Rafał Jaworski - Lewactwo: - wirus zagłady tożsamości (człowieka jako człowieka)

„A którzy czekali błyskawic i gromów,/ Są zawiedzeni.//  A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,/  Nie wierzą, że staje się już."  - taką diagnozę daje kresowi dziejów ludzkiej osoby Poeta, który w zlaicyzowanej zbiorowości musi (nolens volens) przejąć rolę proroka wręcz quasi-konfesyjnego.
    Nie trzeba konstruować żadnych fikcji. Wystarczy z dystansem kotwiczyć się intuicją i rozumem w teraźniejszości. I z tego przenikania w pozornie nieprzeniknione, można wygenerować nieuchronną przyszłość. Wyobraźnia, jako kreator tego, co nadejdzie, w tym wypadku jest zbędna.               
    „Moi rodzice mieli miłość (sic! miłość) do zakupów promocyjnych…" Tak w publicznej telewizji zaczyna się reklama… Obserwujemy proces przeniesienia zespołu wzniosłych pojęć, konstytuujących godność człowieka: - caritas, storge, erosu skierowanego ku całości drugiej osoby, na rzecz pożądaną.  Zabieg argumentuje się jej przystępnością w wymiarze pieniężnym. To wyznacznik barbarzyństwa cywilizacji handlowej. Młodociane kapłanki Kybele (teraz też Magna Mater), uwspółcześnionej bogini urodzaju na taśmach produkcji AGD, „montażu" żywności i dóbr innych, zaczepiają nas w każdym markecie wtykając w usta koreczek z mielonką napojoną szczególnie smacznymi konserwantami, bądź gnijącym serem. Oczywiście są one tylko ofiarami systemu, ich „kapłaństwo" jest iluzoryczne, rozpaczliwie mało płatne, poniżające. Ten szczególny czas „młodzieńczych ideałów" przepływa im w czapeczkach hostess zamiast przy lekturach Seneki czy Herberta, bądź zdobywaniu Koziego Wierchu, aby mieć bliższy kontakt z Bogiem Abrahama, Izaaka, Jakuba, jakieś odczucie Absolutu (niekoniecznie szwedzkiego o posmaku porzeczkowym).    
    Będę mylił plany, szukał ścieżek i przesmyków porozumienia, aby połączyć ogień z wodą bez pirotechnicznych efektów:- harmonizować informację z najprostszą interpretacją. Kto będzie szukał w tym tekście domeny spójności niech przeczyta rozkład jazdy pociągów: -  „przyjazd", „odjazd".
Tam godziny i minuty układają się w logiczną, choć w rzeczywistości wirtualną całość.
    Na początek podeprę się Autorytetem: - „Dzieje są walką między miłością i niezdolnością do miłości, między miłością i rezygnacją z miłości. Obserwujemy to również dzisiaj, gdy człowiek posuwa się w swej niezależności tak daleko, że mówi: Nie chcę nikogo kochać, bo bym się uzależnił, a to pozostawałoby w sprzeczności z moją wolnością. (…) … miłość wnosi w me życie ogromne ryzyko – ryzyko cierpienia."  Tak obecny papież w roku 1996 najogólniej diagnozował dialektykę dziejów, korygując nieco opinie  św. Augustyna, który widział historię jako dramat rozgrywający się między „miłością do Boga, w której człowiek dochodzi do samo-wyrzeczenia, i miłością człowieka do samego siebie, w której człowiek dochodzi do zaprzeczenia Bogu", a więc i prawu naturalnemu. Nawiązywał też do Goethego,  który określał dzieje jako walkę między wiarą a brakiem wiary, co chyba nie jest trafne? Radca pruskiego dworu, mimo swoich przewag  faustycznych natchnień, nie musi mieć racji ponadczasowej.
