Rafał Berger - Ratujmy wspomnienia

Najpiękniejsze i najprawdziwsze historie zapisane są w losach zwykłych ludzi.
Przemijają pokolenia, znikają niezapisane historie. Musimy zatrzymać wspomnienia ludzi, których historie życia sprawiają, że tak naprawdę są oni niezwykli. Ciąży na nas obowiązek uratowania tych wspomnień. Znamy historię zapisaną na kartach podręczników i naukowych książek. Jednak wielu z nas, być może każdy czytający ten tekst, znajdzie w swoim otoczeniu osoby, które uczestniczyły w wydarzeniach opisanych w podręcznikach. Czas mija nieubłaganie i mamy ostatnią szansę, aby uratować ich historie. Chwyćmy za urządzenia nagrywające, dyktafony, komputery, mogą być magnetofony, jeżeli jeszcze ktoś używa. Zapisujmy historie ludzi, którzy odejdą bezpowrotnie.
W artykule „Ratujmy wieże", gdzie apelowałem o ratowanie pięknych wież ciśnień, aby nie zniknęły z naszych krajobrazów, przywołałem działalność społeczności łemkowskiej z okolic Gorzowa. I teraz mogę sięgnąć do ich mądrości. Oto leżą przede mną dwa tomy książek „Z łemkowskiej skrzyni- cz. I- Opowieści z Ługów i okolic" (Strzelce Krajeńskie 2003) oraz cz. II „Opowieści z Brzozy i okolic" (Strzelce Krajeńskie 2004). Są to opowieści ludzi trzech pokoleń zebrane w większości przez dzieci i młodzież. Część tych wspomnień to głos najstarszych Łemków, ludzi gór wysiedlonych w nizinne okolice Gorzowa Wielkopolskiego w roku 1947. Prosty i piękny język tych opowieści, autentycznych wspomnień sprawia, że czyta się to jednym tchem. Otwieram losowo karty z cz. II „Z łemkowskiej skrzyni":
Wigilia, podobnie jak w polskiej kulturze, to najbardziej uroczyste święto w roku. Inne są jednak nasze tradycje. W górach zimą temperatura dochodziła do minus trzydziestu stopni, mimo tego rozpoczynaliśmy wieczerzę wigilijną od mycia się w dopiero co przyniesionej ze studni wodzie. Ojciec wlewał wodę do dużej miski na środku pokoju i wrzucał do niej kilka monet. Wszystkie dzieciaki musiały umyć twarz tą wodą i monetami, żeby były zdrowe przez cały rok. Potem tata szedł do obory i dawał bydłu po kawałku chleba z czosnkiem, moczonym w miodzie. Po jego powrocie zasiadaliśmy do stołu nakrytego białym obrusem, na którym mama rozsypywała pszenicę i trochę drobniutkiego siana. Na stole stała biała świeca w glinianym naczyniu, obsypana siemieniem lnianym lub pszenicą, paliła się przez cały posiłek. W kącie zawsze stało wiaderko, do którego wrzucało się po trzy łyżki każdego dania- to miało przynieść szczęście domowi. Potem należało to dać zwierzętom. Opłatka u nas nie było, dzieliliśmy się za to czosnkiem, moczonym w miodzie, abyśmy byli zdrowi jak ten czosnek. Potem jedliśmy grzybki w specjalnym sosie i kisełycię-żurek z owsianej mąki(…)Oprócz tego jedliśmy ziemniaczki smażone lub gotowane. Następną potrawą były pierogi z kapustą i grzybkami, a dla dzieci z marmoladą, poza tym bób gotowany i kapusta z grochem. W wielu łemkowskich domach jadło się kutię, ale moja mama nigdy jej nie robiła. Do picia przygotowywano kompot z suszonych owoców. Choinki były, ale nie ubieraliśmy ich bombkami, gdyż ich po prostu nie było. Przystrajaliśmy je malowanymi wydmuszkami, bibułą, piernikami, cukierkami, jabłkami, tym co kto miał. Po wieczerzy wigilijnej, około ósmej, dorośli szli do cerkwi na poweczerja-nabożeństwo wieczorne…"
Zwróćmy się do naszych najbliższych, rodziny, sąsiadów, znajomych, których wspomnienia są żywą historią zdarzeń ważnych, ciekawych i wartych opowiedzenia z perspektywy ich cichych bohaterów. Opowieść frontowa jest ciekawsza, gdy opowiada ją szeregowy żołnierz, a nie generał znany nam z podręczników do historii.  Zwróćmy się do tych, którzy pamiętają dawne zwyczaje, obrzędy, zachowania kulturowe, które należy ocalić od zapomnienia.
W dobie tak powszechnej informatyzacji nagranie takich wspomnień może zrobić każdy, także tak „zhumanizowany technicznie ignorant" jakim jestem np. ja. Pięć lat temu nagrywałem wspomnienia Macieja Konopackiego o jego ojcu Hassanie i wysiedleniu ich w roku 1946 z Wilna do Polski- do Bydgoszczy (powstała z tego książka „Hassan Konopacki- Tatar, muzułmanin, bydgoszczanin" – wydana w roku ubiegłym). Dwa lata temu wraz z żoną chwyciłem za dyktafon (pewnie każdy z nas ma taki w telefonie komórkowym), aby nagrać wspomnienia ciotki mojej żony-Elżbiety, która pamięta wydarzenia, jakie miały miejsce na Ukrainie w latach 1943-1944. Jej rodzina mieszkała w powiecie stanisławowskim, niedaleko Rohatyna w miejscowości Radwanów. Przytoczę fragment tych wspomnień:  
Moja matka urodziła się w Radwanowie, co uchroniło nas od wywózki na Sybir w roku 1940. Niedaleko od Radwanowa z miejscowości Garbki mieszkało dużo ludności napływowej i to właśnie ich wywożono. Nasza rodzina osiedliła się tam z początkiem lat dziewięćdziesiątych XIX wieku, a przybyła z Milówki. Kobieta, która parcelowała swój majątek na sprzedaż, nie sprzedawała ziemi Ukraińcom, a tylko Polakom, którzy przybywali tam głównie z okolic Żywca i Oświęcimia. Ukraińcy mieli o to żal do nas „Lachów". Ich parcele były bardzo nędzne, nie można było się z nich wyżywić, postawić porządnego domu. Była duża bieda. Później niektórzy z Polaków sprzedawali część swojej ziemi (także Ukraińcom), aby wyjechać za ocean. Mój ojciec sprzedał dwa hektary ziemi i wyjechał do Brazylii. Tam mu się nie powiodło, więc matka musiała sprzedać jeszcze hektar, aby mógł wrócić do Polski. Wioski wokół nas zamieszkiwali głównie Ukraińcy. Mieszkańcy Babuchowa mieli swoje pola aż pod nasz Radwanów. Czasami strach było przez nie chodzić, ale tak naprawdę nie robili nam żadnych problemów. „Nasi" Ukraińcy żyli z nami w zgodzie. Niestety ludność ukraińska była coraz bardziej podburzana przez kler (każdy chciał mieć swoje państwo, padło hasło „wyrezać" Polaków i zaczęli „rezać"), ale nasi Ukraińcy, byli spokojni i normalnie nas odwiedzali. Jednak w pewnym momencie przyszli do nas i powiedzieli, że nie mogą nas już dłużej bronić i musimy opuścić wioskę. 10 lutego 1944 roku zostawiliśmy swoje 6 hektarów ziemi zapakowaliśmy jedynie pierzyny na sanie i uciekliśmy do Rohatyna. Jednak potajemnie tam wracaliśmy. Miałam wtedy 15 lat. Moi bracia Bronek i Marian wykopali ziemiankę, zwykły dół w ziemi. i tam się ukrywali. Pamiętam jak pewnego dnia wróciłam, żeby w nocy upiec chleb. Ukręciliśmy na żarnach mąki i upiekłam kilka bochenków, które ułożyłam na sianie, na łóżku. Rano przyszli Ukraińcy, powybijali szyby, wyłamali drzwi, ale chleba nie ruszyli. Oni czuli, że tam jesteśmy, ale nie wiedzieli gdzie. To był cud. Jak bracia wykopali ten dół, to ziemię rozrzucili po