• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Wojciech Kawiński - Kontury

    To mnie razi; a tamto rani
    bardzo cudzymi oczami

    Dlatego zamykam się, w sobie
    by słyszeć; zza otwartych powiek     

     


    Wojciech Kawiński
    Przodkowie –

            Pamięci M. i O.

    Dopytują się o was
    głosy milczenia

    czarne słońce pęka
    brak, porozumienia.

    Idzie chwila  z chwilą
    w bez-czasu kręgi

    widać znaki zodiaku
    obok nas, pomiędzy.

    Niknie imię własne
    w polu widzenia

    ironia znaczeń
    pisze, swój poemat.

    Wojciech Kawiński
    Popołudnie

    twój dzień
    prywatna własność
    na horyzoncie
    widać jego czarne światło

    dopisuje się
    bez pisma
    jak tamta wczesna godzina
    która bez śladu wyszła
    Wojciech Kawiński
    Prawie Hades

    Po tej stronie
    i po tamtej

    znów się
    podzielimy światłem;

    Ono zajdzie
    do nas, z równin

    jak nieobecny
    podróżnik;

    Strony obie
    są stronnicze

    więc na nie, nigdy
    nie liczę;

    Lecz w pamięci
    je ukryję

    jako wspólne
    i niczyje



    List (bez zakończenia)
                            strona za stroną, na warstwach ziemi
                            zaczynam pisać swoje dzieło
                                Gu Cheng (1956-93)
    zapamiętałem cię
    zmarły azjato
    dzikiej wy-
    obraźni

    twoje wersy ptasie
    odleciały
    za śnieżyste góry
    jak struny przestrzeni –

    grób się prze-
    formował w parę ziaren piasku
    kości spalił
    wszędobylski tlen

    a oczy
    które widziały lub im się
    zdawało
    oślepi czarna jasność

    nasza matka nie-
    widzialna
    ubrana od stóp do głów
    w snu tren –

    głębokie królestwo
    gdzieś jak widmo płonie
    ty mnie nie widziałeś
    sam w ogrodzie słów

    tam na nieboskłonie
    światło nie-przebrane...

     

     

    Wojciech Kawiński
    Epigramat

    Więzy nasze
    są dość kruche:

    ciało z ciałem
    duch z bez-duchem.


    Wojciech Kawiński
    Konflikt prawie rodzinny

    Kolor, którego nie ma
    każdy widzi
    Bredni, powtarzanej (po stokroć)
    nikt się nie wstydzi

    Zorza, wyszła z pożaru
    ale powróci
    I nie da się, z linii wzroku
    wyrzucić

    Pójdziesz, do kina
    nic nie zrozumiesz, mało pojmiesz
    Jakby to było na naj-
    głupszej wojnie

    Sporo, trzeba będzie przebyć
    sekund i odsłon
    Aby zapomnieć, o co w pierwszej
    i ostatniej (chwili) poszło

     

     


    Wojciech Kawiński
    Czernienie papieru

    Proszę bardzo, bardzo proszę –
    mówię, ledwo żywym głosem

    co mnie pisze, to się skreśla –
    formą nie-urodzonego wiersza

    słowo się nie lubi z słowem –
    choć próbuję, nie wypowiem

    pomysł dal pomysłu, komuś –
    może się pojawi domysł

    ani blady, ani świeży, ani krwisty –
    ale odlotowo istny
    Wojciech Kawiński
    Dyskurs na odległość

    Zapowiedź, że nie lubię
    zrozumiałeś z trudem
    Wiara stara, odwieczna
    okazała się, sprzeczna

    Mimo torów, dawno
    stało tam niegdyś bagno
    Nie przejechał pociąg, ani wóz
    jakby je przytrzymywał, mus

    Wykładowca w okularach już nie chce
    nauczać, woli klecić wiersze
    Ma czas do zastanowienia
    a właściwie go, nie ma

    Stoję na ulicy Bezdroże
    gdzie w nocy, lubią latać noże
    Gdybym zrozumiał chociaż
    ale odeszła ode mnie, ochota

    Wyprowadziłem się, z dala od innych
    między stan stały i płynny
    Listy wietrzeją, więc zadzwonię
    w terminie, nie-ustalonym

    Reszty domyślisz się, szybko
    nitka za nitką
    Chociaż chorujesz, bądź zdrów
    ma miarę pokątnych snów

    Również tego autora