    Postaram się, w tym krótkim przekazie, podać przesłanki i egzemplifikacje, dowodzące, że lewackość , jaskrawa projekcja esencji przekazu meritum ustroju mediokracji jest przejawem braku, wprost anihilacji prawdziwej miłości. Jej celem i efektem jest wydrwienie dramatu istnienia. Ona bombarduje naszą psyche nadmiarem prostackich fantomów upraszczających boleśnie piękne rozdarcie człowieka między niebem a ziemią, być i nie być, między milczeniem a krzykiem sumienia. Prowadzi to do farsy ślepego samozadowolenia przy pełnym znieczuleniu nie tylko na zdroworozsądkowe wektory etyki, ale i oczywiste fakty. Konsumpcjonizm i permisywizm moralny, fałszywa troska o tzw. prawa człowieka pojmowane jako przyzwolenie na bylejakość wizji świata i praktyki dnia codziennego, to fundamenty wizji społecznego bytowania kreowane przez współczesną lewackość przy wspomożeniu i błogosławieństwie wielkiego kapitału, którego nie kontrolują już żadne siły polityczne, a tym bardziej społeczne. Elementarnymi atrybutami są kłamstwo, manipulacja, przemilczanie niewygodnych zjawisk, ciągów zdarzeń nie pasujących do przyjętej koncepcji.
    Lewicowość polega na braku zaufania do człowieka i pysze elit wyzwolonych z tradycji. W formie podatków czy innych pośrednich obciążeń „wiedzący lepiej" ściągają daninę dla swej dobroci i miłości do ludzkiej „biocenozy". Następnie z tego budżetu potu i wyrzeczeń wydzielają wg swojej „sprawiedliwości" masom obrabowanych jednostek jakieś ochłapy zapomóg, semiprzywilejów, darmowych recept, rent, itp. Jest to oczywiście margines środków, które lewica marnuje na realizacje fałszywych priorytetów i roztrwania na utopijne programy „pomocy człowiekowi" lub pozwala (niby przez zakodowaną dobroduszność) rozkraść swoim dobroczyńcą. Lewackość idzie dalej.  Jest to  terroryzm wizji i praktyki wyzwolenia człowieka z wszelkich więzów, które krępują jego wolność (zawartą w niezmiennych zasadach). Lewackość nie tylko na siłę  usiłuje wkraczać w naszą prywatność, ale chce likwidować, w naszych myślach i przekonaniach, fatalnie „złe" (tzn. inne niż permisywne) opinie, refleksje, dogmaty, nawet (a może przede wszystkim) toposy, czcigodne miejsca wspólne. Chce „stworzyć nowego człowieka", ale środkiem do tego celu jest dynamizacja procesów wzrostu entropii społecznej i duchowej.
    Z 4-ego na 5-ego listopada, u nas wyjątkowo ciepłej nocy środkowoeuropejskiego klimatu,    A. D. 2011, w Nigerii zabito 67 chrześcijan, kilkuset raniono. Burzono kościoły. Tylko jeden portal internetowy (nota bene: lewicująco-liberalny w selekcji podawanego materiału), podał  fakt tej zbrodni. Niestety, zapewne brak taktu wobec prawdy bezpośredniego przekazu, spowodował, że po kilku godzinach zdjęto ten „news". Cóż.. to jest bardzo nie na topie: - tzn. taka transparencja autentycznych wydarzeń, które by trzeba potępić jednoznacznie, reagować instytucjonalnie, a nie jąkać się pomiędzy opcjami nibykulturowymi, wywoływać dysputy „mądrych głów" i liczyć esemesy otumanionych widzów za 4 zł sztuka. Anihilacja prawdy występuje nawet w Sieci. Zabijanie chrześcijan jest wstydliwie, ale i demagogicznie usprawiedliwione milczeniem kasty oświeconych postępowców. Trzeba milczeć, aby nie