Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma? (2)

PANIĄ EGUCKĄ chwycił paroksyzm śmiechu, ale wrodzona dobroć kazała się ulitować nad tak żałosną postacią.
    Postanowiła wpuścić ją na pozbruk, by już nie krzykiem, a domofonem zawiadomiła Soraye o swoim spektakularnym powrocie, toteż wyjęła ze stojącej na oknie żardiniery pilota i uchyliła lekko bramę wjazdową, by Cygan, w którym rozpoznała nowego lokatora apartamentowca, mógł się wsunąć do środka.
    Natychmiast też krzyki ucichły i Serdżio, cały w lansadach, uniżenie grzeczny, trzymając się płotu, dopełz do szpary, wcisnął w nią swój gruby brzuch, ale nie mógł się przecisnąć, bo otwór nie przystawał do jego potężnych gabarytów. Widząc to, PANI EGUCKA natychmiast ponownie uruchomiła pilotem bramę i uwolniła Serdżia a ten, ponownie ugrzeczniony, pomachał do niej dziękczynnie ręką, ukazując przy tym szczątki oddartego od koszuli mankieta – niczym białą flagę poddającego się.
    Natychmiast też resztkami sił osunął się na kolana i teraz ze zręcznością małpy, pełz – wypinając tłusty zadek.
    Wówczas na pozbruk wybiegła z domu Soraya i Ukrainka – owa Marjia.
Ku zdumieniu PANI EGUCKIEJ, Soraya także się opuściła na kolana i objawszy Serdżia serdecznie, głaskała po kruczych – Stasia nazywała je: KRUŻOWATE – gęstych włosach, mówiąc:
– Serdżio – ukochany, wróciłeś nareszcie, jesteś ! Umyjesz się, Marija przygotowała kąpiel… mam PRAWDZIWE salami na kolację, takie jak lubisz brzmiał ciepły alt Sorai.
    Serdżio, zebrawszy nieco sił, uniósł się z ziemi i znowu władczo wrzasnął: – Marija !
Ukrainka usłużnie poskoczyła, a on wsparty na jej ramieniu, sunął, za kroczącą przed nim, królewskim krokiem – w powłóczystym koronkowym peniuarze – Sorayą.
    Miłość – to także TAJEMNICA ISTNIENIA – to była miłość cygańska, choć miłość, niejedno ma imię –  szepnęła PANI EGUCKA ponownie zasypiając.
      
    Następnego ranka zerwawszy się na równe nogi PANI EGUCKA skonstatowała, że nic tak nie stymuluje do działania jak perspektywa niezwykłych wydarzeń, jakie niewątpliwie staną się jej udziałem za sprawą – już nie Cyganów, o nie ! Teraz wypada mówić: Romów.
– No i dobrze – pomyślała PANI EGUCKA – DZIŚ PRAWDIWYCH CYGANÓW JUŻ NIE MA, ale ich kultura jest nadal hermetyczna, więc może sąsiadując z nimi ujawni się jakaś tajemnica skrzętnie skrywanej miłości babki z ulicy Długiej do nieznanego PANI EGUCKIEJ dziadka, – niejakiego Emila Ananicza wielmoży mohylewskiego, krwią cygańską po matce naznaczonego, której owocem była owa niezwykła skrzypaczka – Gertruda – Żanna.

    Podekscytowana, jeszcze w dezabilu, – w swej uroczej piżamie marki TRIUMF z zadumaną pięknością na piersiach – rozpoczęła gimnastykę poranną.
    Właśnie wykonywała trzydziesty "brzuszek", gdy dobiegły ją z ulicy okrutne piski samochodów: – Jakiś rajd, czy co – zaniepokoiła się i podniósłszy się z podłogi wyjrzała przez okno.
    To, co ujrzała, nieomal ponownie zwaliło ją z nóg, bo poczuła się w swym apartamencie na drugim piętrze jak w fortecy obleganej przez Tatarów lub Turków; pomyślała nawet, że być może warto by szybko zagotować wrzątek w czajniku bezprzewodowym, bo może przyjdzie jej odpierać atak !
– Będzie tylko wrzątek, no bo wrzącej smoły w apartamencie nie ma !!! – zmartwiła się rozemocjonowana – no, może bezpieczniejszy byłby urynał, ale takie naczynie to dziś zabytek – roześmiała się.
    Tymczasem całą jednokierunkową uliczkę zatarasowały czarne, lśniące samochody – zupełnie takie same, jak onegdaj PAKUŁY – nowiutkie mercedesy i BMW, z których teraz wytaczały się krewkie rozgorączkowane grubasy, czarne, ogorzałe, przeważnie w białych koszulach wypuszczonych na potężne brzuchy i w czarnych spodniach.
    Zbiły się w zwartą grupę, a na ich czoło wysunął się najgrubszy, cały w złotych łańcuchach i wraz ze swą świtą ruszył w stronę furtki apartamentowca.
– ZGROŹNI – mruknęła językiem Stasi PANI EGUCKA nieco ZALĘKŁA, ale zaraz krew przodków – ciwunów, podkomorzych żmudzkich, co to po dzikich polach hasali w niej zawrzała i wychylając głowę z okna zawołała: – Cóż to za OSTATNI ZAJAZD NA LITWIE ? Panowie do kogo – dodała ostro.
    Pochód się zatrzymał, a ZŁOTY CIELEC już trochę mniej pewnie postąpił jeszcze jeden krok do przodu i przystanął:
– Że co, że my na Litwie ??! – a zwracając się do grubasów dodał: – Nieźle nas Soraya urządziła, to pewnie teren eksterytorialny, konsulat litewski czy co ?! Mogą nas zgarnąć ! Wracamy ! – a do PANI EGUCKIEJ dodał: – Pomyłka, pomyka, z Litwą nie wojujemy. No… wysiadka ! Już was tu nie ma – wrzasnął dziko.
    Natychmiast też grubasy wskoczyły do swoich mieciów i beemek i trzasnąwszy drzwiczkami samochodów, z potwornym piskiem odjechały.
    ZŁOTY CIELEC – ostatni; dostojnie niosąc swój ogromny brzuch, stanął przed swą nowiusienką limuzyną i grzecznie się PANI EGUCKIEJ skłoniwszy, wsunął się do niej delikatnie i aksamitnie cicho, z uszanowaniem sunął uliczką. Jego ogromna FURA zapełniała ją teraz na całej szerokości, a jego lewa ręka cała w złocie, wychylała się – zgięta nonszalancko w łokciu – z okna samochodu.
    Na razie pierwszy atak odparty – zobaczymy co będzie dalej. Może NIC – takie typy jak PAKUŁA boją się niepojętych dla ich zazłoconych mózgów tekstów – o podobnych STASIA mawiała: ZAKUTE ŁBY.
    Na wszelki wypadek – gdyby atak miał się ponowić – postanowiła włożyć swoją najdroższą markową sukienkę, osobliwie nobliwą i urokliwą – na takie typy, tylko MARKA robi wrażenie. Zwłaszcza TAKA marka !!
    Trzasnęły drzwi ! Bardzo głośno w studni klatki schodowej rozkrzyczały się cygańskie głosy – bas, alt…
Coś bolesnego się wydarzyło… – PANI EGUCKA wybiegła na klatkę schodową. Na mezaninie prowadzącym do cygańskiego apartamentu ujrzała rzecz niebywałą: dziesiątki najpiękniejszych tiulowych, koronkowych i atłasowych sukien, tyleż samo wytwornych żakiecików, kostiumików i garsonek ozdobionych koralikami, pasmanterią, walensjankami, skórzanych, zamszowych i aksamitnych kamizelek konało zamordowanych przez kogoś, kto ostrym nożem, w akcie bezlitosnego szału pokroił każdą sztukę… nie ! Ugodził prosto w okolice serca ! Konały oto metki największych Domów Mody Europy, najpiękniejsze materie krwawiły wystrzępionymi ordynarnym narzędziem nitkami, jakby ktoś wypruł z nich wszystkie trzymające je przy życiu arterie i flaki !
– A Soraya ? Czy żyje Soraya – wykrzyknęła PANI EGUCKA, przedzierając się poprzez splątaną barykadę tego cmentarzyska ubrań.
    Nie musiała otwierać drzwi do owej cygańskiej dwójki – były otwarte na oścież ! Na białej skórzanej kanapie, w czarnym koronkowym peniuarze z odkrytymi posągowymi ramionami, siedziała nieruchomo Soraya, martwym wzrokiem wpatrzona w dal.
– Pani Sorayo ! – wyszeptała zbielałymi ustami PANI EGUCKA – Pani Sorayo – żyje pani ? – PANI
EGUCKA delikatnie pomachała ręką przed martwymi oczami Sorayi.
– Ja nie wiem czy żyję… jak się nic nie czuje, to chyba się nie żyje no nie… Cyganka musi czuć życie, bo życie to ogień, który ją rozpala i przenika, to gorąca miłość Serdżia, a jego nie ma… to i mnie nie ma, to pewnie nie żyję…
– Ależ żyje pani – Sorayo – bo jest z panią dziecko…
– Dzieciek to ja mam dużo – to – wskazała na zaokrąglony brzuszek – będzie ósme, po dwa z każdym mężem…
– To pani, Sorayo, miała czterech mężów – zdumiała się PANI EGUCKA.
– Ten jest czwarty – dwadzieścia jeden lat ma, ja też młodziutka – dwadzieścia osiem, ale ten najurodziwszy i ja go kocham – Soraya rozmarzona rozrzuciła w bok ramiona, oplatana pajęczyną czarnych koronek, na węzgłowiu białej kanapy jak mocny ptak przygotowujący skrzydła do lotu, twarz jej stężała w jakimś zakrzepłym bólu, oczy ożyły i rzucały zimne diamentowe blaski.
    PANIĄ EGUCKĄ poraziła siła takiej namiętności – ta twarz… żadna mdła maska aktorska z tygodników ilustrowanych dla kobiet – wyfiokowanych, wydepilowanych, wymalowanych, wydrowatych, wypranych z ludzkich uczuć… wymięśnionych kobiet – cyborgów, o których Gargamel wrzeszczał rechocząc na klatce schodowej: – ALE DUPY PRZEZ U OTWARTE !
PRAWDZIWA KOBIETA Z GRECKIEJ TRAGEDII.
– Pojechałam w nocy do kasyna, wykupić Serdżia, ostatnią moją fabrykę w Niemczech dla niego zostawiłam… mówiła jakby do siebie Soraya – nie było go tam już… uciekł… uciekł  do domu… i mnie nie zastał… myślał, że go porzuciłam… W BIEDZIE ! krzyknęła nagle rozdzierająco jak zraniony zwierz– z tej miłości do mnie i zazdrości chciał mnie zamordować – powiedziała mi to MARYJA… mnie nie było, to mordował moje suknie… wszystkie… prosto w serce… dźgał nożem… zaszczękały piękne, mocne zęby Sorayi z jakiegoś chłodu, czy wyobrażenia owej śmierci…
    Naraz otrząsnęła się, wyprostowała i zakrzyknęła władczo: – Maryja, herbata po cygańsku, dla PANI EGUCKIEJ i dla mnie, bo ona mnie zrozumiała… cyganskaja taka… ma tę kroplę naszej krwi… śpiesz się, pewnie zaraz przyjdą tamci… jak nie dam pieniędzy, zabiorą jedno z dzieciek za długi Serdżia…
– Nie przyjadą – rzekła PANI EGUCKA – wyrzuciłam ich.
– Wyrzuciłaś ich PANI EGUCKA ?! – Sama ? Tyle chłopa ? – zdumiała się Soraya – Toś ty czarownica jakaś największa, królowa wielka – ich przecież nikt nie potrafi wyrzucić – gorączkowała się Soraya i z tej gorączki rozszarpała ciasno zwinięte w węzeł włosy, które teraz się rozsypały wokół głowy, czyniąc ją jeszcze piękniejszą w tej szalonej dzikości. Z EUROKUCHNI z salonem – tak to się teraz nazywało – wydreptała Ukrainka Maryja w rozdeptanych walonkach i na szklanym blacie stołu postawiła w kryształowych czarkach herbatę po cygańsku – zamiast cytryny pyszniły się w niej rozkrojone, o tej porze roku oranżeryjne, truskawki.
    Naraz Soraya zerwała się z kanapy i zgarnąwszy z ramion włosy skoczyła jak pantera do rozwartych ciągle jeszcze na oścież drzwi: ukazał się w nich bowiem ogromny brzuch Serdżia, a potem cała reszta umorusanej i udręczonej nocnymi wyczynami w kasynie postaci.
– Z Sorayą chcesz walczyć ?! No to walcz ! – Soraya nie bacząc na swój zaokrąglony brzuszek, uniosła nogę i zręcznie kopnęła Serdżia w przyrodzenie, aż się zwinął.
    Tuż zza Serdżia wysunął się rudy facet – stały taksówkarz Sorayi chciał coś powiedzieć, ale Soraya nie dopuściła go do głosu – plan był przygotowany: Maryja zaczęła wynosić z sypialni dziesiątki ubrań Serdżia, jego pstrych kamizelek, marynarek, fraków i frakowych pasów, białych koszul i wszystko to wrzucała teraz na rozczapierzone dłonie rudego: – Do taksówki ! Nieś to do taksówki i won ! – powiedziała Maryja nie bez satysfakcji, bo Serdżio wiecznie ją sztorcował.
    Rudy ciągnął cały majdan poprzez korytarz, a kiedy PANI EGUCKA zbliżyła się do okna apartamentu, ujrzała że część garderoby Serdżeia leżała na POZBRUKU, a część która szczęśliwie trafiła do auta, zapełniała je teraz aż po dach.
– Jak, tak, to i dziecko moje zabieram – wrzasnął Serdżio i skoczył do pokoiku, niosąc na ręku uszczęśliwioną jakąś nową przygodą dwuletnią Alankę.
    Ponieważ wszystkie cygańskie dzieci nie przejmując się tym, że mają gromadę ojców, bardzo się kochały, pożyczały sobie zabawki, obcałowywały się, starsze czule troszczyły się o młodsze, z pokoju dziecięcego wybiegły teraz wszystkie i podniosły straszny lament, zalewając się łzami, że Alankę, ich ulubienicę, zabiera i wywozi gdzieś Serdżio, że nie będzie już z nimi ukochanej Alanki.
    Jednakże opętany przez ruletkę, ale kochający ojciec cygański Serdżio, tuląc ukochane dziecko w ramionach, wsiadł z nim do taksówki.
    Płacz i lament pozostałych dzieci stał się teraz tak przejmujący, że poruszył nawet ponownie zmartwiałą Sorayą, która jak w greckiej tragedii, rozdrapywała sobie twarz i jęczała: – mogłam mu przecież raz jeszcze wybaczyć ! Skoczyła do sypialni i wyniosła z niej cały worek nowych, uciesznych zabawek, którymi rzucała teraz w dzieci, a te z małpią zręcznością je wyłapywały; niczego bowiem tak nie hołubili cyganie, jak swoje dzieci. Kto jak kto, ale cygańskie dzieci były kochane i rozpieszczane.
    Wkrótce najmłodszy chłopiec, zwany DAWINCIM, biegał po apartamencie w przypiętych do bucików ostrogach z których sypały się najprawdziwsze skry, pozostali dmuchali w najdziwniejsze i najgłośniejsze trąbki, o jakich nawet zamarzyć nie przyszło sportowym kibicom na stadionach, a najstarsza GIOWANNA rozsiadła się na ubarwionym rubinowym kolorytem perskim dywanie, gdzie z przejęciem, malowała zielonym lakierem, paznokietki.
    PANI EGUCKA chcąc sprostać sytuacji, połknęła potężny łyk truskawkowej herbaty i zaintonowała: – CZERWONY PAS, zaa pasem broń i topór co błyska z daala…
    Natychmiast też te bardzo muzykalne dzieci – wypisz wymaluj Gertruda – Żanna w dzieciństwie – zaczęły tańczyć jakiegoś dzikiego czardasza, a ich wymyślne taneczne pas sprawiały wrażenie, jakby całe życie prenatalne przepędziły w jakiejś niszowej szkole baletowej.
    Niedługo to jednak trwało, bo w drzwiach apartamentu najzwyczajniej w świecie pojawił się Serdżio z Alanką na ręku i powiedział skruszonym głosem: – Soraya, Alanka chce siusiu…
ALANKA CHCE SIUSIU !!! – wrzasnęły chórem cyganiątka i wszystkie rączki wyciągnęły się do Alanki, by kolejno, przytulając dorodną, a więc dość ciężką Alankę do swych brzuszków, taszczyć ją do toalety.
    Serdżio zaś nadal sterczał na progu w rozdartej na ramieniu białej koszuli i powiedział niepewnie: – Zjadłbym coś…
– Maryja – wstrząsającym głosem zawołała Soraya – nie słyszysz !!! Serdżio jest GŁODNY !!!
    Ukrainka w zadeptanych walonkach nieomal bez tchu dobiegła do pokaźniej lodówki marki WHIRLPOOL i wygarniała z niej teraz wszystko, co wydawało się jej najsmaczniejsze, zwłaszcza ulubione przez Serdżia kiełbaski salami, oryginalne ! A jakże ! Pokryte plamami bielutkiej pleśni i niezliczoną ilość francuskich serów pleśniowych.
