Jerzy Grundkowski - Słowacy nie gęsi

Nie tylko Polacy nie gęsi, swój język mają, jak napisał szesnastowieczny autor Mikołaj Rej z Nagłowic; bliscy nam duchowo Słowacy także, czego widomym znakiem jest niewielkich rozmiarów książeczka VITO STAVIARSKIEGO, zatytułowana Kiwader i inne opowieści, wydana przez wrocławską oficynę Atut, w przekładzie Miłosza Waligórskiego oraz Izabeli Zając, a dotowana przez słowackie Literarne Informacne Centrum.
Już sam fakt dotacji niezbicie dowodzi znaczenia, jakiego to młode państwo przypisuje akcji promocji własnej literatury poza granicami kraju. Tylko pozazdrościć. Wiadomo – a może nie? – jak polscy decydenci odnoszą się do rodzimej twórczości. Ignorują ją. Niech się kultura sama wyżywi... Ale kultura to nie rząd! Nie jest w stanie sama sobie zrobić dobrze.
Choć Słowacy są naszymi sąsiadami, bardzo mało wiemy o ich historii. Przeciętny Polak, nawet wykształcony, nie wie zgoła nic...
Słowacja zyskała niepodległość w wyniku aksamitnej rewolucji, której konsekwencją był równie łagodny rozwód, co mocno zdziwiło wielu polityków (ówczesny prezydent Rzeczypospolitej L. Wałęsa przed kamerami telewizyjnymi obwieścił radośnie: nie znam polubownych rozwodów... Cóż nawet samorodne talenty polityczne potrafią zbłądzić!).
Niewątpliwie Czechosłowacja była tworem sztucznym, podobnie jak Jugosławia, czy jak wcześniejsze od Jugosławii Królestwo SHS. Drogi rozwojowe tworzących ją krajów były całkowicie odmienne – Czechy, Regnum Bohemia były regionalnym mocarstwem, państwem znaczniejszym, militarnie silniejszym od Polski Kazimierza Wielkiego (ostatni Piast daremnie próbował odwojować Śląsk). Za Karola IV z dynastii luksemburskiej Praga była nieformalną stolicą Cesarstwa, a Słowacja należała do Korony św. Stefana. Węgry straciły ją po I wojnie (traktat w Trianon z 4 czerwca 1919 roku). Była to kara za znalezienie się po niewłaściwej stronie.
Po zajęciu Czechosłowacji przez wojska III Rzeszy, Hitler utworzył Protektorat Czech i Moraw, a Słowacja – pod rządami ks. Tiso – została państwem satelickim Niemiec. Obecnie w pełni suwerenna i pod względem ekonomicznym radzi sobie nieźle, pomimo tego, że żadnej terapii szokowej nie przechodziła.
Vito Staviarsky miał (i nadal ma, jak można sądzić) ciekawe życie (To często jest przekleństwem). Studiował dramaturgię oraz scenopisarstwo, a pracował jako...: 1. inspicjent w teatrze, 2. jako salowy w psychiatryku (musiało to być szczególnie pasjonujące zajęcie!), 3. w izbie wytrzeźwień, 4. w charakterze barmana (od izby do baru mały kroczek!). Obecnie wzbogaca swoje doświadczenie życiowe, próbując sił w działalności gospodarczej. Notka biograficzna nie precyzuje rodzaju tej działalności.
Już samo wyliczenie wykonywanych zawodów, zaiste pozbawionych jakiegokolwiek związku z uzyskanym wykształceniem, jak na dłoni pokazuje szeroki wachlarz życiowych szans dla człowieka o humanistycznych zainteresowaniach! Czyli i pod tym względem na Słowacji jest podobnie jak w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej (Najjaśniejsza to może i ona jest, ale nie dla wszystkich).
Szczupła objętościowo książka prozaika z bratniego kraju składa się z wielu testów nierównych pod względem i ich jakości.
Najsłabsze literacko jest opowiadanie tytułowe, zajmujące obszarowo pół książki. Historyjka o dziecku-matole miała zapewne odegrać rolę wyciskacza łez, być ukłonem w stronę gustów masowej publiczności, ale jest rozwlekła, nudna i sztuczna, tak więc zadania swojego spełnić nie może.
Chciałem już kończyć lekturę, i źle bym uczynił, bowiem druga część złożona z tekstów krótkich, niekiedy wręcz miniaturek, jest o niebo lepsza. Niektóre pomysły są niesamowite; najprawdopodobniej, a właściwie na pewno urodziły się dzięki pracy autora w wymienionych wcześniej różnych miejscach, typu psychiatryk bądź izba wytrzeźwień. Szczegółów nie zdradzę. Dla tej drugiej części warto Vito Staviarskiego przeczytać.                         

Vito Stviarsky: Kiwader i inne opowieści, przekł. M. Waligórski, I. Zając,  Wydawnictwo Atut, Wrocław 2011, ss. 92