urazić wyznawców innych religii, ateistów, homofilów, wrogów krzyża, na którym zawisł Chrystus (inne krzyże są O.K.). Taki pogrom można także rozpatrywać w wymiarze jedynie słusznej „aborcji narodzonych", zdegenerowanych konfesją jednostek „mrowiska" ludzkiego. Pod tą wiadomością 5 listopada ,  w tonie pełnej akceptacji dla krwawej eliminacji wyznawców ponad-żydowskiego Mesjasza, wpisało się jednym ciągiem 40 osób i zapewne jeszcze i cztery. I to sami  fechtmistrze plugawego słowa wirtualnego eteru. Dopiero wpis nr 45 mówił, też nie w duchu nazarejskim, że „zróbmy tak z meczetami w Europie". „Gwałt gwałtem" ciśnie się refleksja na łącza skojarzeń, odreagowanie na przyzwolenie zabijania „czarnych i ich głupawych wiernych". W Nigerii nawet szeregowy wyznawca Chrystusa jest czarny z natury swego poczęcia, czyli osoby o takim pigmencie wszczepionym w skórę, świetnie do tych wpisów przylegają. Ale lewactwo mówi: rasizm, faszyzm, fundamentalizm nie przejdzie (to koniec tolerancji). Żądanie totalnej eksterminacji kapłanów i zwykłych wiernych, w opiniach anonimowych inter-debili - przeważał, częstokroć nie mając związku z wydarzeniami, stanowiąc stałą kalkę wprasowanych uprzedzeń i nienawiści. Po przeczytaniu informacji o tym fakcie tej zbrodni obejrzałem wszystkie dzienniki tv publicznej i tv czysto prywatnej, chociaż (nie tylko w mojej ocenie) głęboko zaangażowanej ideologicznej po stronie tzw. wielokulturowości i „magii" przebaczania hurtem. Ta wiadomość nie miała szans na przebicie się nie tylko jako news, ale nawet wspominkę. Dzienniki tv publicznej, na którą odprowadzam podatki, manipulują wiadomościami, segregują wydarzenia, kierują się polityczną poprawnością i interesem rządzących. Można zabijać „katoli" bez zmrużenia oka „polskiego" dziennikarza, ale już kwestionowanie Koranu jako Księgi objawionej fizycznie jest zbrodnią nietolerancji, bo tak wierzy (bez uzasadnienia historycznego) blisko miliard wyznawców Allacha dyszących nienawiścią do świata Zachodniego. Tego świata, na którego koszt w sferze materialnej, pośrednio ten miliard żyje. I jeszcze dzięki zachodniej technologii chce go unicestwić. Jest w tym jakieś echo leninowskie: - kupimy od kapitalistów sznurek, aby ich na nim powiesić. Newsem tego 5-ego listopada A. D. 2011 był natomiast karambol na autostradzie w Wielkiej Brytanii gdzie zginęło 9 osób, a świadkowie określali to zdarzenie w wymiarach biblijnej hekatomby.
            Antykościelna histeria jest transparentna, atakuje się instytucję, bo to najlepsza droga do separacji wyznawców od depozytariusza prawd wiary.  W pewnym gimnazjum w małopolskim mieście z tradycjami,  we  wrześniu  2011 przy okazji wyborów do samorządu uczniowskiego, dyrekcja wpadła na pomył symulacji wyborów do sejmu III RP. Wynik: w tajnym głosowaniu 98% uczniów wskazało Ruch poparcia Palikota. Oczywiście „ustawka", ale dlaczego? Panie profesor zaczęły dochodzić do tego „jądra ciemności" i po prostu podsłuchiwać wychowanków. Argumenty młodzieży: - za rządów Palikota będą w szkole lekcje seksu i za darmo rozdawane prezerwatywy. Tylko tyle  oczekuje od polityków młodzież po niedawnym bierzmowaniu, czyli chrzcie w  Duchu Św.
