Jacek Kępa - List (3)

Piszę to wszystko z głębokim rozgoryczeniem, bo wiem, jak wysoką cenę zapłaciłam za takie myślenie. Miałam przecież dość czasu, by zrozumieć, że jesteś zupełnie innym mężczyzną niż ci, wśród których się obracałam. Wiem, że odrzucenie ciebie było największym błędem mojego życia. Chcę go naprawić. Pragnę uwolnić się od relacji, na które skazali mnie rodzice; matka, by chronić przed światem złego ojca, a ojciec, by częściowo choć uciszyć wyrzuty sumienia. Sądząc, że wynagradzają mi świat napiętnowany szaleństwem i cierpieniem, zamknęli mnie w pułapce narcyzmu, który sprawił, że nigdy nie dorosłam i nie nauczyłam się mądrze cieszyć życiem, a rzeczywistość traktowałam wyłącznie jako źródło zaspokojenia moich zachcianek. Samouwielbienie, w którym po śmierci ojca utwierdzała mnie mama, nie tolerując żadnej krytyki pod moim adresem i oczekując od otoczenia natychmiastowego spełniania moich życzeń, stało się wygodną ucieczką przed pracą nad sobą, bez której nie można zdobyć szacunku ani znaleźć własnego miejsca na ziemi. Sprawiło, że miłość rozumiałam jako łaskawe przyzwolenie na adorowanie mojej osoby. Nie umiałam uwzględniać ani uczuć, ani oczekiwań innych ludzi i nie byłam w stanie stworzyć związku, w którym mężczyzna byłby czymś więcej niż źródłem przyjemności. Nie chciałeś zobaczyć we mnie kobiety idealnej, a więc i ja nie mogłam widzieć w tobie idealnego mężczyzny. Narcystyczne poszukiwanie ideału prowadzi do samotności przepełnionej wrogością wobec świata. Wrogości wobec ciebie żałuję ze szczerą, żarliwą i pragnącą wszystko naprawić mądrością kobiety, która już wie, jak uwolnić się od pustki tragicznych relacji z ojcem. Im usilniej próbowałam zapomnieć o tym, co było, tym bardziej znajdowałam się w jego władzy. Panował nade mną nawet zza grobu. Nie chcę już dłużej przed nim uciekać, nie chcę skazywać się na zewnętrzność. Wybaczam mu, by obudzić moje pogrążone w trwożliwym letargu człowieczeństwo i doświadczyć prawdziwych relacji z ludźmi. Wybaczam, by odzyskać ciebie. Tylko harmonijne połączenie uczucia i jego wcielenia, wewnętrzności i zewnętrzności, matki i ojca, serca i rozumu, ducha i materii, przywilejów i obowiązków, afirmacji i krytyki sprawia, że możemy być sobą naprawdę, że dostrzegając wady, nie odrzucamy ani własnego, ani cudzego istnienia, że jesteśmy zdolni do miłości i rozumienia innych jak siebie samych. Dlatego z zażenowaniem wspominam nietaktowne, niepowstrzymane paplanie o popularności strony internetowej z moimi zdjęciami, o dyskotekowych wypadach z koleżankami i składanych mi łóżkowych propozycjach, o chłopakach na wszelkie sposoby usiłujących zdobyć numer mojej komórki, o facetach przyglądających mi się na ulicach i w tramwajach, zaczepiających mnie w pracy, w windzie i wszędzie, gdzie się tylko pojawiałam. Wstyd mi za kurs tańca, na który poszłam z obcym facetem, choć od kilku miesięcy byłeś już ty, za samodzielne, a raczej samowolne chodzenie na imprezy i kategoryczny sąd, że pokazywanie się wszędzie razem to średniowiecze, za wałęsanie się z nieznajomymi po obcym Wrocławiu, kiedy ty służbowo pojechałeś do Francji, za chwalenie się moimi aktami i opowiadanie o uwodzeniu przez fotografa, za stwierdzenie, że dla uniknięcia rutyny w naszych relacjach muszę mieć grupę przyjaciół tylko dla siebie, za moje ucieczki przed tymi, z którymi spotykałam się niegdyś, a na których, chodząc po moim, wielkim przecież, mieście rodzinnym, ciągle się natykaliśmy, za długie wieczorne i nocne rozmowy telefoniczne ze znajomymi podczas pobytów u ciebie i za rezygnację ze wspólnego weekendu z obawy, że zarazisz mnie swoim przeziębieniem. Nie umiałam pokazać, jak ważny dla mnie jesteś, nie umiałam powstrzymać się przed świadomym budzeniem wrażenia, że pożądają mnie wszyscy mężczyźni świata. Pragnęłam doświadczać podziwu nawet za cenę twojej zazdrości. Nie zasypywałeś mnie miłymi słówkami i nie szeptałeś do uszka miłosnych wyznań, a ja bardzo chciałam pokonać twoje pełne dystansu zachowanie i nie myślałam o tym, że odbieram ci poczucie wartości, pozostawiam osad rozgoryczenia, rozżalenia i rozczarowania. Wiem, że czułeś się głęboko zraniony, oszukany i wykorzystany. Przecież gdybym kochała naprawdę, myślałeś, nie zwracałabym uwagi na innych mężczyzn, lecz zależałoby mi tylko na twoim zainteresowaniu. Nie okazywałam ci dość przywiązania, nie byłam skupiona na tobie, nie budowałam przekonania, że w moich oczach jesteś mężczyzną wyjątkowym. Stawiałam cię zawsze przed faktami dokonanymi i nigdy nie spełniłam nawet najmniejszej twojej prośby. Prawie przez całą naszą znajomość nie wiedziałam, gdzie pracujesz, nie dociekałam, co cię cieszy, co smuci, nie pytałam o twoje sądy, nie dążyłam do tego, by poznać twój charakter i twoją osobowość, nie dostrzegałam złego wpływu moich nieprzemyślanych słów i zachowań. Ani nie byłam ciekawa, jaki jesteś, ani też nie chciałam mówić o sobie. Gdy usiłowałeś się dowiedzieć czegoś więcej o moim dzieciństwie i nocnych koszmarach, nie odpowiadałam na pytania. Nie umiałam poważnie rozmawiać o naszej przyszłości. Podobało mi się, że piszesz, ale ani razu nie przyszło mi do głowy, by spytać, o czym właściwie jest twoja książka, co cię pasjonuje i jakie masz plany. Po naszym pierwszym wieczorze nabrałeś przekonania, że najważniejszą rzeczą, która mnie w tobie pociąga, jest cielesność. Zacząłeś przypuszczać, że pewnego dnia przestaniesz mnie interesować i porzucę cię dla kogoś, kto będzie umiał we mnie wyzwolić nową porcję narcystycznego samouwielbienia. Miałeś prawo sądzić, że przedkładam zabawę nad pracę, że bawię się i życiem, i mężczyznami, że także tobą się tylko zabawię, że jestem bezwzględna i nieczuła, że moje serce wypełniam przede wszystkim ja sama, że wolę pusty podziw wszystkich niż pełnię miłości jednego, że tak jak nie potrafiłam sprostać wyzwaniom pracy licencjackiej i różnych egzaminów, nie sprostałabym codzienności spędzanej pod jednym dachem, bo nie rozwinęłam w sobie wytrwałości, cierpliwości, szacunku, troski, odpowiedzialności za życie ukochanego i szybko bym się nim znudziła.
