców, którzy  „nie widzieli żadnej lepszej alternatywy wobec  rządów Platformy Obywatelskiej". Monopolista raczej nie ma zwyczaju liczyć się z byle kim (a byle kim jest każdy spoza monopolu). Jako osoba dobrze pamiętająca PRL nigdy nie wątpiłam, że otrzymywanie stanowisk z nominacji partyjnej nie ma  ŻADNEGO związku z kwalifikacjami. Stąd właśnie bierze się „słabe zaplecze merytoryczne rządu" – jak fachowo i elegancko określił ten stan rzeczy pewien dziennikarz. „Słabe zaplecze merytoryczne rządu" nie oznacza jednak wcale niemocy w poczynaniach wrogich obywatelom.
          Obywatel w „państwie opresyjnym" (to celne określenie z radiowej dyskusji) powinien zawczasu przewidywać, jakie przykre numery mogą mu wykręcić wybrańcy narodu w rewanżu za to, że tak głupio ich wybrał (niegłosujący też daje pełne przyzwolenie na szkodliwy społecznie wynik wyborów!).
O wzroście cen i bezrobocia wiedzą akurat wszyscy, mogą być jednak inne nie mniej uciążliwe opresje, których wielu nawet się nie domyśla. Na początek warto wiedzieć przynajmniej tyle, że dęte deklaracje o dążeniu do stworzenia  tzw. społeczeństwa obywatelskiego to tylko propagandowy slogan, mający zatuszować fakt, że obywatel wszędzie traktowany jest jak piąte koło u wozu. Ponieważ w latach 90. marnowałam wiele czasu na czytanie tak zwanych „opiniotwórczych" pism literackich, nieraz trafiałam tam na „szeroko zakrojone dyskusje" o literaturze, w których jednak wypowiadać się mogli tylko sami swoi, zaproszeni po znajomości przez redakcje. Pozaukładowcy prawa głosu nie mieli. Tym, którzy naiwnie sądzili, że są to „spontaniczne wypowiedzi pisarzy i czytelników", doradzałam, by sami zabrali głos w takich dyskusjach, a przekonają się, że nikt ich opinii nie opublikuje. Dzięki takim doświadcze- niom przynajmniej niektórzy stracili nieuzasadnione poczucie wolności słowa na łamach prasy ponoć prestiżowej. „Dyskusje" o projektach niebezpiecznych zmian w przepisach dotyczących Internetu też toczyły się wśród samych swoich i na dodatek w pełnej konspiracji (na szczęście jednak, dzięki BOHATEROM-HAKEROM, społeczeństwo dowiedziało się o tych pokątnych machinacjach).

         W jednej z dzielnic Gdańska od miesięcy zachęcano mieszkańców do aktywności obywatelskiej  i zgłaszania własnych uwag na temat planów zabudowy tej dzielnicy. Do znudzenia powtarzano, że ich opinie są bardzo istotne i będą brane pod uwagę. Ponieważ rozbuchany projekt progeszefciarski przewi- dywał zabetonowanie wielkich przestrzeni, budowę wieżowców i kolejnych hipermarketów, przy czym to, co dla mieszkańców najważniejsze (np. przystanki autobusowe) miało być usunięte głęboko pod ziemię – zastrzeżeń i protestów siłą rzeczy było niemało. Dziesiątki godzin ludzie poświęcili na różne zebrania i opracowywanie swych postulatów. Tymczasem niedawno rada miasta przyjęła projekt w wersji pierwotnej, bez żadnych poprawek, całkowicie ignorując obywatelskie opinie. Nie ma się co dziwić, bo przecież od ponad 20 lat do rządzenia tym miastem obywatele demokratycznie wybierają właśnie ekipę antyobywatelską!
          A oto kilka innych „udogodnień" przewidzianych na najbliższą świetlaną przyszłość. Wkrótce wiele sądów w mniejszych miejscowościach będzie zlikwidowanych. „Ruch to zdrowie" – nikomu więc nie zaszkodzi jechać z najdrobniejszą sprawą do dużego miasta. A że sprawy w sądach ciągną się latami, rekreacja będzie permanentna. Rozkwitnie przy okazji turystyka i hotelarstwo, ponieważ dla osób bez samochodu wyjazd z całkiem licznych mniejszych miejscowości do większego miasta wiąże się z koniecznością załatwienia tam noclegu, bo symboliczna komunikacja publiczna nie daje żadnych możliwości powrotu do domu w dniu wyjazdu.
         Gdy człowiek młody wybierze sobie określoną szkołę, musi się liczyć z tym, że w toku nauki zostanie ona zlikwidowana, a urzędnicy wyznaczą mu, gdzie ma się tułać w poszukiwaniu wiedzy. Owszem, to bardzo cenne, gdy młodzież czuje się związana ze swoją szkołą i (często razem z nauczycielami) wytrwale protestuje przeciwko jej likwidacji, niemniej jednak urzędnicy po to siedzą na stołkach, by wiedzieć, że szkół jest za dużo. Jak im życzliwy naród da jeszcze trochę porządzić, wystąpi zależność: IM MNIEJ SZKÓŁ, TYM WIĘCEJ URZĘDNIKÓW.
          Kończy się też eldorado emerytów i to nie tylko dlatego, że o starości obywatela bezczelnie decydować będą dożywotni-całodobowi (tak określam tych, którzy z braku innych zainteresowań cały czas swego życia chcą poświęcić pracy zawodowej i drugich też do tego zmusić). Można także na różne inne sposoby zajść za skórę „leniom", którym zachciało się emerytury. W jednym z pomorskich miast antyobywatelscy zasłużyli sobie na miano prekursorów w skali kraju, ich pomysł więc na pewno prędzej czy później będzie upowszechniany. Otóż zauważyli oni, że „nie jest sprawiedliwe", by wszyscy emeryci mieli prawo do ulgowych przejazdów w autobusowej komunikacji miejskiej. Są przecież emeryci starsi i młodsi, a ci młodsi na dodatek prawdopodobnie podróżują częściej. Można więc sporo zaoszczędzić, przyznając tę ulgę dopiero od pewnego wieku. Na początek trzeba ją zabrać tym, co przeszli na emerytury wcześniejsze, a następnie stopniowo bić po kieszeni coraz starszych. Przy okazji innowatorska refleksja urzędników objęła też najstarszych, którzy mają prawo do przejazdów bezpłatnych. Przecież długość życia wskutek  oszałamiającego dobrobytu tak wspaniale wzrosła, że kto jeszcze niedawno uchodził za staruszka, dziś jest dopiero u progu wieku średniego i prawo do darmowego przejazdu autobusem z racji wieku pewnie by go obraziło! Myślę, że pierwszy darmowy przejazd miejskim autobusem w 90. urodziny to byłby najwłaściwszy prezent! Naturalnie do czasu, bo w dalszej perspektywie należy zadbać, by nawet chwat  co przeżył nam sto lat, nie przysparzał państwu strat!
           Na zakończenie dodam, że podwyżkę opłat za przedszkola można optymistycznie uznać za bardzo wychowawczą, bo uświadamiającą narodowi, że edukacja od najmłodszych lat kosztuje, jednak na przyszłe rządy może nie mieć wpływu. Jeśli obecne preferencje wyborcze rodaków nie ulegną zmianie, właśnie pociechy mniej biegłe w naukach, gdy dorosną, zostaną wybrane do władz!                              

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org