Pomieszanie z poplątaniem jest oczywiste wymiarze hierarchii wartości. Sam doświadczyłem jakie procesy przeakcentowania zachodzą nawet w tradycyjnym śląskim środowisku. W pewnym domu kultury nobliwego miasta proponowałem zorganizowanie wystawy ikon i innych malunków sakralnych. Oferta została odrzucana bez zapoznania się materiałem, czyli bez merytorycznej oceny. Argumentacja:  - realizują inne, odmienne projekty, pracują na innych falach stawiania się teraźniejszości. I Pani Instruktor odesłała mnie pogardliwie do miejsca wystawowego w kościele protestanckim tego miasta.  Nie wiedziała, że kościół luterański nie akceptuje kultu maryjnego. Pani Instruktor nie zna swoich korzeni, bez ich poznania określa je jako godne odrzucenia i promuje buddyzm, tarot i głęboko wzbogacający umysł kult złocistej żaby Kapa-Kapa.
11 listopada byłem na ojcowiźnie. Ksiądz proboszcz  wygłosił piękną homilię o dwóch rodzajach polityki; o tej zrodzonej w Renesansie, której fundamentem jest machiaweliczny cynizm i o spadkobierczyni filozofii Platona i Arystotelesa, która stawia dobro człowieka jako cel działania. Nikt nie uderzył w dłonie (ja też), a należało. Tak, w małych miasteczkach jest bliżej prawdy, chociaż erozja zdrowia zbiorowości też postępuje. Tu nikt nie zaprosi  lewackich bojówek, tu przedstawicielka SLD składa kwiaty pod Krzyżem Wolności, bo inaczej wyłączyła by się ze społeczności obywatelskiej. A upamiętnia ON zwycięstwo nad rosyjskimi kozakami w potyczce z roku 1915.
     Wróćmy do ludzkiej osoby, podmiotu poznającego i działającego, bo to ona, jej rozwój w miłości jest najważniejsza. Ale właśnie suwerenna podmiotowość (nie mylmy jej z wyobcowaną niezależnością) jest skutkiem, a może i celem naporu lewactwa. Należałoby nieco obnażyć te procesy, choćby na jednostkowych przykładach (aberracji jest liczba nieskończona zapewne). Jeżeli Ktoś kto stara się zaistnieć jako literat, kreator w słowie swoich odczuć świata, poeta, prozaik, redaktor, juror, selekcjoner dla innych piszących, a w swoim biogramie jako pierwszą, wiodącą cechę swej osoby wskazuje np. radykalny wegetarianizm, to jest zwykła „indoktrycha".  Weźmy ten przykład „radykalnego wegetariaństwa". Samej idei i postawy nie można traktować jako aberracji, ale niezbyt opatrznie ukierunkowanej wrażliwości, powiedzmy anachronicznie, nadwrażliwości serca. Nie budzi złych konotacji, chociaż pamiętam o hinduskich braminach, przed którymi szedł sługa i miotełką zamiatał drogę, aby kapłan nie mógł zabić stopą nawet robaka. Ale ten kapłan nie zważał, że robi to sługa. Ktoś, kto na wstępie zaznacza: „ja jem tylko serdelki sojowe i schabowego z bakłażanu", piętnuje rybo i mięsożernych osobników jako okrutników od bigosu i kaszanki, jest podejrzany o akcentowanie swojej wyjątkowości i „lepszości". Jeśli ktoś z serdelków z soi robi sprawę publiczną, to należy się zastanowić nad jego zboczoną misyjnością. Twórczość ma eksploatować wieloaspektowe wektory poruszeń. Lewactwo zawęża wizję uniwersum i z cząstki antynomii koniecznych wyborów osoby, czyni oręż do wdarcia się w jej wolność, „wolność wyższego stopnia tzn. wolność negującą własną wolność" – jak pisał klasyk świeckiego egzystencjalizmu.