Przepraszam, że tak późno uświadomiłam sobie własny udział w klęsce naszych marzeń. Przepraszam cię, przepraszam stokrotnie, przepraszam szczerze i żarliwie z głębi mego zbyt późno przebudzonego serca za milczenie, schowane głęboko pod bezwartościową gadaniną, za bezczynność ukrytą w katastrofalnej spontaniczności, przepraszam za cierpienie zadawane ci w fałszywym dążeniu do szczęścia i za ucieczkę od ciebie, która była ucieczką przed sobą samą. Nie mam odwagi przywoływać twego imienia ani pieszczotliwych, czułych słów, którymi chciałabym je otoczyć. Odpowiedz, proszę, na mój list, abym wiedziała, że wolno mi to uczynić. Wiem już teraz naprawdę, że przyczyna wszystkich klęsk tkwi w mojej postawie wobec siebie i świata. Sama muszę ją zmienić i najprzystojniejszy nawet barman, o którym, głupia, głośno marzyłam jeszcze w czasie naszego ostatniego spotkania, nie uczyni tego za mnie. Rodzice nie potrafili mi uświadomić, że prawdziwe życie nie jest ani nieustanną zabawą i świętem ku mojej czci, ani też czyhającym na mnie potworem, lecz że radość przeplata się w nim ze smutkiem, zabawa z wysiłkiem, ograniczoność z jej przezwyciężaniem, przyjemność z bólem, pochwała z krytyką, sukcesy z porażkami, trafne decyzje z błędami, doświadczanie nowości z nudą a poczucie wyjątkowości ze świadomością, że nie jesteśmy najważniejsi na świecie. Dopiero dzięki naszej krótkiej, jakże krótkiej znajomości, kilkunastu twoim listom i rosnącej z dnia na dzień tęsknocie zrozumiałam, że dobre życie wymaga pracy pełnej wyrzeczeń, kryzysów i rozczarowań, żąda oddania, pokory, kompromisu, umiejętności dostrzegania błędów własnych i wybaczania cudzych. Wiem już, że nie jesteś ani tak idealny, jak sobie wyobrażałam w sierpniowy wieczór naszego poznania, ani tak niedoskonały, jakim cię na końcu uczyniłam. Jesteś mężczyzną, którego i zalety, i wady sprawiają, że z nim właśnie chcę zostać na zawsze. Zakochałam się w tobie, bo byłeś mi potrzebny. Teraz wiem, że jesteś mi potrzebny, bo cię kocham. Chcę oddać ci wszystko, co jest we mnie życiem, pragnę twego szczęścia. Zrozumiałam, że miłość do ciebie jest jedyną uprawnioną formą kochania siebie, że poświęcanie tobie wszystkich myśli jest najzdrowszym wyrazem myślenia o sobie. Kocham ciebie, kocham siebie, kocham wszystkich, kocham cały świat. Bezmierny smutek, jaki widziałeś na mojej twarzy, gdy się rozstawaliśmy, zmieniłby się w głęboką radość, gdybym znowu mogła poczuć spokojny rytm twego wiernego serca.
Masz prawo być z siebie dumny. Nauczyłam się wreszcie przemawiać twoim językiem. Ja stałam się tobą, a ty mną, i to tak dalece, że równie dobrze sam mógłbyś pisać te słowa i opowiedzieć moją historię, bo w świecie uczuć dawno przestałam dostrzegać dzielące nas granice. Skoro miałeś dość cierpliwości, by trzy długie lata czekać, aż nauczę się odczuwać, myśleć i mówić jak ty, proszę, nie odrzucaj mnie teraz, gdy chcę ci wynagrodzić moje błędy. Z całego mojego uleczonego serca pragnę, byś na własne oczy mógł się przekonać, jak bardzo się zmieniłam. Dziś nic nie stanęłoby już na przeszkodzie obejrzeniu filmu w tamten jesienny wieczór. Nie zwlekajmy dłużej i zmieńmy jesień w wiosnę. Usiądźmy raz jeszcze na mojej wygodnej sofie, by spokojnie przyglądać się i filmowi, i nam samym. Niech tym razem wszystko nie ode mnie, lecz od nas zależy, niech kieruje nami miłość, która wszystko zwycięża, niech spotkanie potoczy się tak, jak od początku pragnąłeś. Nawet jeśli powiesz, że jedyną korzyścią „nowej" znajomości było obejrzenie filmu, będę ci wdzięczna, że zechciałeś się ze mną zobaczyć. Ja wybiorę więc coś interesującego, a ty nie planuj niczego ważnego na najbliższą sobotę.