    Zadowolony Serdżio rozsiadł się za kuchennym stołem, do którego kocim susem doskoczyła Soraya i przytulając głowę Serdżia do swojej, ostrym nożem, na drewnianej deseczce, kroiła kawałki kiełbasy i jak dziecko karmiła nimi owego marnotrawnego męża.
    Za chwilę też pojawił się rudy taksówkarz, wlokąc na powrót całe naręcza garderoby Serdżia, a potem przysiadł w kącie przy drzwiach, czekając na zapłatę.
    Ponieważ Sorayi nie przysłano jeszcze pieniędzy za zastawioną w Niemczech fabrykę zaproponowała rudemu żeby zabrał w zamian dwa szklane stoliki, co, acz niechętnie, uczynił.
– Stryjenka Hala miała rację: pierwsza wizyta powinna trwać tylko pół godziny i powinno się pić na niej tylko herbatę – upiła jeszcze łyk i niezauważona przez szczęśliwą rodzinę, wysunęła się cicho na korytarz przymykając dokładnie drzwi.
– Niezwykła ta cygańska miłość… rozważała – zdumiona obrotem sprawy – PANI EGUCKA, przedzierając się ponownie przez barykadę utworzoną z wymordowanej garderoby Sorayi.
    Zamyślona, nieomal nie wpadła na Gargamela, który rozwścieczony kopał tiulowe sukienki i depcząc po nich wrzeszczał: – Nie będzie mi tu Szlachecki zamieniał apartamentowca w cygański slams ! Przed wojną Cyganom nie wolno było mieszkać bliżej, aniżeli dwadzieścia kilometrów od miasta – kopnął błękitną spódnicę Sorayi, która wpadając w studnię klatki schodowej, powoli, jak piękna meduza czy spadochron, sunęła w dół, ukazując całe piękno ręcznie malowanego naturalnego jedwabiu.
    PANI EGUCKA przypomniała sobie, że z takich pięknych jedwabnych czaszy spadochronowych zaraz po wojnie wszystkie elegantki szyły sobie bluzki, acha, ma przecież jedną taką, po stryjence, w szafie, musi ten zapomniany eksponat odnaleźć… .
    Spojrzała z litością na oszalałego Gargamela, co oczywiście jeszcze bardziej go rozwścieczyło – zaczął teraz metodycznie, w jakimś szalonym tańcu, deptać szmatki, wrzeszcząc:
– Nogi im z tyłków powyrywam, powyrzucam… temu… temu…
 nie zdążył dokończyć, bo na korytarz wypadła Soraya: – Toż ty Hitler jakiś ! Z dziwkami się zadajesz, dzieciek żadnych nie spłodziłeś, ludzkiego serca nie rozumiesz tarzasz się tu jak zwierz jakiś !
    Gargamel chciał coś grubiańsko odwrzasnąć, bo już zarechotał, gdy naraz z dołu dobiegł go upiorny gruby głos: – Ty z cygańskim przekleństwem długo nie pożyjesz, oj nie ! Cyganka cię PRZEKLINA !
    Echo ogromnej klatki schodowej odpowiedziało:… LINA… LINA… LINA…
Zrobiło się cicho… po schodach powoli, dostojnie, wtaczała się olbrzymia rozłożysta stara cyganicha, przyodziana w najpiękniejsze wielobarwne jedwabie, z ogromną z czarnej lakierowanej skóry torebką, z twarzą czujnego starego sępa, skóra na niej wypalona przez słońce rozświetlające ongiś prawdziwe cygańskie tabory – NAJPRAWDZIWSZA MARUSZA !  
    Stanęła teraz przed PANIĄ EGUCKĄ, zajrzała jej w oczy i wychrypiała:
– Ty kochana dużo złego jeszcze zaznasz, ale w końcu całe zło w dobro się dla ciebie obróci, boś ty dobra i człowieka z prawdziwą duszą i sercem otwartym szanujesz. Miłość ludzka do ciebie wróci i cię uratuję, jeno najpierw śmierć urzędowej osoby być musi… jak czas upłynie…

    Gdzieś w górze trzasnęły drzwi: to Gargamel po raz pierwszy przed kimś uciekał. Soraya witała się serdecznie z matką, a PANI EGUCKA zmęczona przeżyciami tego dnia, wybiegła przed dom, by odetchnąć świeżym powietrzem.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora