Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma? (1)

Soraya była piękna tą klasyczną, surową pięknością posągu.
PANI EGUCKA już z daleka ją dostrzegła, zanim jeszcze z olbrzymią ŻABĄ w ręku, wysiadła z taksówki.
Sprawiała raczej wrażenie Hinduski, może Greczynki, choć była najprawdziwszą Romką. Była jak wyciosana z jednej bryły kamienia, nie zakłócał harmonii jej sylwetki nawet lekko zaokrąglony brzuszek – zwiastun budzącego się w niej nowego życia – przeciwnie, właśnie on paradoksalnie, nadawał sylwetce jakiejś lekkości i dostojeństwa.
Choć strój na niej to najnowsze trendy światowej mody – ale… noszony z cygańska. Odzież dżinsowa, owszem, ale żadnych spodni, co to, to nie. Żadna Romka nie shańbi się noszeniem SPODNI, a cóż dopiero Cyganka przy nadziei ! Więc: spódnica dżinsowa długa, rozkloszowana, bardzo kobieca, z falbankami, lazurowo – błękitna; sweterek lila – róż, EUROPA – z najcieńszej kaszmirowej wełenki, ale… z cygańska przystrojony przy wcięciu szyi szklanymi kryształkami surowskiego, teraz odbijającymi promienie słoneczne tak, aby patrzący na Soraye widz skupiał się na owym blasku, nie na tajemniej krągłości jej brzuszka.
Zresztą tę okrągłości zamazywał także dwukrotnie większy brzuch – był to brzuch idący przed młodym Romem wręcz operetkowej urody, równie z europejska odzianym: w granatowy garnitur w białe prążki.
Garnitur połyskiwał, wypomadowane włosy połyskiwały głęboką czernią lakierowanych trzewików, w które były obute małe stopki Cygana, oliwkowa cera odkarmionego zdrowymi pokarmami z romskiej kuchni lśniła, jak wypolerowany miedziany garnek, a nade wszystko tę lśniącą aparycję zwieńczały okulary w oprawce ze szczerego dwudziestoczterokaratowego złota. Zresztą i w wycięciu koszuli, nonszalancko rozpiętej przy szyi, na tle olśniewająco białej podkoszulki, połyskiwał gruby złoty łańcuch, zaś jego dopełnienie stanowił takiż łańcuch połyskujący na przegubie wypielęgnowanej oliwkowej i o dziwo smukłej dłoni.
To męskie CUDO, odwróciło się w stronę PANI EGUCKIEJ i z szerokim uśmiechem, demonstrującym garnitur olśniewająco białych zębów, oświadczyło radośnie:
– Pani chce tu może zamieszkać ? Za późno – właśnie wynajęliśmy ostatni wolny apartament – od pana Szlacheckiego – mówił, że ktoś inny może się zdecyduje, ale już za późno – jest zadatek – wyciągnął lakierowany pugilares z wężowej skórki, brzuchaty jak właściciel, bo wypchany dolarowymi i europejskimi banknotami.
– Jest spisana umowa – chełpliwie odrzucił głowę do tyłu, by ukazać ów wspaniały łańcuch oplatający szyję w całej okazałości.
Soraya, zupełnie nie zainteresowana monologiem towarzysza, zbliżyła się do furtki ogrodzenia, przy której stała wraz ze swoimi bagażami PANI EGUCKA, czekając, aż Szlachecki zapłaci taksówkarzowi i wbiła swój przenikliwy wzrok w żabę, którą tuliła do boku jej właścicielka.


– Serdżio – powiedziała niskim, władczym głosem – kup natychmiast od pani tę żabę.
– Czemu nie – ŻABA to ważna sprawa. ŻABA wieczorową porą – dodał tajemniczo. Może być. – ILE ? zwrócił się do PANI EGUCKIEJ. – ILE ? – dodał niecierpliwie, wymachując przed nosem PANI EGUCKIEJ swym brzuchatym portfelem, podczas gdy Soraya gibkim susem dzikiej pantery doskoczyła do niej w swych haftowanych perełkami mokasynach, gotowa wyszarpnąć jej żabę.
– Paani – powiedziała przymilnym, łaszącym się głosem – paaaniii… daj żabę, daj. Żaba to cygańska sprawa.
– Właśnie – żachnęła się oburzona do żywego PANI EGUCKA. – CYGAŃSKA. Dostałam ją za sprawą mojego dziadka BARONA CYGAŃSKIEGO – jeden z moich dziadków był baronem cygańskim. Szczęście przynosi tylko mnie – jest ZAKLĘTA. Zresztą będzie ją pani mogła odwiedzać, bo ja tu mieszkam, niczego nie wynajmuję – dodała ugodowo.
– Syn mówił: PANI EGUCKA ? TAK ?
– PANI EGUCKA – trochę naiwnie ucieszyła się PANI EGUCKA.
– To żaby nie będzie, bo zaklęta, dla innych mniej szczęśliwa ? – zdenerwował się Serdżio i z całej siły kopnął olśniewająco błyszczącego czarnego mercedesa, stojącego obok niego na pozbruku.
– Serdżio, to już trzeci MIECIU – powiedziała obojętnie Soraya.
– To co, jutro będzie czwarty – zapłać im, tam w wynajmie, odszkodowanie.
– Będę musiała – powiedziała bez głębszego zainteresowania sprawą, Soraya, której wzrok przeniósł się w jakiejś inne, zupełnie niewyobrażalne dla zwykłego śmiertelnika dzikie przestrzenie, bo był to wzrok dzikiego kota przygotowującego się do skoku.
Z uratowaną przed napaścią żabą, PANI EGUCKA wchodziła po schodach.
Na antresoli pierwszego piętra stał oparty o balustradę schodów, ze smętną miną, Szlachecki – junior i sarkastycznie powiedział:
– No, jest nareszcie PANI EGUCKA, a tu urwanie głowy – ŁEB MI PĘKA – chwycił się za obolałe czoło – sezon ogórkowy, sąd, kasy brak, nie wiem czy dobrze zrobiłem, ale wynająłem dwójkę Cyganom, trzy osoby… bogaci, nie będzie kłopotu z płatnościami.
– To i dobrze, ugodowo powiedziała PANI EGUCKA – inny świat, inny ludzie – ponad społeczeństwami żyjący, to i może bliżej ludzkości – rozentuzjazmowała się PANI EGUCKA – prawdę mówiąc, dość już mam cynicznych, przyczajonych Gargameli, paniusiowatych FRIKO, czy seksownych Trybunów, zamieszkujących ten dom – wolę ŻYWIOŁ !
– Nie gadaj, żeby gadać ! Zakazuję ci mówić źle o ludzkich – buchnął na całą klatkę schodową, owym – teraz już PANI EGUCKA wiedziała – basem pradziadka Emila.
– Ależ Szlachecki – oburzyła się PANI EGUCKA – ja mam słuch absolutny – SŁYSZĘ !
– A my z KATY dość mamy tego twojego OCENIANIA SYTUACJI – to jest nie do wytrzymania.
– Ocena sytuacji pozwala rozeznać się właściwie w otaczającej nas rzeczywistości. Po to ABSOLUT dał nam rozum, abyśmy z niego robili użytek…
– I snuć twoje mrzonki ! – wrzasnął Szlachecki – junior.
– …i mogli wyjść z opresji – powiedziała PANI EGUCKA, dodając w myśli: tarot mówił prawdę – trzeba uważać na syna… depresja.
– Musisz gdzieś wyjechać, choć na trochę, odpocząć. Ta sprawa sądowa cię poraziła – serdecznie powiedziała PANI EGUCKA.
– Nie ma kasy na wyjazd – żachnął się, nieco już uspokojony Szlachecki – junior.
– Drobiazg ! Sprzedam żabę i wyjedziecie; ty i KATY.
– Jaką znowu żabę – nastroszył się Szlachecki – junior.
– No tę – wyjęła spod pachy ogromną żabę.
– Nie – tego już za wiele ! PANI EGUCKA winna się leczyć w Psychiatryku.
– Pani Sorayo, właśnie naradziłam się, w sposób ezoteryczny, z moim dziadkiem, cygańskim baronem, pozwolił mi sprzedać żabę. Kupi pani ? – zwróciła się do nadchodzącej lekkim, nieco ociągającym się krokiem pantery, nowej sąsiadki.
– Zapłacę natychmiast – powiedziała chmurnie, bez cienia uśmiechu Cyganka. – Cena nie ma znaczenia. – ILE ? – wykrzyknęła niemal groźnie.
– Wyjazd dla dwóch osób na wakacje – zażartowała PANI EGUCKA. – No… no nie wiem, ile to może być – zastanawiała się, jak zwykle niechętna rachunkom, PANI EGUCKA.
– Serdżio, ile zapłaciliśmy za nasz ostatni pobyt w Hiszpanii ? Zapłać pani tyle samo, bo muszę mięć tę żabę. ZARAZ ! – rozkazała władczo.
Stąpający brzuch zatrzymał się i lekko sapiąc, z pokaźnego portfela wyjął gruby zwitek dolarów i euro, podając oszołomionej takim obrotem sprawy PANI EGUCKIEJ, podczas gdy Soraya skwapliwie wyszarpnęła z ramion PANI EGUCKIEJ żabę i triumfalnie uniosła ją do swego apartamentu.
– Ależ to był dowcip – przeraziła się nie na żarty PANI EGUCKA – proszę to zabrać – powiedziała do Serdżia, oddając mu zwitek.
– Pani ! Soraya by mnie zabiła, gdybym to wziął – powiedział posępnie Cygan. Ja jestem nałogowy hazardzista, nie takie sumy przegrywałem każdego wieczora w kasynie. Pani, ja dzisiaj muszę dopilnować przeprowadzki i przywieźć Sorai dzieci, no to nie mogę dziś tracić pieniędzy w kasynie, no nie ? To muszę je stracić jakoś inaczej – żeby się dobrze poczuć – no nie ? To dlatego Soraya kupiła tę żabę – tłumaczył. To jest prawdziwa cygańska miłość ! – powiedział namiętnie.
Wnuczka barona cygańskiego ! Pani to rozumie ! Bo pani jest NASZA.
– Jakie dzieci – przeraził się naraz Szlachecki – junior – mieliście państwo mieszkać we trójkę !
– Soraya ma przecież już pięcioro dzieci z innym Cyganem, którego porzuciła dla mnie – wypiął z dumą teraz jeszcze większy brzuch. – Jego już nie kocha – został w Warszawie, ale dzieci kocha. Zaraz je przywiozę, zgoda ? A wnuczkę barona cygańskiego to MUSZĘ szanować ! Acha, no i jeszcze Ukrainkę przywiozę, bo Soraya służbę mieć musi, moje dziecko przecież urodzi – i pobiegł do skopanego mercedesa, zgrabnie potrząsając tłustym zadkiem.
– Cha, cha – roześmiała się ubawiona PANI EGUCKA – gratuluję wam waszej oceny sytuacji – to już nie mrzonki PANI EGUCKIEJ , to cały tabor cyganiątek tu zaraz zawita – będzie ciekawie ! Gargamel, który nigdy nic nie słyszał, kiedy szalał TRYBUN nad MOJĄ głową, bo on pod nim nie mieszkał, teraz będzie miał nad głową cygańską orkiestrę – posłuchaj – Soraya włączyła cygańskie romanse: Jako wnuczka barona cygańskiego, uwielbiam je ! No Szlachecki, na wakacje, na wakacje – powiedziała, wciskając mu do kieszeni letniej koszuli ów zachęcający zwitek. Myślę, że będziecie musieli pozwolić mi się powtrącać – prawda ? No i nadal snuć moje mrzonki.
Dzięki nim, poradzę sobie z tym żywiołem, nie takie tabory koczowały każdej wiosny nad Wirenką, w parku pana von HOFF… – rozmarzyła się.
– Przyjaźniłam się z PRAWDZIWYMI cyganami !
– Jejku – jęknął Szlachecki – junior – skąd ty znowu wytrzasnęłaś tego barona cygańskiego – głowa mi pęknie – jęczał Szlachecki – junior.
– Pojawił się we śnie. Przedstawił. Nazywa się Emil Ananicz – no i co ty na to ?
– We śnie ? Tak ? Pękam ze śmiechu ! Już nawet głowa mnie nie boli – juniorowi powróciło dawne poczucie humoru.
– Za wszystko podziękuj Ananiczowi – to twój pradziadek, a głowa cię boli od tego twojego ryku – obyś się nie zamienił w Apulejuszowego osła !
Ach, co za książka – METAMORFOZY CZYLI ZŁOTY OSIOŁ, Apulejusza z Madaury. Przeczytaj na wakacjach – minie ci chandra. Systemy grzewcze, to nie wszystko, pa inżynierku, miłych wakacji.
– Skąd wytrzasnęłaś tak drogocenną żabę – krzyczał teraz radośnie: uszczęśliwiony.
– ESPRIT – drogi panie – ESPRIT. LEWORĘCZNY NIE POKRAKA WIE CO PEŁZA WIE CO SKAKA… – zaśpiewała.
Naraz cały apartamentowiec rozedrgały w ostatecznych konwulsjach dzikie tony cygańskich skrzypek, wywracając na nice dusze tych, co ową duszę mieli. 
Nie istnieje niebyt, dla tych co tę duszę mają – wszystkie cygańskie wieczory rozłożonych taborem nad Wirenką Cyganów wypłynęły z zakamarków duszy PANI EGUCKIEJ.
Zza Wirenkowego kręgu wspomnień, czy może rzeczywistej projekcji zdarzeń, wyłoniła się polana, otoczona wysokimi chojnami, zarojona teraz bajkowym cygańskim spektaklem: poczerniałe twarze – jak na obrazach EL GRECO – białe i czarne koszule, przepasane czerwonymi, z miękkiej skóry jak u Goji pasami, czarne spodnie stare, z zaklętą w swych pudłach duszą, skrzypce, które za sprawą jakiejś magicznej formuły, znanej tylko temu plemieniu, przenosiły wpisanych w ten czas ludzi, w jakąś przestrzeń odległych galaktyk, niepenetrowanych stopami zwykłych śmiertelników. 
Płonęły ogniska, syczały szczapy mokrego drewna, pryskały skry, ich światło wydobywało z roztańczonych spódnic Cyganek wszystkie barwy tęczy, które w tym szalonym ruchu, zlewały się w jedno: w oślepiająco białą plamę.
Bulgotały zawieszone nad ogniskami osmolone sadzą, miedziane sagany: wydobywał się z nich aromat takiego cygańskiego jadła, jakiego żaden kucharz współczesnego marketingowego świata, nie jest w stanie zaserwować, chociażby nie wiadomo jak pomalował podawane talerze, w rozpaćkane, niejadalne plamy, keczupem czy czekoladą.
W tych saganach gotowały się bowiem wszystkie kury, które w tajemniczych okolicznościach poznikały z całej ÓWKI. Te same kolorowe spódnice Cyganek, tańczyły pierwej po wsi i swymi ogromniastymi czaszami przykrywały każdą pojawiającą się na drodze kokoszkę. Tak omotane ptaki, przyduszne ze sprawnością żonglera zręcznymi oliwkowymi dłońmi, wędrowały później do tych miedzianych kotłów, nad Wirenką.
Cyganki przepadały za kruczowłosą KSENIĄ która biegała w swej czerwonej chłopce z dzikim błyskiem w czarnych oczach po obozie, pełnym parskających odkarmionych koni, lub tańczyła z rozpuszczonymi do pasa, czarnymi jak smoła włosami, w wianku z białych stokrotek na głowie: Mówiły niej – JEST NASZA.
Na jej tle, jakże blado wypadała PANI EGUCKA ! W grzecznej sukience z granatowej przedwojennej żorżety w białe kropeczki, z białym koronkowym kołnierzykiem BABY – reminiscencja nobliwego stylu CČCILE PUCHE – w zaplecionych ciasno dwóch – jak mawiała Stasia – mysich kitkach, przewiązanych białą wstążeczką – do tego jasnoblond.
– Ty panienka jasna, ty inna niż twoja siostra i z oczu ci patrzy tak z pańska, ale ty duszę cygańską pojmujesz, gdy tak zapatrzona w nasze ognisko siedzisz i naszych skrzypeczek słuchasz. Wtedy ja widzę, ta twoja pańskość odchodzi, już innymi oczami świat widzisz i naszym światem się zachwycasz, i swoim dobrem go obdarzasz… mówiła do PANI EGUCKIEJ stara Cyganka o twarzy poczerniałej i dzikiej, ale o oczach tak przenikliwych, że zaglądały w głąb serca PANI EGUCKIEJ.
– Ja ci los przepowiem – daj rączkę, wszystkiego się od MARUSZY dowiesz, a żeś mądra, to i zapamiętasz.
– Ja nie mam teraz majątku, żadnym dobrem MARUSZY nie obdarzę, a przecież miło by mi było, gdyby to mogła uczynić – powiedziała smutno, ale z dumą PANI EGUCKA.
– Nie o takie dobra, nie o grosiwo chodzi, od tych, co krople krwi cygańskiej w sobie mają, ale ty sercem obdarzasz, to i sercem płacić musisz, sercem mało jaki człowiek płaci przez to ciebie niejedna krzywda przez to dawanie serca spotyka – mówiła Marusza, przyglądając się mocnej dłoni PANI EGUCKIEJ, ale delikatnych kształtów i bardzo długich palcach, z których każdy wydawał się subtelną i rozumną istotą, żyjącą samodzielnym życiem.
– Krzywdy spadać na ciebie będą, oj będą, ale ty zawsze z podniesionym czołem pójdziesz, złość ludzką każdemu wybaczać i zapominać będziesz, dobrem ludzi będziesz chciała karmić, ale ludziom nie takiej strawy potrzeba, bo za dobrocią PRAWDA stoi, a PRAWDA to rzecz gorzka, nie smakuje – mamrotała jakby do siebie Marusza, w roziskrzone ognisko wpatrzona, jakby z tego ognia, cała jej wiedza ezoteryczna się narodziła.
– Gorzka prawda… – mruczała do siebie – to i przyjaciół mało, ale swoją myślą zawsze pocieszona będziesz, zdrowie dobre do późnych lat zachowasz, długo ty długo żyć będziesz, ludzi poratujesz, bo na starość choć się o to nie starasz – bardzo bogata będziesz…
No, ognisko już się dopaliło, ziąb się robi, Marusza stara kości popod piernaty wsunie, a ty dziecko idź już do pałacu, bo w parku poprzez te choiny, księżyca nie widać, czarnota taka… choć oko wykol…
Marusza potężne biodra z trawy zwinnie uniosła, czarną taflową spódnicę w czarne róże wytłaczaną, zaszumiała i na cygańską brykę, baldachimem zadaszoną się wdrapawszy, w stos kraciastych poduch i piernatów się zakopała. Po chwili w całym cygańskim obozie słychać było jej potężne chrapanie.
Ogniska dogasały, snuły się dymy, ale polana nadal jaśniała, zalana światłem księżyca – była pełnia, jak wielka zimna ampla, królował na niebie satelita.
PANI EGUCKA trochę się zalękła: Kseni nigdzie nie było, ludzie z taboru powoli podążali do swoich wozów – domów, niektórzy jeszcze oporządzali konie, które cicho parskały, inni – jakby pijani tańcem i muzyką – wyciągali ku niebu ramiona w białych bufiastych rękawach, jakby odprawiali jakieś misterium na cześć tajemniczego w swej obojętności na ich losy księżyca.

PANIĄ EGUCKĄ wchłonęła teraz ta Maruszowa czarnota parkowej alejki – żaden promyk księżyca nie przedarł się poprzez konary lip i kasztanowców, które utworzyły tutaj splątany baldachim, ale PANI EGUCKA znała na tej dróżce każdy wykrot, każdą pochyłość terenu, toteż biegła na oślep, a jej obdarzające cały świat ciepłem serce, omal nie wyskoczyło z piersi.
Wbiegła na rozległy gazon – tu już za sprawą księżycowego światła widno było jak w dzień – po cztery stopnie naraz PANI EGUCKA wskoczyła na taras pałacu pana von HOFF, dotarła do ciężkich, ciemnych podwoi wiodących do pałacu i drżącą ręką wyszukała ukryty w żardinierze ogromny, ciężki klucz. Mocując się z zamkiem, nerwowo szarpnęła ręcznie kutą wiekową klamkę. Nareszcie jakimś cudem, zardzewiałe zamki się odryglowały, podwoje, skrzypiąc przeraźliwie rozwarły i PANI EGUCKA wbiegła do pałacu, zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem, który to huk przetaczał się teraz echem po pustych hallach i salach pateru.
Zatrzymała się w zalanej księżycowym światłem sali balowej panów von HOFF, tej samej, w której wystawiano w trumnach, tych dawno zapoznanych nieboszczyków: nikt jej nie szukał ! Nawet teraz, gdy cały pałac huczał echem tego trzaskania drzwiami – nawet teraz, bo przecież zrobiła to celowo !
PANI EGUCKA poczuła się naraz tak bardzo samotna, że zapragnęła, aby ukazał się jej duch, któregoś z panów von HOFF, a najlepiej owego osławionego Majora. Ale duchów – oczywiście, jak zawsze – jak nie było, tak nie było – w tę noc z pełnią księżyca, załatwiały zapewne jakieś swoje ważne sprawy, nawiedzały chyba jakieś tajemnicze miejsca, zapewne okolice Białej Budki, może Major z Eweliną przechadzał się teraz pełnymi czarnoty parkowymi alejkami.
Nie wiadomo dlaczego, przyszły jej na pamięć tytuły Stasinych przedwojennych czytadeł, które, z wypiekami na twarzy, Stasia studiowała przy naftowej lampie – UWODZICIELKA CZYLI STRASZNA ZEMSTA NIEBOSZCZYKA; SIEDEM TRUPÓW W WANNIE… i jeszcze inne niesamowitości, które Stasia skrzętnie skrywała przed uczonym światem, któremu służyła, bo mógłby ją wyśmiać, a Stasia, swój honor miała.
PANI EGUCKA uspokoiła rozdygotane więcej nieuzasadnionym strachem niż biegiem serce – bieganie było jej żywiołem, nigdy PANI EGUCKIEJ nie męczyło, dojeżdżając do szkoły, do Poznania, doganiała stojący już na stacji pociąg, z odległości kilometra !

Usiadła na sczerniałych klepkach starej pałacowej posadzki, podciągając podkurczone nogi pod brodę – ciepło słonecznych dni, nawet nocą mieszkało w tych pokojach na parterze, gdzie teraz w czas letnich wakacji, nikt od dawna nie przebywał, a nawet nie otwierano okien: niektóre z nich posiadały jeszcze szczątki masywnych eleganckich żaluzji, które poszarpane przez jesienne wichry, jak ażurowe firanki, zwisały w blasku księżyca, jak zjawy z innego, dawno już nieistniejącego świata. Powrócił tu też naraz wytworny zapach pałacowych mebli i zasuszonych dawno, dawno temu kwiatów, powkładanych pomiędzy kartki walających się niemieckich ksiąg, których nikt teraz nie szanował, bo przypominały znienawidzone czasy, kiedy wszystko było NUR FÜR DEUTSCHE.
Było cicho, toteż donioślej jeszcze dobiegał chrobot – harcujący w sobie tylko znanych tunelach ścian – szczurów.
PANI EGUCKA wiedziała, że bardzo grube, pałacowe ściany i pozalepiane gliną, przez chłopów, szpary w podłogach, chronią ją przed ich obrzydliwym towarzystwem, jednak nawet ten chrobot, wydawał się być odrażającym.
Letnia, krótka noc poszarzała, budziły się ptaki kwiląc w gniazdach uwity pod dachem ROTTE WERANDE, ze starej dworskiej kuchni, mieszczącej się w niegdyś polskich, siedemnastowiecznym dworku do którego panowie von HOFF dobudowali pałac, ciepłe powietrze niosło zapach dawno parzonej tam kawy, a może PANI EGUCKIEJ się tak wydawało, bo bardzo się jej chciało pić. Wspięła się cicho o schodach omijając pozostały tam po wojsku napis: MIN NIET, weszła na podest pierwszego piętra, odszukała tacę z niewielkimi krużkami wypełnionymi miętowym naparem dla tych, co to nocą lubią coś popijać, wypiła jednym haustem zawartość jednej z nich i udała się do pokoju Eweliny von HOFF, który teraz był jej pokojem.
Przez otwarte okno wpadła do pokoju jaskółka i krążąc pod sufitem radosnym cichym lotem, pozdrawiała wschodzące słońce. Ale tego już PANI EGUCKA nie widziała: zasnęła mocnym, zdrowym snem, jak zdrowe było całe jej życie – zgodnie z przepowiedniami Maruszy.
Obudził ją krzyk: rozjuszony cygański, iście operowy bas, niósł swoją melodię tak pięknie, że trudno było się za to rozbudzenie rozgniewać, bo dudnił chyba ja dzwon Zygmunta:
– Marija… Mariiiiiija… Maaaaryyyyyja, – by w końcu z rozpaczą skandować: MAAA…RIIIII…JAAAAA… MAAAAA…RRRRIIIIII…JAAAAAA – głos przeszedł w bolesny jęk.
PANI EGUCKA przeraziła się nie na żarty: – Gdzie ja jestem ? Nie w ÓWCE ? Nie ! To GDZIE ? Rozbudziła się na dobre i rozejrzała dookoła – leżała nie na otomanie, w pokoju Eweliny von HOFF, ale w swym uroczym łóżku chippendille, które kupił jej Szlachecki w DESIE na Starym Rynku, kiedy PANI EGUCKA się nim zachwyciła: bo wszystko, co podobało się PANI EGUCKIEJ, podobało się Szlacheckiemu – uważał, że nie było piękniejszych pomysłów na świecie, od pomysłów PANI EGUCKIEJ.
Przygładzając śpiesznie rozburzone w czasie snu swoje jasne włosy, biegła teraz do okna apartamentu, z którego rozległy widok ukazywał nieomal całą uliczkę.
To, co ujrzała, przerosło nawet wyobraźnię PANI EGUCKIEJ: na mokrej i błyszczącej od porannej rosy jezdni, stała czarna limuzyna o niewyobrażalnie odkształconej karoserii. Nawet Jego Wysokość KALISZANO który w swej pracowni w Kicinie parał się wykuwaniem pustych sukien z aluminium i miedzi nieistniejących w tym już wymiarze istot, nie wykonałby takiego gniotu, jaki powstał techniką – kopania nogą w blachę mercedesa.
– Muszę Józiczkowi podpowiedzieć tę nową technikę – zachwyciła się swoim pomysłem PANI EGUCKA – miast mozolnie opukiwać blachę rzeźbiarskim młotkiem, wystarczy dobrze ją skopać – znowu coś wymyśliłam – ucieszyła się. – Akt SZTUKI KONCEPTUALNEJ – parsknęła śmiechem ! Ambalaż Wybrzeża kalifornijskiego w folię – WYSIADA – dodała kolokwialnie.
– Kto wie, co to znaczy ten wie, a kto profan Sztuki, to profan ! Nigdy wiedział nie będzie – chełpiła się.
Teraz skierowała wzrok na jakąś przedziwną postać, miotającą się w stanie wskazującym na spożycie – całkowitej nieważkości, przy ażurowym ogrodzeniu posesji: wieczorowy strój był bardzo sfatygowany, jakby go ktoś dobrze poszarpał, szeroki taflowy pas od smokinga walał się teraz na chodniku i – o zgrozo ! – rąbek białej koszuli, niczym pokaźny fallus, sterczał z niedopitego rozporka.


 

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org