Karol Pastuszewski - Osobista historia Aleksandra Halla

Jest jedno stwierdzenie, które w tej książce słusznie wybija się na pierwszy plan: uczucie radości. Ogarnia mnie często uczucie radości – pisze autor, ile razy pomyślę, że doczekaliśmy się w naszym pokoleniu wolnego kraju. Bardzo trafnie powiedział Bronisław Komorowski, że te różne manifestacje patriotyczne maszerujące ulicami Warszawy czy innych miast winny cechować się widoczną radością, bo takiej sytuacji, jaką mamy obecnie nie mieliśmy od 300 lat: jesteśmy wolni, bezpieczni, suwerenni. Nastały dla nas pomyślne koniunktury polityczne, których los odmówił, naszym dziadom czy pradziadom. Syntetycznie ujął to papież Jan Paweł II w czasie swojego przemówienia w Sejmie: „Ale nam się wydarzyło" – kreśląc zdecydowanie optymistyczną wizję niepodległej, suwerennej Polski. Tyle pokoleń o taką walczyło, tyle krwi przelano i czy można teraz o tym zapominać, czy można nie doceniać tego faktu, albo przechodzić nad tym do porządku dziennego?
   Kiedyś Cat–Mackiewicz napisał w Londynie, że jego historia Polski międzywojennej jest historią napisaną przez widza siedzącego w pierwszym rzędzie krzeseł, skąd świetnie można obserwować scenę i występujących na niej aktorów. Historia Halla jest inna. On sam był aktorem, sam występował na scenie. Jako minister, poseł, lider partii sam odgrywał niemałą rolę w tym, co się działo w polskiej polityce w ostatnim ćwierćwieczu. Dlatego ten obszerny tom czyta się z takim zainteresowaniem, bo dowiadujemy się także o tym co działo się za kulisami. Pod jednym względem Hall przypomina generała Eisenhowera. W relacji z wojny zawartej w tomie „Krucjata w Europie" ten  wybitny dowódca pisze o swoich licznych generałach, o politykach niemal wyłącznie pozytywnie, z sympatią, z uznaniem choć nie raz musieli mu przysporzyć wielu kłopotów. Cóż się dziwić, ostatecznie ci dowódcy pod jego komendą w niecały rok potrafili (nie sami oczywiście) pokonać Niemcy hitlerowskie, z którymi świat nie mógł dać sobie rady przez 5 lat. Autor „Osobistej historii" też pisze pozytywnie o większości polityków, z którymi przyszło mu działać, z którymi przekształcał Polskę. Analogia nie jest odległa. Ci ludzie w Polsce po obu stronach barykady, która nazywała się „Okrągły Stół" też dokonali rzeczy wielkiej, choć bez użycia armat, czołgów i łodzi desantowych. Obalili realny socjalizm, zachęcili swoim przykładem pozostałe państwa obozu by u siebie zrobili to samo, a w drugim etapie, nieco później piętnaście republik radzieckich, czyli wszystkie opuściło, niezłomny Związek.
    Obalenie muru berlińskiego, było bardzo spektakularnym wydarzeniem i teraz wielu się na to powołuje, ale mur berliński mógł paść, dopiero po tym jak w Warszawie ukonstytuował się pierwszy za żelazną kurtyną rząd niekomunistyczny. Tak samo aksamitna rewolucja w Czechosłowacji miała miejsce później po sukcesie „Okrągłego Stołu" i klęska komuny na Węgrzech, a także w Bułgarii i w Rumunii.
    Hall pisze obszernie o naszym polskim największym osiągnięciu, którym było dojście do porozumienia obu stron, to znaczy partii i opozycji, w sprawie zwołania „Okrągłego Stołu", a następnie o sukcesie jakim się zakończyły te obrady. O żadnej czarnej legendzie nie powinno być mowy. Przez 45 lat trudno było sobie nawet wyobrazić, że tak wielkie przełomowe zmiany mogą nastąpić. Dominowało przekonanie co do trwałości tezy Gomułki, że raz zdobytej władzy nigdy nie oddamy. Generał Jaruzelski był tym pierwszym w obozie socjalistycznym, który swoją zgodą na pluralizm polityczny w Polsce odważył się przeciwstawić porządkowi radzieckiemu, przekreślić decyzje Jałty, zakwestionować razem z „Solidarnością" prawo Moskwy do narzucania radzieckiego systemu wbrew woli zainteresowanych. To, co się stało w Warszawie w pierwszej połowie 1989 roku wywarło ogromne wrażenie na innych państwach demokracji ludowej. W Polsce, kiedy generał Czesław Kiszczak, reprezentant staro–nowego układu, po wyborach nie był w stanie zapewnić sobie odpowiedniej większości w Sejmie, na ulicę nie wyjechały czołgi, ale cywilny samochód, w którym udał się do prezydenta Jaruzelskiego Tadeusz Mazowiecki , szef doradców „Solidarności, człowiek mający wielki autorytet i polityczne doświadczenie, mąż stanu, aby otrzymać misję sformowania rządu niekomunistycznego. Zaczęło się coś wielkiego, Polacy postawili jakiś kamień milowy w historii Europy. Przyczynili się walnie do upadku imperium radzieckiego w jego kształcie stalinowskim. Do takich zmian nie doprowadził ani prezydent Stanów Zjednoczonych, ani szefowie Unii Europejskiej. Rodzi się oczywiście pytanie czy to wszystko nastąpiłoby akurat teraz, gdyby nie wydarzenia w Warszawie? Znawcy dziejów utrzymują, powołując się na przykład Persji, Rzymu, Mongolii, że imperia tej wielkości trwają minimum 150 lat więc i nasze mogłoby istnieć z powodzeniem jeszcze przez dobrych kilka pokoleń. Gorbaczow niejednokrotnie podkreślał, że ogłaszając pieriestrojkę i głasnost (przebudowę i jawność) chciał tylko wyeliminować zatory w realnym socjalizmie, a nie doprowadzać do największej katastrofy geopolitycznej w Europie w XX wieku.
    Tadeusz Mazowiecki „przebył długą drogę – od młodego człowieka , który wstąpił do PAX–u z nadzieją na humanizację powojennego systemu [socjalizmu] i wprowadzenie do niego chrześcijańskich inspiracji – do jednego z głównych strategów ruchu „Solidarności", rozbijającego system „realnego socjalizmu" nie tylko w Polsce, ale i w całym bloku radzieckim….ukształtował się polityk i zarazem intelektualista, który dojrzewał przez mniej więcej dwadzieścia lat".
   Tu ważny punkt dla Halla jako historyka i publicysty. W przeciwieństwie do swoich kolegów po piórze potrafił napisać uczciwie i sensownie o PAX–ie. Dał dowód, że jest tym, który bardzo wnikliwie i obiektywnie potrafi opisać rzeczywistość polityczną i co ważne, spojrzeć w przyszłość przewidując bieg wydarzeń, dlatego tak wysoko należy cenić jego książkę o Polsce posierpniowej. Niezwykle trafne są i zgodne z prawdą jego charakterystyki ludzi. Dotyczy to tych jak Wałęsa czy Mazowiecki, ale i tych z drugiego rzędu jak Krzaklewski, Jarosław Kaczyński, Rokita, Komorowski, Tusk, Płażyński, Balazs. Pozwala to lepiej zrozumieć dlaczego jedni aktorzy sceny politycznej odnosili sukcesy a z nimi kraj, a drudzy porażki.
   Mamy już wystarczająco długą perspektywę czasową poczynając od daty 4 czerwca 1989 roku, aby wyciągnąć pewne wnioski i dojść do różnych bezspornych stwierdzeń. Najważniejsze jest to, że demokracja polska, choć bardzo młoda, jest zdolna do korekty własnych błędów. Nie drepczemy w miejscu, nie czekamy bezradni na przysłowiową pomoc Boską. Niezależnie od różnych kłopotów, od braku doświadczenia, tradycji pisanej oraz niepisanej, wplątując się w bezsensowną wojnę na górze, tracąc czas na obalanie rządów, mimo wszystko kraj się stabilizował ustrojowo i politycznie, rozwijał gospodarczo. Przyjęty został do NATO, co ma podstawowe znaczenie dla naszego bezpieczeństwa, wstąpił do Unii Europejskiej, co z kolei oznaczało przyłączenie do grupy państw bogatych, pomagających realnie w likwidacji zapóźnień historycznych, które przez 45 lat bezskutecznie starał się likwidować socjalizm. Nie potwierdziły się złowróżbne prognostyki i przewidywania eurosceptyków. Odwrotnie, ci co najbardziej mieli być poszkodowani – polscy rolnicy zyskali najwięcej na unijnych dopłatach. Nie zgadzam się z oceną – pisze Hall – że po roku 1989 Polska kroczyła od przegranej do przegranej. Te rzekome porażki to bardzo nieprawdziwe twierdzenie. Kraj z socjalistycznym systemem politycznym, socjalistyczną, niewydolną gospodarką, socjalistycznym rolnictwem, niezdolnym do zaspokojenia potrzeb żywnościowych własnej ludności potrafił dokonać gigantycznej transformacji nie mając w tym względzie żadnych przykładów czy wzorców. I zrobił to w krótkim czasie bez drastycznej obniżki stopy życiowej, bez buntów społecznych, bez załamania eksportu, a za to z wyraźnym skróceniem dystansu do krajów najbardziej rozwiniętych.
    Nasz przewrót okazał się bezkrwawy Trudno się zgodzić z tymi, którzy twierdzą, że komunę trzeba było zgnieść, rozpędzić, zdelegalizować. Nie zdają sobie spawy jaką siłą dysponowała tamta strona. Poza tym byłoby to wbrew przyjętej filozofii przemian pokojowych, bez prowokowania tych za granicą, którzy mogli jeszcze przeciw nam użyć czołgów jak to było w Berlinie, Budapeszcie i Pradze. Uniknęliśmy zniszczeń, chaosu, przemielenia na proch fabryk i miast. Słowem tego wszystkiego, co cofnęłoby nas w rozwoju o lata. Wielu, bardzo wielu ekstremistów „solidarnościowych", którzy czapkami chcieli zarzucić wrogów, w stanie wojennym, mimo swojej hardości nie wytrzymało ciśnienia i wyjechało za granicę.
   Trzeba odnotować inny sukces polityczny dotyczący naszego bezpieczeństwa. Jako pierwsi uznaliśmy niepodległość Ukrainy i żywo interesujemy się tym wszystkim, co umacnia tę niepodległość. W czasie niedawnej polskiej prezydencji udało nam się zwołać konferencję na najwyższym szczeblu poświeconą partnerstwu wschodniemu. Mocne więzi Ukrainy z Europą, to wielka sprawa, stąd ta problematyka powinna być także na celowniku krajów zachodnich. Spotykana krytyka rezultatów konferencji jest niesłuszna, bo nie można oczekiwać natychmiastowych rozstrzygnięć w sprawach tak bardzo historycznie skomplikowanych i trudnych do przezwyciężenia.
   Dziwne i mocno pokrętne są drogi awansów i upadków politycznych ludzi i organizacji. Wcale nie najlepsi kandydaci obejmowali różne bardzo wysokie stanowiska państwowe albo stawali na czele partii. Teraz wszyscy się przekonali, że żeby stwierdzić kto i ile jest wart potrzebny jest czas. Startowaliśmy w pierwszym Sejmie z reprezentantami 29 ugrupowań. Realnie liczyło się kilkanaście. To był rezultat zachłyśnięcia się wolnością, a także bezustannego dzielenia się partii i stronnictw przy czym na ogół te różnice były dla społeczeństwa  niedostrzegalne lub nieistotne, dlatego wszystkie te partie właściwie bez wyjątku stopniowo przegrywały wybory i przechodziły w stan niebytu politycznego. W tym rozbiciu dużą rolę odegrały wybujałe ambicje przywódców, bardzo często ludzi o miernych kwalifikacjach i niedostatecznym doświadczeniu, bo kiedyż wcześniej mogli je zdobywać? Wielkie znaczenie dla uzdrowienia sytuacji w Sejmie miało wprowadzenie 5– procentowego progu wyborczego. Położyło to kres obecności w parlamencie różnych ekstremistów, czy jednostek zbuntowanych, sfrustrowanych, nawiedzonych.
   Z książki Halla wyraźnie widać jak ważna jest dojrzałość polityczna społeczeństwa – a zwłaszcza jego przedstawicieli – z tym sprawa jest nie najlepsza – jak ważny jest autorytet przywódców i pewna ciągłość instytucji oraz stabilność sceny politycznej a także, i to nie na ostatnim miejscu, umiejętność wykorzystywania okazji historycznych, które na ogół po raz drugi się nie zdarzają. Na Zjeździe wyborczym Unii Wolności, delegaci wybierali w grudniu 2000 roku lidera. Zdecydowali, że lepszym będzie znany powszechnie, choć niewątpliwie gorzej odczytujący rzeczywistość prof. Geremek, aniżeli młody, dynamiczny, z dużym talentem politycznym i przywódczym Donald Tusk. Jaki był finalny rezultat tego wyboru wszyscy się niebawem przekonali: w krótkim czasie Unia Wolności nie weszła do Sejmu i przestała się liczyć jako siła polityczna, a Tusk poprowadził swoją nową partię, którą założył, do drugiego zwycięstwa parlamentarnego i drugiej kadencji rządowej, nie licząc zwycięstwa prezydenckiego i szeregu innych.

  Mimo takiej przenikliwości nie ustrzegł się autor „Osobistej historii III Rzeczypospolitej" dramatycznej porażki, zupełnie niepotrzebnej, a co gorsza brzemiennej w negatywne skutki. Był to chyba największy błąd jaki popełnił w życiu. Poparł Tadeusza Mazowieckiego, w jego decyzji ubiegania się o prezydenturę wówczas, kiedy pierwszy raz ubiegał się o nią Lech Wałęsa. Intencje Halla mogły być najlepsze, a argumenty niezwykle mocne. Dla wielu, nie tylko dla niego, było oczywiste, że najwyższy urząd w państwie to nie najlepsze stanowisko dla przywódcy związkowego, robotnika nawet jeśli był obdarzony genialną intuicją i miał ogromne zasługi w obaleniu socjalizmu. Nie ulegało wątpliwości, że Mazowiecki posiadał wielokrotnie więcej danych na to, by być dobrym prezydentem. Ale była w tej kwestii jedna rzecz rozstrzygająca, której nie uwzględniono: w roku 1990 ciągle miało miejsce zafascynowanie społeczeństwa tą postacią i świeża była pamięć jego zasług. W tych wyborach nikt nie mógł wygrać z Wałęsą, tak jak nikt nie wygrał z drużyną Lecha w niedawnej walce o mandaty poselskie i senatorskie. Porażka Mazowieckiego dla przeciętnego obserwatora nie była żadną niespodzianką, najważniejszą rzeczą było poważne osłabienie polityczne czołowej postaci z pierwszego szeregu, a przede wszystkim konieczność rezygnacji, z wielką szkodą dla kraju, z funkcji premiera, z możliwości kierowania państwem w okresie, kiedy trzeba było zmagać się z największymi wyzwaniami. Po dwudziestu latach Lech Wałęsa stwierdził niedwuznacznie, że Mazowiecki był najlepszym premierem, a Jan Olszewski – zasłużony skądinąd w działalności opozycyjnej – najgorszym.
   Po tej porażce, Mazowiecki wycofał się z walki o prezydenturę. A żałować tego należało tym bardziej, że już po 4– latach pretensje do Wałęsy za sposób i rezultaty sprawowania urzędu okazały się tak duże i tak powszechne, że przegrał on wybory z postkomunistą Aleksandrem Kwaśniewskim, w co wcześniej trudno było uwierzyć. Szanse Mazowieckiego były nieporównanie większe. Prezydenturę Wałęsy zapamiętano na tyle dobrze, że w jego trzecim staraniu o ten urząd nie dość, że nie zwyciężył, to jeszcze zdobył tylko 1 procent głosów.
    Przy końcu ery realnego socjalizmu historia, nie oszczędziła komunistom gorzkiej pigułki. Nie dość, że od długiego czasu widać było wyraźnie, że nie sprawdzają się dogmaty
ekonomiczne marksizmu, np. o rozwoju gospodarki socjalistycznej, ani polityczne np. o wolności, to jeden dogmat był niepodważalny i trwano przy nim do samego końca – dogmat o religii jako o czynniku zniewalającym człowieka, infantylizującym jednostkę. Teoria alienacji a więc wyobcowanie jednostki z otaczającej rzeczywistości, mówiąca o niezdolności ludzi wierzących do twórczego przekształcania świata, do reform, do budowania czegoś nowego, lepszego. Chodzi oczywiście o jednostki kierujące się światopoglądem spirytualistycznym. Okazało się, że na czele ruchu przemian, ruchu szukania nowych śmiałych rozwiązań, ruchu sprzeciwu wobec błędów i wypaczeń stanęło dwóch ludzi wierzących: Lech Wałęsa przywódca 10–milionowej „Solidarności" i Tadeusz Mazowiecki założyciel środowiska „Więzi" i redaktor naczelny tego miesięcznika, szef grupy doradców „Solidarności", uczestnik obu strajków gdańskich, premier pierwszego niekomunistycznego rządu. Obaj oni działając publicznie nigdy nie kryli swojej inspiracji światopoglądem chrześcijańskim. Ten fakt niewątpliwie uwiarygodniał ich w oczach społeczeństwa. Przez 45 lat „ateizm promujący awans jednostek manifestujących swoją wrogość wobec religii zapewniał uprzywilejowane miejsce grupie wyznającej taki pogląd. To oddzielało całą strukturę władzy od narodu". Dopiero fala zmian posierpniowych położyła kres nobilitowaniu ludzi niewierzących, tylko dlatego, że byli niewierzący a marginalizowanie wierzących. Oba światopoglądy zyskały równe prawa.

Aleksander Hall: Osobista historia III Rzeczypospolitej, Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2011, ss 486.