Weźmy w końcu wegetarianizm nieco poważniej: „Wegetarianie dzielą się na tych, którzy nie jedzą mięsa ze względów zdrowotnych; tych, którym ono nie smakuje; tych, co współczują zwierzętom; tych, co wierzą w reinkarnację; tych, którzy lubią służyć słusznej sprawie; tych, co nie jedzą, ale gdyby upolowali własnymi rękami, to by jedli i takich, co nie wiedzą dlaczego nie jedzą."  Oczywiście, argument, że zwierzęta cierpią , wobec udowodnienia naukowo, że zdolność cierpienia żywotnie wykazują rośliny jest obecnie bezzasadny. Konkluzja: zwierzęta cierpią, rośliny cierpią – niech ludzkość sama od siebie, z tytułu rozbudzonej zdolności do współodczuwania, zagłodzi się na śmierć, jej historia się zakończy, więc i zakończy się historia cierpienia roślin, zwierząt i ludzi – tak brzmi ostateczna, logiczna konkluzja. Moja argumentacja jest „dialektyką cepa", ale odpowiadam dialektykom anihilacji krwi i bólu. Matki też rodzą wrażliwców w bólu i krwi.
„Kościół pod ziemię"  -  taktownie, w pełni selektywnej tolerancji rodem z politycznej poprawności, pisze „poeta" średniego pokolenia, auto-rekomendujący się jako „skończony" filozof na łamach portalu lewaków. Używa argumentów tak prymitywnych, że pod przysłowiową budką z piwem uzasadnienia są jest bardziej wyszukane i konstruktywne (kto mu napisał tę pracę magisterska z miłości mądrości?). Pisze On ciepło, jasno, z nutą wyższej świadomości: „Z Kościoła Katolickiego wyrosłem, jak się wyrasta z dziecinnych, niemądrych przyzwyczajeń."  I nagle oczywiste się staje, że to wyrastanie wypływa z braku zrozumienia metafizycznych cech Kościoła jako mistycznego ciała Chrystusa, mijanie się z elementarną rzeczywistością numinosum, sacrum. „Dziś nie rozumie się życia  poświęconemu całkowicie Bogu, bez działalności charytatywnej i służby ludziom – wyczytałem u jakiegoś współczesnego zakonnika. Tak, Bóg i religia są po to – wmówiono ogółowi - aby pocieszać. Bóg w pojęciu wiernych i tych, co z „troską" pochylają się nad Kościołem, nie ma być Absolutem, ale dobrym Samarytaninem z ewangelicznej przypowieści." Poeta od lewaków idzie dalej: - neguje nawet aspekt pocieszania. „Poeta", Filozof i krytyk literacki dalej wytacza kolumbryny nonsensu: „Kto chce debaty z Kościołem Katolickim, niech się przygotuje na demagogię i całkowity brak zrozumienia problematyki społecznej. A właśnie w przypadku tak ważnych kwestii, jak prawa kobiet, aborcja, antykoncepcja, zapłodnienie in vitro, prawa mniejszości seksualnych, ekologia czy eutanazja, Kościół powinien wykazywać się szczególną wrażliwością i zrozumieniem."  Musiałbym odpowiedzieć: Kto szykuje się na dysputę z depozytariuszem prawa naturalnego i prawd wiary w Chrystusa-Zbawiciela, niech przeczyta ze zrozumieniem przynajmniej jedną Ewangelię.
           Trzeba sobie też uświadomić, że data 8 listopada 2011 będzie niedługo uznanym symbolem narodowym, symbolem klęski. Polska straciła realną niepodległość. Data oczywiście symboliczna, ale zakotwiczony w tej dacie fakt boleśnie doskwiera. Niemcy i Rosja dopięły swój mocarstwowy interes perfekcyjnie i na skalę długofalową. Nord Stream ponad głowami Sarmatów i Bałtów. To kolejny akt polityczny typu von Ribbentrop – Mołotow, tym razem firmowany przez Gerharda Fritza Kurta Schrödera (Medienkanzler), „wschodnioniemiecką" kanclerz Merkel i pułkownika KGB w Berlinie Władimira Putina (obecnie Kreml Carów). To kontrakt wstępny V-ego rozbioru Polski, szczególnie niebezpieczny w kontekście rozpadu chybionego projektu Unii Europejskiej. Kościół jest Domem, Kościół znowu będzie potrzebny jako Dom wspólny, bo tak jak pozwolił narodowi polskiemu przetrwać 123 lata pod zaborami po upadku I RP, tak teraz też tak będzie, bo nie ma innej siły, siły tradycji i poszanowania praw zbiorowości, instynktu przetrwania fundowanego na opcji mistycznej. Przytoczę Miłosza, którego o sympatie nawet centroprawicowe, nikt przy zdrowych zmysłach nie posądza: „Piłsudski nigdy nie uwierzy w trwałość/ I będzie mruczeć: Oni nas napadną. Kto?/ I pokaże za zachód, na wschód." Tak jest zawsze, choć Miłosz pisze o okresie międzywojennym.  Równocześnie z rozpoczęciem tzw. „transformacji ustrojowe" ruszyła wielka ofensywa deprecjacji Ojczyzny jako ojcowizny. Przykładem artykuł z roku 1992 KOR-owca Włodzimierza Fenrycha „Patriotyzm jako choroba psychiczna" .  Nawet przykładowy cytat jest zbędny, tytuł wszystko oświeca. Patriotyzm choroba, ale europeizacja – tak. Korzenie są „schizą", azjatyzacja, bądź anglotyzacja – już nie. Autor pisze: „użytkownicy małych języków mają bardzo ograniczony dostęp do kultury i nauki". Tzn. wzywa do ochoczego niewolnictwa.
    Na żer percepcji czytelnika rzucam tu fakty powiązane luźno, ale na tyle splatają się ze sobą, że mogą wywołać holistyczną refleksję. Otumanienie: „Lecz ból powinien być mistrzem wiedzących, smutkiem jest wiedza, ten kto wie najwięcej, cierpi od złowrogiej prawdy, że drzewo wiedzy nie jest drzewem życia – to George Bayron (kto o nim dziś pamięta?!). Księga Koheleta mówi: „W wielkiej mądrości – wiele utrapienia, kto powiększa wiedzę – powiększa cierpienie".  To tłumaczenie jest zapewne wierniejsze duchowi czasu kiedy Księga powstawała, natomiast bardziej do współczesnego człowieka trafia tłumaczenie Czesława Miłosza;  „Albowiem gdzie dużo mądrości, tam wiele zgryzoty, a komu przybędzie wiedzy, przybędzie boleści."   To jest charakterystyczne – ucieczka od rzeczywistości w jej najgłębszych przejawach. Jeśli się rzuci w towarzystwie pytanie: Kto ma większą odpowiedzialność lekarz czy kapłan? Odpowiedź będzie wyrażona ze sporym zdziwieniem: - „oczywiście lekarz, przecież ratuje i zawiaduje życiem". Tak, już nikt publicznie i nawet w wąskich kręgach nie patrzy na życie w perspektywie wieczności, życia wiecznego. A ono winno być „priorytetem", więc odpowiedzialność kapłana jest zdecydowanie większa.
    Przejawy destrukcji wywołanej wpływem lewactwa wojującego są oczywiste. Wystarczy wspomnieć konie trojańskie wszczepione w strukturę Kościoła w postaciach galopujących kucyków post-nowoczesności, karykatur jeźdźców Apokalipsy: - są tacy kapłani i hierarchowie, ulubieńcy mediów. Każdy konsument tv wiadomości wstawi sobie bez trudu odpowiednie nazwiska. Dla kontrastu przytoczę wiersz, który napisałem jako autoterapeutyczne-antidotum na takie trendy. Myślę, że nie będzie on wtrętem typu: - naciągnąć tekst do innego tekstu:

*   *   *

Beskid Niski nie stawia tatrzańskich wymogów.
Dla zdrożonych szczytami depresji
jest to szlak wytchnienia.
Drewniane cerkiewki są jego nostalgią
za poziomem nad morza i oceany.

Wprawdzie dalej,
próba i błąd każdego kroku,
pod podeszwą górskiego buta
igły sieje, ale kalenicę czaszki
szlifuje niebotyczna miękkość powały obłoków:
- nad Krempną, Świątkową, nad Osiekiem.

Płomień i sterczyny kamiennych wież gotyku
nie są tu znane.

       I z wolna zawłaszcza wędrowca
       serca odpowiedź – rozrusznik z cierni, szyszek, ostów
       zbija z niej nadwagę ckliwości.

Choć ciągle za mało
nie to – nadzieja
zapala wici krwi

na tej twojej jednak
drodze -
cholernej cudownej
jednak własnej

    Czystość i czystość odczuć. Tak. Ojczyzna, miłość trudna, ale oczywista. Pamiętanie o przeszłym przy posługiwaniu się nowoczesnością w technice dnia codziennego. Lewackość poucza, że Ojczyzna jest be; patriotyzm to przedsionek komór gazowych. Czyli, że ludzie pokroju księcia Józefa „Pepi" Poniatowskiego, Bartosza Głowackiego, ks. Jerzego Popiełuszki to budowniczy świata zagłady. Można zastanowić się, czy Antychryst, który ma przyjść na końcu czasów, to dekapitacja człowieka honoru i Boga jako absolutu. Okazało się, że komunizm nie był Antychrystem zapowiedzianym w I Liście Św. Pawła do Efezjan. Był w istocie swego zła zbyt czytelny. Wydaje się teraz, że doskonałym typem Antychrysta jest wojujące lewactwo, rodzaj totalitaryzmu, niby bezkrwawego, którego efektem jest rozkład osobowości człowieka jako człowieka.
Na koniec wracam do walki miłości z brakiem miłości. Wiadomo: ktoś zakwestionuje, że brak miłości można zwalczyć, a miłość wywalczyć. Ale nikt o dobrej woli nie może stwierdzić, że dla tych procesów, walką można stworzyć odpowiednie podłoże w gnostycznej sferze hyle i pneuma. Gorzej z psychikami. Do ich intelektualnej pychy trudno znaleźć klucz pokory.
W cytowanym wyżej wywiadzie z Prefektem Kongregacji d/s Wiary, Peter Seewald pyta Kardynała: „Pier Paolo Pasolini szansę Kościoła widział  w eksponowaniu różnicy, w radykalnej opozycyjności. Latem 1977 roku pisał w liście do papieża Pawła VI: Z radykalnej, być może utopijnej czy eschatologicznej perspektywy jasno widać, co Kościół powinien uczynić, by uniknąć niechlubnego końca. Powinien przejść do opozycji.(…) mógłby skupić wszelkie siły, które nie chcą skupić się przed panowaniem konsumpcji. Dla tej odmowy mógłby się stać symbolem, powracając do źródeł – do opozycji i rewolty." Z Pasolinim, jako człowiekiem-autorytetem twórczości i życiowej odpowiedniości, pewnie nikt nie będzie dyskutował, ale kontestacja radykalna, zapewne jest na miejscu dość oczekiwanym, ale i przez większość wiernych byłaby w formie konsekwentnej nie do przyjęcia.
Początek odpowiedzi Kardynała brzmiał: „Jest w tym wiele prawdy. Kościół jest nie na czasie, co z jednej strony oznacza słabość, ale z drugiej – może być jego siłą." Potem kardynał mówił o odwadze prawdy która może być atutem ostrości komunikacji społecznej, choć w pierwszym rzędzie może spychać w getto cywilizacyjne.

Prawda społeczna

Sama siebie wciąż pyta
o czyste ręce i ostrze akcentu.
Nie należy do koryfeuszy komfortu,
nie bywa pieczeniarzem dworskich elit,
ani kamerdynerem w komitecie utopii.
Czasem sprzyja jakiejś sprawie,
choć na żadnym żołdzie
nie będzie  tajnym wywiadowcą.

Jej imię
przywłaszczane przez zastępy despotów,
pokolenia hipokrytów i zbrodniarzy,
przetrwało niezużyte i pożądane.
Do niej modlimy się  żalem argumentów
tłumacząc swą podłość i tchórzostwo.
Jej certyfikat chcielibyśmy wciskać
w karzącą dłoń.

Choć bardzo by się chciało
nie depcze po piętach
krzywdzie, krwi, arogancji.
Idzie miarowo i czasem pogrąża ją szary smog
z fabryk propagandy.

Jest prawdą o ludzkiej zbiorowości
i  pojedyńczej osobie.
Nawet nie, że prawdą Absolutu,
ale prawdą człowieka o człowieku
dla jego czystości
w kainowym zakorzenieniu.

    Wróćmy do podstawowych autorytetów: „Czas teraźniejszy i czas, który minął,/ Razem obecne są chyba w przyszłości,/ A przyszłość jest zawarta w czasie, który minął./ Jeżeli wszelki czas jest teraźniejszy wiecznie, / niczym okupić nie daje się czas.".  Czas człowieka mija. Czas człowieka nadchodzi. Może za tysiąc lat archeolodzy będą odkopywać nasze giga-markety,  węzły autostrad i jednak świątynie chrześcijan, jak my teraz, w tym eonie, odkopaliśmy uroczysko w Delfach czy agorę Koryntu?

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora