Grażyna Wojcieszko - Nighthawk

W salonie poza dużym oknem, drewnianym ciemnobrązowym biurkiem i krzesłem nie ma żadnych ozdób, kwiatów, nawet zasłon w oknie. Nastrój ascezy i chłodu podkreślają pomalowane na niebiesko ściany oraz drewniana podłoga w kolorze mebli. W ciepłe dni Antoni stawia biur-ko w otwartym oknie, bokiem, tak aby światło nie raziło go w oczy.  Dzisiaj też, otwiera sze-roko okno,  przesuwa biurko a potem siada na krześle Teraz słońce zachodzi za drzewami i nie zalewa już pokoju, tak jak w ciągu dnia. Po przeciwnej stronie ulicy jest klasztorny ogród, zawsze wypielęgnowany i pełen kwiatów. Ogród otaczają wysokie topole. To one latem dają tak upragniony cień..  W białej, bawełnianej koszuli i zaprasowanych na kant,  szarych spodniach Antoni wgląda jak ktoś z innej epoki, przypominana kogoś z muzealnej sali. Teraz tkwi w bezruchu dłuższą chwilę, patrzy na ogród, może myśli o tym, aby przenieść się do ogrodu, mógłby pomóc zakonnicom, które porządkują kwiaty. Przygląda się jak jedna z nich przycina róże. A może myślami jest w muzeum, w Museum of Modern Art w Nowym Yorku. Wizyta w muzeum to wytchnienie, chwila oderwania się, oderwanie od czegoś nieokreślonego, oderwania od jakiegoś uczucia bezradności, od którego nie ma odwrotu.  
W końcu budzi się z marzeń i wyciąga z szuflady biurka plik kartek oraz laptopa. Włącza komputer, czeka bębniąc palcami po blacie biurka, czeka, aż komputer przestanie mruczeć, aż odda mu władzę nad myszką. Od dawna pracuje w równym tempie, trzy strony dziennie do korekty i trzy nowe. Teraz wbił oczy w ekran Mackintosha, otwiera wczorajszy plik z tekstem. Czyta uważnie, bo choć nie robi błędów, zdarza mu się, że zmienia jakieś zdanie albo słowo.

Pociąg był wyjątkowo pusty. To musiał być jeden z tych parszywych dni, jakieś święto, albo wolny dzień, nie wiedziałem. Wracałem do domu po tygodniu spędzonym w Nowym Yorku. Już na lotnisku chciało mi się pić, ale nie zdążyłem nic kupić. Ponaglany pragnieniem, poszedłem do baru. Był jak wymarły, źle mnie nastrajał. Barman czyścił coś powoli i skrupulatnie. Zamówiłem piwo.  –Tylko bez-alkoholowe odpowiedział niechętnie. – Trudno. Proszę duże. Siedziałem sącząc kolejne, kiedy usły-szałem głosy. Ktoś mówił prawie szeptem. Zacząłem słuchać.
– Szukałeś mnie?
– Mam sprawę.
– Ok. Ktoś cię widział?
– Nie wiem, chyba nikt nie zauważył.
– Pilne?
– Nie wiem.
– Więc co to za sprawa?
– Wiesz, coraz bardziej się boję.
– Kogo?
– Jakieś robactwo.
– Masz kłopoty?
– Jestem robakiem.
– Co ty pleciesz?
– Ciągle widzę uśmiechniętą gębę robaka. Jakby jakieś lustra były na każdym kroku.
– Powiedz lepiej, co to za sprawa.
– Trzeba zabić.
– Ok. Kogo?
– Wernera.
– Kto to?
– Słuchaj, straszy mnie. Już tak od kilku dni. Myślałem, że sobie z tym poradzę, ale nie, jest coraz gorzej. Dawniej nic mi nie dolegało, nie wiem, co się stało. Teraz widzę wokół same robaki, ale takie, co się zżerają nawzajem. Boję się, najbardziej kiedy jestem sam. Taki robak, to może wejść do środ-ka, nie wiadomo jak, wiesz, przez nos, albo przez uszy.
– Stary, często bywasz sam?
– Prawie nigdy. Dni mam wypełnione, gorzej nocą.
– Źle śpisz? Idź do tej, no wiesz, tam gdzie chodzę, zaraz będzie ci lepiej.
– Śpię doskonale. Tylko te sny, mam sny. Nie mogę się ich pozbyć. Już wszystkiego próbowałem. Najgorzej jest po koce, wtedy po prostu jestem robakiem. Jest paskudnie, cały czas się kąsamy, wal-czymy o żarcie, a ile nas jest! Gęsto, coraz bardziej gęsto, rozmnażamy się jak szarańcza, nawet nie wiem kiedy. Pierdolimy się bez przyjemności, z kim popadnie, byle więcej i częściej. Nie ma chwili wytchnienia, żeby choć na chwilę, choć na chwilę….
– Choć na chwilę, co?
– No normalnie, …, być człowiekiem.
– Co ty pierdolisz?
– Czy myślisz, że już coś widać na zewnątrz, że ktoś się domyśla? Zauważyłeś jakaś zmianę? Mam wrażenie, że tak naprawdę nikt mnie lubi, tak jakby się brzydzili, niby się uśmiechają, mówią same miłe rzeczy, słuchają, co ja mówię, ale … nie wiem, coś jest, boję się, że już podejrzewają.
– Podejrzewają? Kurwa, pojebało go.
– Nie udawaj, że nie wiesz.
– Czego nie wiem?
– No, o tym raku.
– Słuchaj kurwa, co ty dzisiaj brałeś?
– I nic mi nie mówisz?
– Mówię, cały czas mówię. Tylko ty… kurwa, chyba jesteś naćpany
– Mówisz?
– Powiedz lepiej, co ze sprawą?
– Za dużo robactwa.
– Pierdolisz, no, to gdzie jest…. ten Werner?
– Siedzi obok.

Nagle zapadła cisza, tylko pociąg dudnił. Powoli odwróciłem głowę. Obok siedziała para. Niczym znu-dzeni zakochani, niby blisko siebie, ale każde patrzało przed siebie pustym wzrokiem. Ona w czerwo-nej sukni. Przed nimi puste szklanki. Obserwowałem ich przez dobrą chwilę. Nic nie mówili. Rozej-rzałem się dyskretnie: barman stał ze ścierką w ręku tam gdzie zawsze. Oprócz nich nie było nikogo. Poczułem się idiotycznie, lekko zagubiony, nic nie rozumiałem, skąd ta para, a ta rozmowa? To wła-śnie wtedy zobaczyłem ognistą kulę, która leciała w kierunku pociągu, serce nagle przyspieszyło, a potem przeszył mnie ostry ból, wszędzie, na całym ciele. Tak, to było zaskakujące, przerażające, czułem jakbym umierał.

Antoni drgnął niespokojnie. Wstaje i zaczyna chodzić po pokoju. Wie, że musi robić przerwy. Ma dopiero 40 lat a już jest przygarbiony. Od lat godzinami stuka w klawisze komputera. Jego dni, tygodnie, lata są do siebie podobne. Pisze. Palce błyskawicznie unoszą się i opadają. Gdy-by ktoś go obserwował mógłby poczuć niepokój, podejrzewać nerwową chorobę, przynajmniej rąk. Zdarza się, że całymi dnami nie wychodzi z domu. Jak skończy książkę, pójdzie do wy-dawnictwa, porozmawia z kolegami, dowie się, jakie są dla niego zadania. Dyskretnie odda też tekst dla prezesa. W wydawnictwie prowadzi niszową serię książek z historii sztuki. Ma opinię pracoholika i samotnika – dla Antka liczy się tylko kariera – powtarzają miedzy sobą koledzy. Kiedy spotyka kogoś znajomego na ulicy, uśmiecha się, po czym rzuca szybko:
– Cześć. Zamienia jeszcze kilka grzecznościowych słów, i pointuje: – Cieszę się, że cię spo-tkałem, jak dobrze wyglądasz. Typowa amerykańska, pozytywna zwięzłość, myślą ci, co coś o nim wiedzą. Syn dyplomatów, spędził młodość w Nowym Yorku, ukończył tam high school. Potem rodzice wysłali go na studia do Krakowa. Studiował polonistykę i historię sztuki, po studiach na stałe osiadł w Krakowie. Raz w roku jeździ na urlop, zawsze do Stanów.
– Lecę do Nowego Yorku, chcę zobaczyć nowe wystawy i przejść się po galeriach – informuje prezesa, choć ten wcale nie pyta, bo wie, że Antoni leci do Stanów.

Kolegów widuje tylko w pracy: na zebraniach, podczas prac jury, rzadziej indywidualnie, kiedy muszą omówić problem, kiedy są rozbieżności zdań. Wszyscy w wydawnictwie wiedzą, że Antek, tak go nazywają koledzy, ma ucho prezesa, że prezes zapyta go o zdanie zanim podej-mie decyzję. Prezes zasiada w jury konkursów literackich, jest cenionym krytykiem. Nie wie-dzą, dlaczego prezes tak bardzo polega na opinii Antoniego. Nie podejrzewają, że Antoni pisze artykuły, pod którymi podpisuje się prezes. Nie domyślają się, że prezes bez Antoniego byłby tylko managerem. Nie wiedza, że to jest frycowe, jakie Antoni płaci za spokój, za brak pytań, za całkowitą wolność. Przychodzi do pracy kiedy chce, nie obowiązują go terminy. Spędza w wydawnictwie tyle czasu ile sam zdecyduje. Bywa na przyjęciach, tak, zdecydowanie to lubi. A jeszcze bardziej lubi alkohol. Jest dobrym party animal,  jak czasem nadmienia. Nie narzeka, niewiele mówi, słucha. Literaci garną się do niego. Chodzi o jego wpływ na prezesa! Wiedzą, że może zaskarbić im przychylność recenzenta.

Pomimo lekkiego zaokrąglenia pleców nadal wygląda atrakcyjnie. Zawsze nienagannie ubrany: szary garnitur, biała koszula, stonowany krawat. Klasyczny styl podkreśla jego szczupłą syl-wetkę. Jest pełen kurtuazji i uśmiechnięty. Jakiż kontrast z wyrazem oczu! Są nieprzeniknione. Nieprzenikniony wyraz oczu powoduje, że koledzy nie rozmawiają z nim na tematy osobiste. Doświadczanie nauczyło ich, iż na pytania osobiste Antek nie odpowiada. Nawet  zwykła pro-pozycja – pójdziemy na kawę? – pozostaje w zawieszeniu. Dyplomatycznie zmieni temat i do-piero po chwili rozmówca zauważy, że omawiają Hoppera, że grzebią w życiu malarza, że są w Nowym Jorku w jego pracowni przy Washington Square North. Koledzy już przyzwyczaili się do fascynacji twórczością tego malarza, trochę się podśmiewają, nawet prezes przed wigi-lijnym opłatkiem w redakcji rzuci: – Jutro impreza rodzinna, założę się, że Antek znów przyj-dzie sam i opowie o wpływie Hoppera na scenografię planów filmowych w amerykańskim ki-nie. I  przedrzeźniając ton Antka, doda: – Podobno nie tylko Hitchcock kopiował swoje kadry, ale robi to dzisiaj Jarmusch. Myślę, że czepią z niego wszyscy, jak zawsze zniekształcając i profanując jego czystość, nawet Wajda w „Tatraku".

Teraz chodzi nerwowo, nierównomiernie, nie tak jak zawsze: pięć kroków ścina, obrót, pięć kroków, tylko dwa kroki, przerwa, kok, przerwa, obrót, jakiś krok lub dwa długa przerwa, parę kroków, obrót. Nie ma ochoty na swój codzienny spacer po salonie. Siadając za biurkiem zamka oczy,  brak zapału, nie czuje się dobrze.  Tekst źle go nastraja. – Co to za absurd? Mru-czy do siebie. Po chwili otwiera oczy, mobilizuje się i podejmuje czytanie.


– Czy pan potwierdza swoje zeznania? Jakiś głos wyrwał mnie z niebytu. Zorientowałem się, że je-stem na komisariacie policji. Czułem się tak, jakbym właśnie się obudził. Zupełnie nie pamiętałem jak się tam znalazłem. Wpadłem w panikę, ale opanowałem się, bo twarz siedzącego naprzeciwko mnie policjanta była spokojna.  
– Taak, tak, potwierdzam – mruknąłem.
Popatrzał na mnie. – Dziękuję, proszę podpisać protokół i może pan już iść, dodał podając mi zapisa-ną kartkę. Zaciekawiony zacząłem czytać:

Widziałem kłęby dymu więc pomyślałem, że pali się las. Pociąg stał to wysiadłem. Wszedłem do lasu kilka metrów. Ścięte drzewa, blacha no i dym. Dwa kroki ode mnie leżał człowiek ze strzępami koń-czyn. Chyba już nie żył. Nie wiem. Dalej jakiś korpus wbity w drzewo. Na drzewach żebra, ubrania. Pamiętam kawałek czerwonego materiału. Wpadłem w panikę chciałem uciec ale potknąłem się o jakieś ciało. Wtedy dopiero zauważyłem, że za mną przyszli jacyś ludzie. Podnosili coś, może szukali czegoś. Nagle pojawiła się policja. Odgrodzili nas od....

Przerwałem, zrobiło mi się niedobrze, jakby powietrze nagle rozrzedziło się, jakbym szedł wysoko w górach. Każdy ruch, nawet okiem wymagał ogromnego wysiłku, chciało mi się wymiotować. Z trudem dojrzałem na dole protokółu mój podpis. Antoni Zawiszewski. Nie wiem jak długo siedziałem próbując opanować odruch wymiotny zanim wydukałem:
– Nic nie rozumiem.
– Czego jeszcze pan nie rozumie? Lepiej za dużo nie wiedzieć – uciął krótko policjant.
– Pan musi, rozumie pan – pan musi mi powiedzieć, co się stało! – prawie krzyczałem.
Rozejrzał się nieco speszony – niech pan się uspokoi – rzucił cicho.
Musiałem coś zrobić, może się źle poruszyłem, bo nagle zaczął mi się przyglądać. – A tej rany na głowie nie zauważyłem, to z pociągu? Wydawało mi się, że zapytał podejrzliwie. Znów wpadłem w panikę, – jaka rana – szukałem w myślach, bałem się przy nim obmacywać głowę. Bezpieczniej było potwierdzić: – tak, z pociągu.
– Mój kolega też był na miejscu wypadku. On wcześniej pracował na cmentarzu, to i ten widok prze-żył, ale, jak mówił, normalny człowiek by się już nie podniósł. Nagle jakby coś mu się przypomniało:
 – Proszę chwilę poczekać, zaraz wracam – powiedział – i wyszedł jakoś za szybko.
Kiedy chyłkiem przesuwałem się wzdłuż ściany korytarza w kierunku drzwi, słyszałem jak policjant mówi: – Tak, karetkę na komisariat… podejrzewam wstrząs mózgu.

Antoni zrywa się z krzesła przewracając je z hukiem, nie zauważa zajścia, nie słyszy hałasu. Biegnie do wyjścia, w korytarzu skręca w lewo do łazienki. Prawie wpada na drzwi, w ostat-niej chwili prawą ręką łapie klamkę i otwiera szarpnięciem.  Lewa ręka nerwowo szuka wy-łącznika, błądzi po ścianie szybko i niezdarnie. Jest. Zapala światło. Ogląda się w lustrze. Kręci głową, w lewo, w prawo, znów w lewo. Jest zaskoczony, jakby zobaczył nie to, czego się spo-dziewał. Pomimo eleganckiego ubrania nie wygląda szykownie. Zarost, podkrążone oczy, po-targane włosy. Przybliża twarz do lustra. Zaczyna rękoma obmacywać głowę, na prawym boku wyczuwa guza, okręca głowę, rozsuwa włosy, przygląda się  – mały i zakrwawiony, ale krew jest już ciemna, właściwie strupek. Przypomina sobie pytanie matki w czasie ostatniej wizyty: – Skąd masz tę ranne głowie?

Emerytowanych rodziców odwiedza rzadko, najwyżej raz w roku. Niespodziewanie, bez po-wodu  dzwoni i zapowiada wizytę na jutro, potem jedzie pociągiem do Warszawy, zjada z ro-dzicami obiad i już pora aby wracać. Dyplomaci! Rozmawiają chłodno i bez emocji, nie drążą tematów, wkrótce zapomną o nich. Wymieniają informacje o pracy, o literaturze, o aktualnych wydarzeniach. Rodzice są wyrozumiali, może obojętni, zawsze byli bardzo zajęci swoimi sprawami. Dbali o to, aby chodził do dobrej szkoły, może uważali, że reszta nie jest ważna. Antosia wychowywały przypadkowe opiekunki, młode dziewczyny. Nie, nie wychowywały, pilnowały. Jakieś obce ręce, znowu inna ręka go karci. Nienawidził tych rąk. Bezimienne, koja-rzyły się z  poczekalnią dworcową, z jej przypadkowością i nudą. Rodzice nie bawili się  z Antosiem, nie rozmawiali z nim, nie było czasu, nie miał komu opowiedzieć o tym, co go spo-tkało w szkole, albo poskarżyć się na opiekunkę.  Informowali go, niczym megafony dworco-we, co zamierzają, na przykład, kto przyjdzie na kolacje, ale najczęściej, że wrócą późno, albo że nie wrócą na noc, albo że wyjeżdżają.  Miał ochotę krzyczeć, ale czy da radę przekrzyczeć megafon? Ile razy próbował zawołać: – A ja! Czy ja się nie liczę? Ale komunikat już się skoń-czył i to bez odwołania. Z młodości najbardziej pamięta pusty dom, zimne pomieszczenia, i przygnębiający pejzaż miejski. Cale godziny włóczył się po mieście, po miastach, po dzielni-cach obcych miast, po galeriach, po muzeach.  Co pięć lat inne miasto, inny język w szkole i wagary. Ojciec i matka nigdy nie pytali, dlaczego ucieka ze szkoły, ani dokąd chodzi.  Zresztą czy był problem? Oceny na koniec roku szkolnego zadawalały ich. Razem ze świadectwem dostawał uścisk dłoni ojca ze słowami: – gratuluję – i uśmiech matki, znów szykującej się do wyjścia.  Antoni nie uważa, że powinno być inaczej. Nie zastanawia się nad tym.  Ani wtedy ani teraz, kiedy całuje matkę na pożegnanie, a ona wspomina:
– Synu, zawsze byłeś takim blondynkiem. Nagle dodaje.  Masz we włosach jakaś ranę?
Antoni, uśmiecha się kwaśno, jakby jego twarz nie chciała zdradzić zakłopotania.
– Nic ważnego, do widzenia, przyjadę niebawem – odpowiada spokojnym głosem.
Z ojcem, wymieniają uścisk dłoni. – Powodzenia – rzuca ojciec. Za rok albo dwa na pewno powie to samo, kiedy syn będzie już w drzwiach.

Antoni trzymając prawą rękę na guzie, tak jakby chciał się upewnić, że nie zginie, wraca po-wolnym krokiem do salonu. Wolną ręką podnosi machinalnie krzesło i ustawia je na swoim miejscu, równie machinalnie siada. Siedzi wpatrzony w ścianę, trzymając guza, jakby się bał, że guz może odpaść, druga ręka zwisa niedbale. Wygląda jakby spał z otwartymi oczyma.  W końcu ręka trzymająca guza zdrętwiała i opada z głowy na kolana, Antoni, rozciąga obie ręce, poprawia się, poprawia niczym pianista przy fortepianie. Czyta dalej.

Z komisariatu nikt za mną nie wyszedł. Wlekłem się przed siebie niczym w letargu. Przez głowę przelatywały mi jakieś obrazy i słowa, ale wszystko pomieszane, bez najmniejszego sensu. Musiałem tak chodzić wiele godzin, kiedy zatrzymał mnie jakiś policjant.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
–Tak, a właściwie nie. Która godzina? Wie pan zgubiłem się i tak krążę po okolicy, szukam przyjaciół. Kłamałem bez przekonania.
– Trzecia. Pana przyjaciele to nocne marki. Jakiego adresu pan szuka?
– Rogu 9th Ave. i Washington St. – rzuciłem zanim zorientowałem się, co mówię.
– Skąd pan jest? – popatrzał na mnie. – Może pana gdzieś podwieźć? Gdzie mieszkają pana przyja-ciele?
Kiedy nie odpowiadałem wyraźnie zakłopotany zapytał:
– No i co z panem?
Gdybym wiedział gdzie jestem, choćby w jakim mieście, nawet zgadnąć było mi trudno, więc powie-działem:
– Jest tutaj jakiś dobry hotel? Może mnie Pan tam zawiezie, już dam spokój przyjaciołom o tej godzi-nie.

Kiedy obudziłem się, dokuczała mi głowa. Leżałem w łóżku rozglądając się po pokoju. Wyglądał ele-gancko, trochę za dużo szmat – tak nazywałem firany i zasłony, ale jest ok. Pomyślałem. Nagle przy-pomniałem sobie komisariat, i to, że nie wiem gdzie jestem. Poszedłem do łazienki. Z lustra spoglądał na mnie jakiś facet. Był bardzo nieświeży, potargany, na głowie, na prawym boku wystawał mu z wło-sów mały zakrwawiony guz. Koszula i spodnie nadawały się do prania, pełne plam zasuszonego błota. – O kurwa!.

Ręka Antoniego znów wędruje do guza, obmacuje go starannie. Oczy są skupione, wpatrzone w ekran, śledzą dalej tekst.

Wróciłem do pokoju, zrobiłem sobie whisky z wodą, usiadłem w fotelu i włączyłem telewizor. Gadają-ce głowy, jak zwykle polityka. Chciałem wyłączyć kiedy na pasku ukazał się napis: „Wczoraj samolot Lotu lecący z Nowego Jorku rozbił się na skraju lasu pod Warszawą. Zginęły 163 osoby – 6 członków załogi i 157 pasażerów."

Więcej dowiedziałem się z gazety, o którą poprosiłem pokojówkę przez telefon. Przekazana do me-diów informacja była lapidarna: „Samolot podchodził do lądowania, ale z nieznanych powodów rozbił się na skraju lasu, pod Warszawą. Przewoźnik otoczył bliskich ofiar troskliwą opieką i zapewnił im nocleg w warszawskich hotelach." Miałem w ręku warszawskie wydanie Wyborczej, z piątku 16 sierp-nia. Wczoraj, wczoraj, czy ja czasem nie wróciłem z Nowego Yorku?– przypominałem sobie. Czy leciałem jak zawsze, Lufthansą z przesiadką w Berlinie?. – Na Lufthansę Antoniego nie stać, ale Paul od lat lata pierwszą klasą Lufthansy! Uśmiechnąłem się do swoich myśli.  Rozejrzałem się po pokoju. Czegoś brakowało. Walizka!  Pójdę na komisariat popytać. Przy okazji dokładniej dowiem się szcze-gółów. Może gdybym doczytał do końca moje zeznanie, albo porozmawiał z tym policjantem, wie-działbym co się stało. Cóż mogło mi się przytrafić i dlaczego policja mnie przesłuchiwała? Zbierałem się do wyjścia, spojrzałem na siebie w lustrze przy drzwiach i wpadłem na pomysł aby iść pod prysz-nic w ubraniu. Następną godzinę poświęciłem swojej garderobie, suszyłem ją suszarką do włosów. W końcu wyszedłem do miasta w  mokrych jeszcze spodniach i wilgotnej koszuli. Upał rozgrzał już ulice. „Hotel Bristol" przeczytałem na budynku hotelowym. Na Nowym Świecie kupiłem trochę ubrań, a któ-re zaraz się przeprałem, a stare razem z torba wrzuciłem do kosza na ulicy.  Wpadłem na kawę do Bliklego. Spacerowałem po mieście.  Poczułem się doskonale.

Dopiero po południu wybrałem się na komisariat. Poszedłem do najbliższego, pomysł okazał się do-skonały bo, dostałem adres, pod którym najprawdopodobniej byłem poprzedniego dnia.

– A to pan – ten sam policjant podniósł głowę znad biurka. Co za szczęście.   
Dopiero teraz mu się przyjrzałem. Typowy glina, przypominał Colombo. Tak samo zaniedbany.
– Dzień dobry, cieszę się, że pan mnie pamięta. Chciałem uzupełnić moje zeznanie, przypomniałem sobie parę szczegółów.
– Czuje się pan lepiej? Coś się wydarzyło? – zapytał oschle nieszczególnie zainteresowany. Najwi-doczniej miał dość. Czego? Nie wiedziałem.
Przez chwilę milczałem nie wiedząc jak zapytać o walizkę, w końcu wybrnąłem :   
– Podejrzewam, że ukradziono mi walizkę … w pociągu.
– Zaraz skieruję pana do kolegi, pójdzie z panem poszukać.  Mamy dużo walizek, po które jeszcze nikt się nie zgłosił, też po wypadku lotniczym. Może pana walizka, tam będzie.
Kiedy wróciłem bez walizki, nadal siedział za biurkiem, popatrzał na mnie pytająco.
–  Myślę, że walizkę mi ukradziono – nalegałem.
– W pociągu?  – zapytał z niedowierzaniem, zaraz dodając: – Takie zwykłe sprawy to nie do mnie, proszę  zwrócić się do kolegów na dole.
– Pan nie rozumie, to nie jest zwykła sprawa – zacząłem mówić szybko, jakbym się zdenerwował.
– Wybaczy pan, ale naprawdę nie mam czasu – uciął głosem nieznoszącym sprzeciwu.      
– Nich mnie pan wysłucha – nalegałem spokojnie.
– Znowu pan zaczyna? Czy pan myśli, że ja jestem psychiatrą. Dość już mam pańskich wynurzeń.  Jego głos nadal przypominał topór.
–  Nie rozumiem, co ma pan na myśli? – zapytałem przyjaźnie, w nadziei, że czegoś się dowiem.
Nastąpiła cisza. Przez chwilę siedział bez ruchu. Nagle wstał podszedł do szafy. Szukał czegoś, wyjął niebieską teczkę, otworzył ją, wziął plik papierów, podał mi kilka kartek mówiąc:
 – Nie wiem czy powinniśmy wracać do sprawy, ale skoro pan nalega,.., proszę. Zostawił mnie z pa-pierami i wyszedł.

Papier formatu a4 był spięty spinaczem i zapisany niedbałym pismem. Ktoś pisał ołówkiem, skreślał i dużo poprawiał. Nie bez trudu udawało mi odczytać tekst.

Moje terytorium to była dzielnica domów publicznych, do której udawałem się pod pozorem zbierania materiałów o prostytucji. Nigdy nie wychodziłem poza ten teren. Za dnia poruszałem się po mieście wraz z policjantami, przyglądając się ich pracy i środowisku. Ale prawdziwego materiału do książek dostarczała mi noc. Późną nocą zabierałem z ulicy prostytutkę, najczęściej wiozłem ją za miasto – do jakiegoś motelu na odludziu. Następnie uprawiałem z nią seks. Potem były przeróżne rzeczy. Przede wszystkim zmieniał się nastrój. Testowałem swoje pomysły. W kolejnej książce musiałem czytelnika czymś zaskoczyć. Na przykład dziewczyna grała jakąś rolę, musiała wyjść z pokoju nago na czwora-kach i wsiąść do samochodu, niczym zwierzę. Chciałem mieć plastyczny i przekonywujący opis tej sceny. Większość dziewczyn na koniec zabijałem. Najczęściej dusiłem. Tego wymagał wydawca, w każdej powieści przynajmniej jeden trup. Bohater moich książek, Werner, zdziwaczały seryjny morder-ca, trafił do więzienia za zabójstwo prostytutki. W trakcie odsiadywania wyroku zaczął pisać powieści, w których tworzył siebie na nowo. Werner świetnie manipulował ludźmi. Był kameleonem – wyczuwał, co ludzie chcą w nim zobaczyć i natychmiast to symulował. Pierwsza z moich powieści, Nighthawk była bestsellerem w Nowym Yorku, a Werner stał się ulubieńcem nowojorskich ekstremistów, którzy w jego twórczości doszukiwali się dowodów na możliwą resocjalizację. „Werner nie jest mordercą, a artystą!" Pisali recenzenci.
W każdej książce Werner opowiadał przygodę z prostytutką. Zazwyczaj to była blondynką. W Ni-ghthawk kocha się z nią w hotelu. Delikatnie i powoli rozbiera ją. Prosi aby usiadła na krześle albo stanęła w oknie. Od tej chwili już nie rozmawiają, położył jej palec na ustach z tak wymowną miną, że zrozumiała.  Krąży wokół, poczym zmienia scenografię. Odsuwa kobietę na bok, przestawia krzesło, przesuwa łóżko, znów sadza i ogląda, znów krąży, kładzie się na ziemi, wchodzi na krzesło, chowa się gdzieś, najczęściej do szafy, i z ukrycia dalej obserwuje. Kiedy jest schowany, ona zdezorientowana zaczyna się rozglądać, nie widzi go. Wychodzi znienacka, zachodzi ją od tyłu. Chwyta za włosy i rzuca na łóżko. Przestraszona krzyczy i szarpie się.  Jest silniejszy kiedy leży na niej podparty na rekach. Mocno trzyma jej dłonie. Rozsuwa jej uda swoimi nogami. Ona przestaje się szarpać. Regularne ruchy ciała trwają minutę. Nagle puszcze ręce i łapie ją mocna za szyję. Kilka szarpnięć ciałem nie pomaga aby się uwolnić spod jego ciężaru. Mija kolejna minuta i już nikt się nie rusza, ani ona ani on.  

Antoni zamyka oczy. Siedzi zupełnie bez ruchu. Nikt by się nie domyślił, że wewnątrz przezy-wa burzę,  w myślach miota się miedzy ścianami, głową wali w mur, jakby chciał coś z niej wyrzucić.  Chce wyrzucić wspomnienia bo one  piętrzą się jak diuny w czasie burzy piaskowej. Porywają go i przenoszą w dzieciństwo. Piętnastoletni Antoś ma metr siedemdziesiąt pięć i od roku mieszka w Nowym Yorku. Wygląda poważnie. Jest wieczór na  Meatpacking District, mocno umalowane i wydekoltowane dziewczyny przechadzają się po ulicach, stoją na rogach,  zaczepiają go,  Są w  krótkich spodniczkach albo obcisłych spodniach.  Wszystkie na szpil-kach, nawet wysokie kozaki mają szpilki.  Atmosfera jest gorąca. Światła klubów i barów mrugają jak na choince w Boże Narodzenie. Cały wieczór włócząc się obserwuje kobiety, przygląda się jak dobiją targu, jak negocjują cenę. W  klubie OAK ogląda filmy: „Ostre rżnię-cie" i „Seks w basenie".  Kiedy wraca do pustego domu jest podniecony i oszołomiony.  Kła-dzie się spać, ale nie może zasnąć.  Ciało ma naprężone, jest spięty, podenerwowany. Próbuje rozładować napięcie ręką, ale pomimo wytrysku nadal jest podniecony. Wstaje, siada do kom-putera, zaczyna pisać po angielsku.  Opisuje dziewczynę, której przyglądał się na ulicy, zgrab-ną blondynkę, a potem to, co widział w OAK.  Trochę zmienia fakty. Mężczyzna zachodzi dziewczynę od tyłu, rzucą ją na ziemię, trzyma jej ręce, rozchyla jej uda swoimi nogami, i szybko w nią wchodzi, parę ruchów i jest wytrysk. U Antosia też. Dopisuje:  "In a way, perhaps I should apologize for not killing you. But I feel this type of treatment is a far more appropriate pun-ishment. Remember, next time you might not be so lucky. " Wyłącza komputer, wstaje od biurka i spokojnym już krokiem idzie pod prysznic, potem do łóżka.  Zasypia natychmiast. Rano budzi się w dobrym nastroju, szybko ubiera się i idzie do szkoły, zjada lunch z kolegami, pizzę na ulicy, rozmawiają o samochodach.  Wieczorem z rodzicami siedzi przy stole, jedzą kolację. Ojciec opowiada o nowej wystawie w Museum of Modern Art, o wystawie Hoppera. Pod ko-niec kolacji matka anonsuje, uprzejmym ale objętym głosem: – Jutro wyjeżdżamy, na trzy dni. Nie zapomnij kluczy, kiedy wychodzisz z domu. Pieniądze, jak zawsze, są w szufladzie w biur-ku. Zobacz tę wystawę. Szkoda, że nie mogę też tam pójść. Może innym razem. No, idź już spać. Dobranoc. Od tego dnia Antoś chadza regularnie na W15th St. – do barów, a na W17th St. – do klubu OAK. Równie często odwiedza tylko Museum of Modern Art lub  Greenwich Avenue Muzeum albo Whitney Museum of American Art.  Dużo pisze. W komputerze jest kilkadziesiąt stron zapisanych w Times 12. Zaczynają się od: „Paul Mack". Antoś nie wie dla-czego, obrał taki pseudonim. Właśnie czyta kolejny raz pierwszą stronę, zastanawiając się, czy początek jest atrakcyjny, na tyle atrakcyjny, aby wciągnąć czytelnika. Odczytuje na głos kilka linijek.
Nighthawk. Behind the windows, a man with his back to the window, and a couple facing out, sit in silence. No door is visible, so even if a passerby wanted to interrupt their solitude, it would be impos-sible. Is the couple fighting? Or are they just tired after a long night out? Who is the other man?

Antoni powoli otwiera oczy, wstaje bez pośpiechu poczym niemrawo zaczyna chodzić po sa-lonie, co jakiś czas wstrząsa nim bezdźwięczny śmiech a na twarzy pojawia się grymas przy-pominający szeroki uśmiech. Po twarzy spływają mu strużki potu. Oczy niespokojnie śledzą błękit ścian.  Chodzi. Po godzinie znów jest spokojny, twarz pogodnieje, oczy lśnią, krok jest coraz bardziej żwawy. Odbywa swój zwykły spacer: pięć kroków ścina, obrót, pięć kroków obrót.  Po kolejnej godzinie ląduje przy biurku i szuka wzorem miejsca, od którego powinien podjąć korektę.


Już w połowie pierwszej strony zacząłem się pocić, po czole leciały mi strużki. Lekko drżałem na ca-łym ciele. Wilgotne ręce zostawiały ślady ma papierze. Kartki wypadały mi z rąk, odszyfrowywałem  z trudem niechlujne pismo. Podnosząc wzrok zauważyłem policjanta. Znów siedział przy biurku naprze-ciwko mnie.  
– Kto to napisał? – głos mi drżał.
– Pan, wczoraj. Nie pamięta pan? Wdawało mi się, że drwi.
– Proszę nie żartować.
– Nie czytałem tego, nie wiem co pan tam wypisywał, ale po pana minie sądzę, że nic mądrego. Pro-szę pokazać – zabrał mi cały plik kartek, przerzucał kartki, jakby czegoś szukał. W kocu zatrzymał się i i zaczął głośno czytać.

Tej nocy, wlokłem się od bufetu do bufetu. Na 9th Ave. i Washington St. był bar, do którego zawsze zaglądałem przed powrotem do hotelu. Piłem aby oczyścić organizm przed snem. Bardzo zdrowo jest dbać o ciało i organy wewnętrzne – ciągle o tym czytałem. Barman Joe dolewał mi sam, nie musiałem nic mówić, brał do ręki Burbona i czekał z butelką w ręce. Nad ranem butelka była pusta. Tej nocy kiedy wszedłem Joe stał z serwetką w ręku i czyścił szklanki. Przy barze siedziała jakaś kobieta. Nie od razu rozpoznałem Dianę. W czerwonej sukni była inna. Nigdy nie zauważałem takich szczegółów, więc zdziwiły mnie moje myśli. Pomyślałem, iż Diana w tej sukni była zaskakująca…

– Co tu jest dalej? Zapytał głośno, ale najwyraźniej sam siebie, bo nadal wpatrywał siew tekst. Po chwili dodał. – Już mam.
 
Dosiadłem się i chwilę tak siedzieliśmy zanim mnie zauważyła. Chyba ucieszyła się na mój widok, bo pocałowała mnie w policzek mówiąc:
– Jakim cudem mnie tu znalazłeś?
– Lubię tu przychodzić, to moja knajpa – odpowiedziałem.
 Patrzałem na nią. Wyraźnie inspirowała mnie. Coraz intensywniej nachodziły mnie obrazy,…
 
– Coś tu jest pokreślone. Znów odezwał się tylko do siebie.

Diana biegła, a czerwona suknia, podwiewana wiatrem, odsłaniała jej uda i czarne stringi. Przy kolej-nym kroku widziałem inny fragment. Goły pośladek przeplatał się z koronką.
– Chodź pokażę Ci inną dzielnicę, chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą. Nie opierała się. Ulice były puste, już widniało. Doszliśmy  do Meatpacking District i nagle na jednej z ulic szybkimi, pewnymi ruchami rozdarłem jej suknię. Zaczęła uciekać. Dogoniłem ją natychmiast. Serce mi mocno przyspie-szyło. Zaciągnąłem ją na małą uliczkę. Nadał myślała, że się bawimy, i nie opierała się kiedy zdejmo-wałem jej slipki.  Dopiero kiedy założyłem jej majtki  na szyję zobaczyłem w jej oczach  niepokój. Pa-miętam jeszcze, jak mocno chwyciłem za końce majtek oplecionych wokół szyi…

 – Chyba wystarczy? Żal mi pana. Nie będę pana dłużej męczył. Mam tych pana wynurzeń jeszcze dużo.  Proszę to zabrać – podał mi cały plik.
– Czy był pan u lekarza? Zmienił nagle temat.
– Nie rozumiem, u lekarza?  Po co?
– Zakłócony odbiór rzeczywistości i zaniki pamięci to może być wynik wstrząsu mózgu. Ale skoro ma pan też halucynacje, to pewnie jakiś poważniejszy problem. Od tego są lekarze, a nie ja. Już panu poświęciłem wiele godzin, aby wybrać z tego co pan mówił i pisał jakieś sensowne informacje. Panie Antoni, jest pan pisarzem, i ma pan wyobraźnię, ale nie mogę wszystkich pana wynurzeń brać na poważnie. Doznał pan wstrząsu mózgu a potem szoku. Można od tego zwariować – ciężko  wes-tchnął.
Zachęcony zacząłem sie zwierzać.
 – Wie pan, mam widzenia,… obrazy, fragmenty rozmów nagle mi się pojawiają i równie szybko zni-kają. To jakby ktoś wyjął zdjęcie z wywoływacza zanim wyłoni się ostry rysunek. Czuję się jak w te-atrze, albo jak w kilku teatrach jednocześnie, nowe odsłony ukazują się i znikają. Co było przedtem, a co potem? Nie wiem.

Urwałem. Siedział milczący. Po chwili znów podjąłem.

– Od dawna pracuję bez kalendarza, w swoim tempie, dziennie trzy strony do korekty i trzy nowe. Książkę przesyłam do wydawnictwa mailem. Pieniądze przelewają mi na konto. Mógłbym miesiącami nie wychodzić z domu, gdyby nie wydawnictwo i prezes. Dla niego piszę felietony. Jeszcze zostały mi w głowie słowa z ostatniego. Zaczynało się jakoś tak: "Gdyby ktokolwiek chciał utożsamić zawodo-wstwo literackie z zarobkowaniem wówczas całą najważniejszą część nowoczesnej literatury, po-cząwszy od Baudelaire'a i Joyce'a, należałoby potraktować jako hobby, na równi ze zbieraniem sta-rych pocztówek albo znaczków." Od lat piszę, ale ostatnio jest mi coraz trudniej, zdarza się, że nie wiem co piszę,  nie pamiętam co napisałem wczoraj. Kiedy to się zaczęło? Nie wiem. A może wszyst-ko zaczęło się od tej pary i ich rozmowy. Pamiętam doskonale. Tamtej nocy, włóczyłem się po No-wym Yorku , od baru do baru. Widniało. Na rogu 9th Ave. i Washington St. była knajpa, do której lubiłem zaglądać. Joe, barman, dolewał bez pytań, tak jakby odgadywał życzenia klientów. Kiedy wszedłem knajpa była już pusta. Joe czyścił bez pośpiechu szklanki i ustawiał na miejsce. Usiadłem za barem i wtedy usłyszałem glosy.– Boję się. Szeptał męski głos– Czego? Równie cicho pytała ko-bieta.– Raków. Odpowiedział.– Co ty pleciesz? Dziwiła się kobieta.– Ciągle widzę raki. Nalegał męski głos. Od kilku dni. Same raki. Gonią mnie. Szeptał. Niech pan sobie wyobrazi – ciągnąłem – rozmowa urwała się, tak nagle jak się zaczęła. A przy barze siedziała para, patrzyli przed siebie, wydawało się, że są na wystawie albo w kinie i oglądają coś ciekawego. Obserwowałem ich przez dobrą chwilę: ona w czerwonej sukni, on w kapeluszu na głowie, nic nie mówili, nie ruszali się, tkwili tak…

Przerwałem, bo policjant wyglądał na znudzonego, chyba nie słuchał. Nagle zapytał:

– Proszę jeszcze raz opisać jak wyglądała kobieta, którą pan widział w barze w pociągu.
– Mówiłem panu o tym? – zdumiony przez chwile nie mogłem zabrać myśli. W końcu odpowiedzia-łem:  
– Młoda, długie rude włosy, podobna do jakiejś znanej aktorki, takiej z lat pięćdziesiątych.
– A może ją rozpoznaje pan na tym zdjęciu ? Podał mi jakieś kolorowe pismo. Na zdjęciu był bar. Wyglądał zupełnie jak bar u Hoppera w „Nighthawk". Przodem do kontuaru para. Ona w czerwonej sukni.

– Ta, tutaj – dotknąłem ręką sukni.
– Twierdzi Pan, że widział tę kobietę w pociągu?
– Taak – dotknąłem kolejny raz czerwonej sukni.  Kto to jest?
– Diana Antonienko, aktorka. To zdjęcie z filmu, który kręciła w Nowym Yorku.  Była na liście pasaże-rów samolotu, tego, co się rozbił.  Był pan jedną z pierwszych osób na miejscu wypadku, sam pan widział jak to wyglądało. Tam nie można było nikogo rozpoznać. Amerykańska policja twierdzi, z tego co  mi  opowiadał kolega, że kupiła bilet ale nie wsiadła do samolotu i że jej zwłoki znaleziono w No-wym Yorku. Policja dopiero ustala. Od lat grasował tam seryjny morderca. Ponoć padła jego ofiarą. Pan twierdzi, że widział w pociągu do Krakowa kobietę podobną do niej, a kobietę o imieniu Diana spotkał w barze w Nowym Yorku. Swoją drogą, ma pan prorocze widzenia – westchnął ciężko. – A teraz opowiada mi pan o kobiecie w czerwonej sukni i mężczyźnie w kapeluszu. Gonią ich raki po barze w Nowym Yorku… Znów westchnął. – Jak pan widzi, sprawa nie jest prosta i dodatkowo na razie pełna wątpliwości, ale co do jednego nie mam żadnych wątpliwości. Popatrzał mi w oczy. – Pan ma zaburzenia i halucynacje. Pocieszę pana, nie tak rzadko ludzie składają fałszywe zeznania. Z różnych powodów. Czasem chcą zwrócić na siebie uwagę. Podszywają się pod ofiary albo podają za zabójców. Najwyraźniej nagle poczuł się lekko, bo dodał: – Krakowski literat mordercą  w Nowym Yorku!  Zaśmiał się donośnie.
– A ten gość w kapeluszu, ten tyłem, to kto? Zapytałem pokazując palcem zdjęcie.
– Oj drąży pan i drąży. Po co panu ta wiedza? Tu, pod zdjęciem pisze: „Tyłem Paul Mack, amerykań-ski pisarz, autor kilkunastu kryminałów, m.in. „Nighthawk", na postawie, którego powstał scenariusz filmowy" przeczytał na głos.
– Ciekawe. Szepnąłem.
–Może ciekawe, może nie, wszystkiego nie wiem i nie wszystko rozumiem.  Ale rozumiem dlaczego wczoraj pisał pan takie głupstwa a dzisiaj opowiada kolejne. Ludzie po wypadkach miewają głębokie zaburzenia umysłowe. Radzę iść do lekarza, na pewno panu pomoże otrząsnąć się i wrócić do rze-czywistości.

Antoni powoli podnosi wzrok z ekranu na ogród. Napięta twarz i zlęknione oczy sugerują, że nie czuje się dobrze. Może nie wie gdzie jest. Patrzy na ogród, ten widok uspakaja go i oczy nabierają zwykłego nieodgadnionego wyrazu. Zakonnica, która podcinała róże, zbiera z ziemi obcięte gałązki i układała na stosie. Stos rośnie coraz większy. Nagły powiew wiatru rozsypuje stos gałęzi. W salonie Antoniego rozrzuca kartki, zdmuchuje je z biurka na drewniane deski podłogi. Zaskoczony Antoni rozgląda się po salonie. Nie widział ich, nie pamięta, aby na biur-ku było cokolwiek poza komputerem. Wstaje, zbiera je, poczym wsuwa cały plik pod laptopa, bo wiatr zawiewa coraz silniej. Siadając bierze do ręki pierwszą z góry i przygląda się.  Zapi-sany ołówkiem, niedbałym pismem tekst jest pokreślony, co kilka linijek zmienia się  pismo.  Antoni z trudem odszyfrowuje treść. Papier ugina się podrywany podmuchami. „Tej nocy, wlo-kłem się od bufetu do bufetu. Na 9th Ave. i Washington St był bar, do którego zawsze zaglądałem przed powrotem do hotelu. Piłem aby oczyścić organizm przed snem…."  Przerywa czytanie, od-kłada kartkę pod laptopa i niespokojnie kilka myszką, przesuwa tekst na ekranie i znajduje: „Tej nocy, wlokłem się bufetu do bufetu. Na 9th Ave. i Washington St był bar do którego zawsze za-glądałem przed powrotem do hotelu. Piłem aby oczyścić organizm przed snem…". Czyta teraz zda-nie po zdaniu, raz z kartki, którą lekko wysuwa spod komputera i przytrzymuje lewą ręką tak aby podmuchy nie utrudniały czytania, a raz z ekranu.
 –To samo, zupełnie to samo, to samo, co do słowa. Głos mu drży.  –To samo. Powtarza po cichu. –To samo, to samo. Powtarza głośniej jakby chciał kogoś przekonać albo zagłuszyć pierwsze grzmoty burzy. Pioruny trząsają teraz regularnie. Ulewny deszcz zacina do pokoju. Biurko, komputer, kartki zalewa woda.  Antoni nie zmienia swojej pozycji. Niczym pianista poprawia się. Unosi ręce. Palce błyskawicznie podnoszą się i opadają na klawiaturze.
  

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież