Roman Godlewski Prawda i sens. Druga odpowiedź Dziemidowiczowi (1)

W polemice między mną a Czesławem Dziemidowiczem chodzi i o sens, i o prawdę. Przy tym ja skupiam się na prawdzie, jemu chodzi zaś o głównie sens, a prawdę najwidoczniej traktuje on instrumentalnie. Przyjmuje przy tym klasyczne podejście, zgodnie z którym prawda jest zgodna z sensem, a jeśli może się wydawać, że jest inaczej, to mamy do czynienia z bzdurą. Jest to klasyczne podejście teologii katolickiej, ma ono również wielu doniosłych przedstawicieli świeckich, przykładowo w postaci pragmatystów amerykańskich, albo naszych (europejskich) postmodernistów (nieprzypadkowo łączy te obozy w sobie Richard Rorty).
O ile jednak katolicy głoszą istnienie obiektywnej prawdy tożsamej z obiektywnym sensem, o tyle pragmatyści i postmoderniści twierdzą coś zgoła innego, a mianowicie, że żadnej obiektywnej prawdy, tak jak ją sobie wyobrażają jej zwolennicy, nie ma, a zatem każdy ma prawo przyjąć taką prawdę, jaka mu w życiu służy (pragmatyści), albo po prostu dowolną prawdę, bo nie ma żadnych uniwersalnych kryteriów tego, co jest prawdziwe (postmoderniści). Wspólne im wszystkim jest to, że:


1.    Głoszą, iż racjonalne (zgodne z dążeniem do prawdy) jest utrzymywanie poglądów nawet z pozoru nieracjonalnych (fałszywych lub nonsensownych);
2.    Głoszą taką logikę (metodologię, teorię prawdy, teorię racjonalności), zgodnie z którą da się w ich odczuciu utrzymywanie owych irracjonalnych poglądów obronić.
Niestety, klasyczne, a zarazem naturalne (właściwe większości ludzi) podejście do relacji między sensem a prawdą jest błędne. Pragnienie, by prawda i sens były jednym, jest całkiem zrozumiałe, ale nie może być spełnione. Nie może, gdyż prawdziwy świat sam w sobie pozbawiony jest wszelkiego sensu. Dziemidowicz walczy w obronie jedności sensu i prawdy, jest to jednak walka niemożliwa do wygrania, prawda bowiem sama w sobie nie ma żadnego sensu. Jest tak, gdyż prawda (to, co istnieje i jakie jest) jest całkowicie niezależna od wszelkiego ludzkiego nastawienia do świata. Sens zaś powstaje tylko i wyłącznie w relacji człowieka ze światem.
Racjonalnie rzecz ujmując, do obrony jest jedynie podejście alternatywne, zgodnie z którym prawda i sens to rzeczy całkiem różne i nie należy się dziwić temu, że są ze sobą sprzeczne. Przy takim ujęciu mówimy, że przyjmujemy wiele idei, które ściśle biorąc, są irracjonalne i przez to nie mogą być prawdziwe, jednak życie z nimi, czy wedle nich, czyni nasze życie lepszym, łatwiejszym, albo choćby znośnym. W istocie jest to podejście bardzo trudne, niczym nieustanne stanie na głowie. Jedynie skromna mniejszość jest do tego zdolna. Reszta świadoma istoty problemu skazana jest na rozterki.
Zaznaczę, że moja polemika z Dziemidowiczem na gruncie sensu byłaby bezcelowa, gdyż sens jest kwestią indywidualną, a moje pojmowanie go jest, jak sądzę, radykalnie odmienne od prezentowanego przez mojego adwersarza. Dlatego też, podobnie jak poprzednio,  poprzestanę jedynie na odpowiedzi na jego zarzuty rozumiane tak, jakby miały charakter racjonalny, czyli tak, jakby spór dotyczył prawdy. Nie wiem, czy moje argumenty zainteresują samego Dziemidowicza, skoro spiera się on wyłącznie o sens, jednak być może będą one interesujące dla Czytelnika ciekawego, co w danej sprawie ma do powiedzenia ktoś, kto za pomocą rozumu dąży do poznania prawdy nawet za cenę utraty sensu.

ATEIZM
Dziemidowicz zarzuca, że chodzi mi tylko o ateizm. Twierdzi, że sens mojej Etyki znaturalizowanej sprowadza się do tego, by udowodnić nieistnienie Boga. Przypisuje mi wręcz ateistyczny fanatyzm. Nie ma racji. Nawet w mojej replice kwestia istnienia Boga zajęła jedynie 1/6 tekstu. W Etyce znaturalizowanej zaś jest ona kwitowana jednym zdaniem, stwierdzającym po prostu, że Bóg nie istnieje. Nie ma tam żadnych rozważań na ten temat, gdyż tekst ten w ogóle nie jest poświęcony tej sprawie, a rozstrzygnięcie kwestii istnienia Boga, założone w nim, uważam tam za oczywiste. W zasadzie mogłem nawet to jedno zdanie pominąć, tak samo jak to czyni się we wszelkich innych naukowych tekstach dotyczących religii. Żaden autor piszący powiedzmy o mitologii greckiej nie zaznacza dla porządku, że Zeus, Hera, Ares i reszta nie istnieli. Oczywiste jest bowiem, że są to postaci fikcyjne.
Dziemidowicz usiłuje doprowadzić do śmieszności mój argument na nieistnienie Boga, polegający na założeniu, że Bóg jest stwórcą. W istocie mogę tylko cieszyć się z tego, iż trafnie odczytał jego istotę. Jeśli Boga definiujemy jako stwórcę czegoś, to nie ma wyjścia. Jego istnienie zależy od tego, czy ta rzecz faktycznie została stworzona. Jeśli bowiem okaże się, że nie (że powstała w wyniku procesów niezależnych od działań istot rozumnych), to okaże się też, że Bóg nigdy nie istniał. Jeśli z tego, że świat (Wszechświat) nie został przesz nikogo stworzony, ma nic nie wynikać dla kwestii istnienia Boga, to Bóg musi być zdefiniowany inaczej, nie zaś jako stwórca.

DEFINICJA
Dziemidowicz zarzuca mi kompletną nieznajomość logiki, w tym całkowite niezrozumienie tego, czym jest definicja. Na dowód przywołuje pojęcie definicji klasycznej oraz cytuje moją definicję popędu. Sugeruje przy tym, iż moja definicja nie spełnia warunków poprawnej definicji. Nie ma racji i to podwójnie. Po pierwsze, definicja klasyczna jest tylko jednym z wielu uznanych rodzajów definicji, obok np. definicji nominalnych, kontekstowych czy ostensywnych. Po drugie, nie zacytował mojej definicji w całości. Jest ona dość obszerna, jednak już odrobinę dłuższy cytat wskazuje na to, że w istocie ma charakter klasyczny: Popędem nazywamy mechanizm tkwiący w niektórych żywych organizmach. […] Składa się on z następujących elementów: 1. ośrodek stanu, 2. ośrodek decyzyjny, 3. pamięć, 4. narządy zmysłów, 5. władze narządowe. Genus proximus to w tym wypadku mechanizm, zaś differentia specifica stanowi szczegółowe objaśnienie, jakiego rodzaju jest to mechanizm. Pojęcia wymienione punktach 1-5 są dalej jeszcze kolejno wyjaśnione.

POPĘDY A ETYKA
Dziemidowicz pisze: Z popędów opisanych przez teorie współczesne nie można utworzyć etyki. Tu być może ma rację. Dlatego też w moim ujęciu postuluję istnienie u ludzi szeregu popędów swoistych dla naszego gatunku, lub też przynajmniej nieprzeciętnie u ludzi rozwiniętych, jak popęd szczęścia, popęd wzajemności, popęd spójności woli czy popędy racjonalne. Idee tych popędów nie są z pewnością powszechnie przyjęte przez współczesną antropologię, jednak sugestie co do ich istnienia pojawiają się z rzadka u różnych autorów. Dalej pisze: Klasycznej etyki normatywnej nie można zredukować do twierdzeń o popędach, gdyż zatraca się normatywność moralności i sprowadza się człowieka do poziomu zwierzęcia. Tu nie ma racji. Tezę, iż popędy nie nadają się do wyjaśniania normatywności, trzeba by dopiero udowodnić, a nie poprzestawać na samym stwierdzeniu, że jest to po prostu niemożliwe. W szczególności Dziemidowicz musiałby pokazać, gdzie tkwi błąd mojego wyjaśnienia normatywności opartego na pojęciu konfliktu między jednostkami, które kierują się popędami. Normatywność jako sfera zachowań właściwa gatunkowi ludzkiemu musi mieć wyjaśnienie w mechanizmach biologicznych, gdyż to ostatecznie biologia decyduje o tym, co robimy, myślimy i czujemy. Dziemidowicz pisze też: Uchylił teorię popędów i zlikwidował ograniczenia metodologiczne. Pisze on: idea popędów ogólnozwierzęcych jest w ogóle mylna. Nie ma racji. Stwierdzając, że idea popędów ogólnozwierzęcych jest mylna, w żadnym razie nie miałem na myśli likwidacji pojęcia popędu. Stwierdziłem jedynie, że błędne jest wyobrażenie, jakoby wszystkie zwierzęta miały podobne popędy. Prawdą jest bowiem to, że każdy gatunek ma sobie właściwy zestaw popędów. Podobnie można rzec, że idea narządów ogólnozwierzęcych jest mylna, jeżeli rozumieć ją tak, że wszystkie zwierzęta mają te same narządy. Tak bowiem nie jest. Każdy gatunek ma sobie właściwy zestaw narządów. Warto też zaznaczyć, że popędy same są szczególnymi narządami i wiele organizmów żywych (np. rośliny) w ogóle jest ich pozbawiona, tak jak nie wszystkie mają nogi czy skrzydła.

ZWIERZĘ CZŁOWIEK
A czy ja sprowadzam człowieka do poziomu zwierzęcia? Człowiek po prostu jest zwierzęciem! Jasne jest, że takie powiedzenie, choć zgodne z nomenklaturą systematyczną, sprzeczne jest z naturalnym rozumieniem słów człowiek i zwierzę. Biologia ma jednak rację twierdząc, że ludzie pod żadnym względem nie różnią się jakościowo od wszelkich innych organizmów żywych, należą zaś do królestwa zwierząt, są więc zwierzętami. Wszystko, co radykalnie zdaje się odróżniać nas od innych istot żywych i czynić rzekomą nieprzekraczalną granicę, to w istocie jedynie nasze swoiste cechy gatunkowe. Na tej samej zasadzie można by twierdzić, że nietoperze nie są zwierzętami, gdyż posiadają zdolność echolokacji, paw zaś nie jest ptakiem, bo ma superogon. Mój adwersarz pisze też: Teraz już bez przeszkód może odebrać etyce charakter normatywny i zmienić człowieka w zwierzę, a wychowanie dziecka utożsamić z tresurą. Nie ma racji. Ja nie odbieram etyce normatywnego charakteru, ale wyjaśniam go za pomocą popędów. Moim celem nie jest niczego unieważniać, ani niczego zmieniać. Nie jest też nim wmawiać komukolwiek, że ma jakieś obowiązki, o których wcześniej nie wiedział, ani też dowodzić, że obowiązki, które sobie narzucił, nie istnieją. Moim celem jest jedynie neutralny aksjologicznie opis stanu rzeczy. W związku z tym nie jest moim celem w żadnym razie unieważnienie normatywności. Normatywność jest bowiem faktem. Moim celem jest jedynie wyjaśnienie jej. Może się to jednak wiązać z atakiem na alternatywne teorie na jej temat, jak to w nauce. Teorie te mogą stanowić podbudowę pewnych ujęć sensu życia, ale na to już nie można nic poradzić. Dziemidowicz pisze: Faktem jest, że człowiek współczesny chętnie grzęźnie w swojej zwierzęcości, w kulturze pornograficznej, wynosząc się ze swoją głupotą. Człowiek stadny nie ma perspektyw czasowych, nie ma intuicji wieczności i nieskończoności. Światopogląd człowieka prymitywnego to «tu i teraz», to obfitość dóbr, odpowiednie miejsce w  stadzie i nieskrępowana seksualność. Dla takiego człowieka współczesnego «Etyka znaturalizowana» jest akuratna. Aby stworzyć taką «etykę», trzeba najpierw założyć, że w świecie nie ma żadnego celu i sensu. Wówczas życie jest gonitwą za łupem i za samiczką. Trzeba się najeść i napić do syta, zaspokoić seksualnie, wykorzystać wszystkie możliwości, aby sobie dogodzić, zanim się umrze (bo «tam» już nic nie ma).
Jest dla mnie zrozumiałe, że w języku naturalnym opozycji człowiek/zwierzę używa się w odniesieniu do tych wszystkich cech ludzkich, które nas istotnie różnią od pozostałych zwierząt. W myśleniu potocznym zrozumiałe jest również, że owo odróżnienie nie tyczy się prawdziwych zwierząt, ale stereotypowych. Jednakowoż na planie dyskusji, której celem ma być zrozumienie istoty człowieczeństwa, oczekuję wzniesienia się ponad poziom popularny i zachowania odrobiny konsekwencji. Moją uwagę zwraca powiązanie przez Dziemidowicza zwierzęcości z pornografią. A tymczasem tworzenie pornografii jest wyłączną domeną gatunku ludzkiego! Żadne inne zwierzę, czy też po prostu zwierzę (jakby powiedział Dziemidowicz), pornografii nie tworzy! Nie sposób zatem uznać, że pogrążanie się w pornografii jest pogrążaniem się w zwierzęcości, jeśli rozumieć przez to zatracanie cech swoiście ludzkich z biologicznego (racjonalnego) punktu widzenia!