sadzie, a chwilę później spadł śnieg, który ją przykrył. Wtedy w tym dole siedziało nas kilka osób (razem z nami było dwóch sąsiadów, jeden z siostrą, a drugi z córką), jak śledzie w beczce. Mojemu bratu, Marianowi zatykaliśmy usta, ponieważ był bardzo chory i miał kaszel. Długo nie wychodziliśmy, tak żeśmy się bali. Razem z Ukraińcami przyszła Ukrainka, która miała męża Polaka i mówiła, że nie wie, gdzie możemy być. Jak odeszli, to właśnie ona ok. południa powiedziała, że możemy bezpiecznie wyjść. Spakowaliśmy chleb, zabiliśmy resztę kur i ruszyłam do Rohatyna. Bronek i Marian jeszcze tam zostali…I tak, żeśmy uratowali to życie. Pamiętam chłopaka z naszej wioski, miał tyle lat co ja, któremu kazano modlić się po ukraińsku. Nie umiał, więc go zastrzelili. Zastrzelono też matkę mojej kuzynki i jednego starszego człowieka, który opowiadał, że Polska będzie od morza do morza. Z Radwanowa zginęło niewielu(…) W Rohatynie przygarnęła nas Polka, która miała męża Niemca. Wzięła nas z ulicy, nie znaliśmy jej wcześniej. Ulokowała nas w kuchni i powiedziała, że możemy u niej zostać parę dni. Kiedy przyjechał jej mąż (nazywał się Herbst), zwrócił jej uwagę, żeby nie trzymała nas w zimnej kuchni. Mieszkaliśmy więc w jednym pokoju. Jak zbliżał front, to oni uciekli a my zostaliśmy, chociaż nie na długo, w tym mieszkaniu…


Fragment mapy wojskowej okolic Radwanowa i Rohatyna –lata trzydzieste

Nagranie tych wspomnień trwa ok 3 godzin i można słuchać go po kilka razy. Jak zawsze przy takich opowieściach opowiadający wraca do różnych wątków późniejszych i wcześniejszych. Wspomnienia o Ukraińcach tych złych i dobrych, o tych wywożonych na Sybir i tych, którzy zabijali…Wspomnienie o ojcu, który był w roku 1918 w oddziałach polskich utworzonych w Odessie, o bracie Bronisławie wywiezionym latem 1944 roku na Sybir, bez żadnego wyroku i o próbie ucieczki po to, aby dostać za nią wyrok, który wreszcie wyznaczył końcową datę „odsiadki", o Żydach wywożonych do getta, o czasach powojennych, stalinowskich i pracy we Wrocławiu, o babci z domu Kuc…wiele przeplatających się wątków.
To nagrywanie, o które apeluję, nie jest niczym odkrywczym. Wielu ludzi już to robi, jednak nie zaszkodzi o tym przypominać. Problemem jest, że odkładamy to w czasie, myśląc, że zdążymy i tłumacząc się, o paradoksie, brakiem czasu, ale naszego. Nikt z nas nie nagrał wuja żony- Bronisława i jego opowieści o wieloletnim zesłaniu i nikt już tego nie zrobi...  
Ważne, aby w takie akcje wciągać młodzież. Nie ma lepszej lekcji historii dla młodych niż aktywne spotkania z takimi ludźmi. W wielu przypadkach to także lekcje patriotyzmu, którego coraz bardziej będzie nam potrzeba.
Zgodnie ze słowami Norwida „Ojczyna to wielki zbiorowy obowiązek", naszym obowiązkiem jest zachowanie pamięci o wierze, tradycji, języku i historii.