Alicja Kubiak - „Zabiłem orła"

– Zabiłem orła! – Piotruś biegał wokół stołu, przy którym za chwilę wszyscy zasiądą do obiadu. Jego roziskrzone oczy, potargana płowa czupryna z wyraźnymi zakolami czołowymi i rumiane policzki, krzyczały z entuzjazmem, by zwrócić na siebie uwagę reszty domowników. Co chwila wybiega z jadalni konferencyjnej do innych pokoi biurowych w poszukiwaniu coraz to nowych krzeseł dla licznie przybywającej rodziny. Każdego wchodzącego w próg domu, wita okrzykiem:
– Zabiłem orła! – po czym odwraca się na pięcie, tyłem do przybyszów, aby czym prędzej w podskokach na jednej nodze, dotrzeć do jadalni. Stół jest wąski i długi, pomieści blisko 20 ściśniętych osób. Nikt nie pomyślał o przykryciu go pięknym obrusem. Mieszana zastawa legła na malowanej okleinie, imitującej drewno.
Jest komplet krzeseł. Stos talerzyków, ustawiony na wzór segmentu tasiemcowego, rozpycha się między butelkami coli i wody niegazowanej kranówki. Te z kolei obstawione są szklankami, naznaczonymi licznymi odciskami linii papilarnych. Na blat wjechały dwa torty chemiczne, solone paluszki i bitumiczne biszkopty polane czekoladową smołą. Obiad minął się z podwieczorkiem. Wszyscy zasiedli do stołu.
– Zabiłem orła. Ewka wam powie.
Oczy wszystkich skierowały się w stronę drobnej blondynki, wystraszonej ciężarem śmiertelnej odpowiedzialności. Jej zmięta sukienka sama wpychała się między nerwowe paluszki. Zaczerwienione policzki dawały świadectwo uczestnictwa w morderstwie.
Mamusia zdziwiona spojrzała na swoje pociechy. Po chwili wahania uśmiechnęła się z niedowierzaniem.
– Dzieci, nie wymyślajcie teraz historyjek z masakrą w tle. Jedzcie grzecznie smakołyki i nie przeszkadzajcie dorosłym.
– Ale to prawda! Ja zabiłem orła i całego we krwi ściągnąłem z szyby. Ewka, no powiedz coś!
– Naprawdę. Tak było. Jechaliśmy z Piotrkiem szosą, gdy nagle, łup! Na szybie czerwona miazga.
– A wycieraczki włączyłeś? – ciotka Dytko na pajęczych nogach zawsze z pragmatyzmem podchodzi do sprawy.
– Nie pomyślałem. Nawet chyba płynu w spryskiwaczu nie było – Piotruś z namysłem uniósł oczka w okolice sufitu. Nogi wsunięte pod krzesło same ruszyły w huśtawkowy tan. Biała podkolanówka na prawej nóżce zsunęła się w dół, częściowo zakrywając czarny półbucik.
– Ty mały łobuzie! Tyle razy ci powtarzam, wszystko sprawdź, zanim wózek wyprowadzisz ze stodoły – Tatuś nie jest zadowolony z piotrusiowego nieusłuchania – w końcu doczekasz się, przetrzepię ci te krótkie portki.
Tatuś skończył swój wywód wychowawczy. Już uspokojony zatopił łyżkę stołową w różowym kremie tortu o truskawkowo–chemicznym smaku i nie znalazłszy żadnego kawałka owocu, wepchnął w usta cukrowy kwiat róży.
Wujek Dulek kulturalnie wytarł usta rękawem garnituru (znów nie podano serwetek), chwycił butelkę i nim ktoś zdążył podać szklankę, cała cola znikła w jego przepastnym gardle. Co potwierdziło donośne beknięcie. Zaraz potem zapytał:
– Piotrusiu, skąd jesteś pewien, że to był orzeł?
– Bo był biały i duży – odparł Piotruś, pełen swej racji.
– To w których miejscach był biały? – wujek Dulek drążył dociekliwie.
– Na brzuchu i pod ogonem. To na pewno był bielik!
– A gdzieś ty mu tam zaglądał, łobuzie jeden! – ciotka Purytka aż zatrzęsła się z oburzenia.
– A bielik wcale nie jest biały – odezwała się Pysia, kukająca znad ramienia ciotki Pipety, siedzącej koło kuzyna Brzęczyka, który co chwilę nerwowo spoglądał na zegarek.
– Jak to nie? Bielik to biel, biały. No musi być biały, jak na godle! – Piotruś nie dawał za wygraną.
– A bo bielik jest brunatny – Pysia dzielnie się broni – a na dodatek żaden to orzeł, tylko orłan, od myszołowów.
– To ja zabiłem myszołowa?
– Jejku, odważny jesteś tygrysie –przymilnie zamruczała Katka, prężąc przy tym oddech. Przy stole najmniej zajmuje ją jedzenie, w przeciwieństwie do męskiego menu.
– Nie Piotrusiu. Powiedz, chwyciłeś go za skrzydła? – wujek Dulek z zacięciem ornitologa drążył temat, nie chcąc odpuścić.
– No, za jedno. Drugie opadło mu do ziemi. Trzymałem go gdzieś tak wysoko – zademonstrował wszystkim na jakiej wysokości trzymał w ręku skrzydło drapieżcy.
– I zobaczyłeś jego bebechy? Widziałeś, co jadł? – Pawło wciąż nakładał na talerzyk i pochłaniał z apetytem kolejne kawałki tortów i ciastek, za każdym razem pytając – Czy ktoś ma na to ochotę? – po czym siadał na krzesło nie interesując się więcej zebranymi ani ich rozmowami, póki nie spałaszował całej swojej porcji.
– To jest około metra – zauważył wujek Dulek niemal z precyzją krawca w oku – Piotrusiu, nie zabiłeś orła, myszołowa, ani nawet orłana.
– No to co ja zabiłem? Bociana? Tego od dzieci?
Niewyraźny szmer konferencyjny przebiegł wzdłuż stołu w jadalni. Łyżki, widelce i noże przestały brzdąkać o spodki filiżanek. Paluszki zaczęły same opadać z ust na blat stołu, butelki zawisły w pół drogi w oczekiwaniu na kroplę prawdy dodaną do tego dziwnego posiłku. Zbyt chude i za grube ciotki, łysi albo dopiero łysiejący wujkowie, cała rozbrykana dzieciarnia hałasująca między krzesłami i pod stołem oraz Mamusia i Tatuś, wszyscy spoglądali wzrokiem pełnym potępienia to na Piotrusia, to na wujka Dulka, który dłubał paznokciem w zębach, próbując wydobyć kawałek śniadaniowej wędliny.
– To był jastrząb – wyjaśnił wujek powoli cedząc słowa.
– Zabiłem jastrząbia! Nie bociana, tylko jastrząbia! Teraz Ewka, opowiedz im!
Salwa ulgi uszła z płuc zebranych gości. To nie bocian od dzieci, tylko jakaś tam pomniejsza ptaszyna.
Rozemocjonowany Piotruś, nie chcąc dłużej czekać na wyjaśnienia Ewki, zaczął biegać między krzesłami i wykrzykiwać swoje opowiadanie w każdą napotkaną po drodze twarz:
– Jechaliśmy szosą. Nie, to była już autostrada. Miałem na liczniku 150 km/h, sunąłem jak po maśle. Ewka zaczęła mówić o spotkaniu z biznesmenem, który chce od nas kupić dużą partię towaru. I wtedy – łup! Dziwne, że nie zbił nam przedniej szyby, tylko rozkwasił się, juhą zalewając maskę samochodu. Skoda Oktawia to jednak masywne auto. Taki lichy ptaszek nie ma nic do zniszczenia. Nawet nie zarysował lakieru. Chwyciłem za skrzydło i wrzuciłem ścierwo do rowu. Niech się szczury najedzą. Nie musiałem jechać do mechanika, jak z tymi kotami w podwoziu, z którymi jeździłem aż same zdechły. Wystarczyła myjnia. Resztę drogi mieliśmy bez przygód i w dobrych nastrojach wróciliśmy do domu.
Kiedy Piotruś skończył opowiadać i usiadł na swoim krzesełku, wracając do huśtania nóżkami, prezes uśmiechnął się pobłażliwie i wstając z miejsca podziękował zebranym za poczęstunek. Ponownie przypomniał Piotrusiowi o sprawdzaniu auta przed wyruszeniem w trasę. Pracownicy, wzorem prezesa zaczęli oddalać się do swoich działów. Piotruś w tym czasie, uśmiechając się z satysfakcją, sięgnął do kieszeni spodenek, wyjął nowiuteńkiego iPhone i udał się do swojego gabinetu wiceprezesa, aby całkiem poważnie zająć się nową zabawką.