Wisława Szymborska (1923–2012)

Była to poetka wielkiej klasy, szczególnie jako słowiarz, w tym najpełniejszym, artystycznym znaczeniu. Miała niezwykłą umiejętność wysnuwania subtelnego liryzmu ze słownej mgiełki. Coś jak bicz z piasku. Zamieniała rzeczywistość w magię, codzienną, szarą rzeczywistość, w tym intelektualną, ów dręczący kłąb myśli w głowie.
W jej utworach kłębiły się szaleństwo, mądrość, liryzm, rozpacz, cynizm, tworząc podskórnie emocjonalną, a zewnętrznie intelektualną kreację. Kreację damy– dystyngowanej, z mądrym i ciepłym uśmiechem na twarzy, ale jednak myślącej swoje.
Jej wiersze były równocześnie bardzo skomplikowane i bardzo proste, a przez ten mistrzowski balans nie do podrobienia. Charakterystyczne cechy tej poetyki to aforystyczność i stosowanie paradoksu jako podstawowej figury retorycznej. Wydała następujące zbiory: „Dlatego żyjemy" (1952), „Pytania zadawane sobie" (1954), „Wołanie do Yeti" (1957), „Sól" (1962), „Sto pociech" (1967, „Wszelki wypadek" (1972, „Wielka liczba" (1976, „Ludzie na moście" (1986, „Koniec i początek" (1993), „Chwila" (2002), „Dwukropek" (2005) i „Tutaj" (2008).
„Akant" toczył spór z ideowością pierwszych dwóch tomów, ale też ze swoistą, artystowską bezideowością kolejnych. Poetka przesyłała nam w zamian kolejne swoje książki, bo wiedziała, że ceniliśmy ją bardzo, choć rozbieżne były nasze oczekiwania. Ona– otwarta, liberalizująca humanistka, my– z jakąś tam misją.
Śmierć Wisławy Szymborskiej napełniła nas głębokim smutkiem, a równocześnie poraziła refleksją, że nawet Nieśmiertelni są śmiertelni. Pozostają po nich coraz bardziej papierowe biografie, ale pozostają też dzieła, których grzech będzie zapomnieć.
Po autorce „Końca i początku" dzieł pozostaje niewiele (350), ale jakie! I to raduje, bo to co dobre zawsze raduje.

 

Stefan Pastuszewski

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora