Wiktoria Szelmicka - Listopadowe słońce

Było takie trzy lata. Zabójcze trzy lata. Nie zniszczyło ono we mnie – mnie, a we mnie unicestwiło – ja. To złe „ja". Najmniej poetyckie, najbardziej…. Najbardziej masowe. Samotności czy barwą, czy szarością jesteś? Ja! Ja chcę być, być jak najskuteczniej – szarością. Biało–czarna fotografia, odbija młodą twarz dziewczyny. Wesołej. Radosnej. Życiowej. W życiu najbardziej. W życiu najbardziej – była. Bo, możesz mi uwierzyć lub nie, w życiu można nie żyć. Trup? Oddychający nie–żywy? Nie! To wszystko już było. Ona oddycha, ona myśli, ona czuje, ona się śmieje, ona jest, ona żyje. Tylko w tym życiu jej nie ma. Odległa od siebie, dusza szepcze o wyobrażeniach. Ciała. Zmysłów. Lekkości. Gruba, ona jest gruba. Ona jest ciężka. Śmieje się. Na zdjęciu się śmieje. Ona jest gruba. Ładna. Uśmiechnięta. Odległa. O n a j e s t g r u b a. I tylko ta myśl trzyma sztuczność jej twarzy. Kim jest ona? Jest właśnie tym, właśnie tym.
– Olga! Olga! – krzyk przedziera się przez uszy, trafia do umysłu, a potem, dopiero potem dociera do świadomości. Rozbudza oddech.– Czy jestem gruba? – Olga spojrzała na n i ą. Ona jest. Nie przeszło to przez gardło.
– Nie. – sztuczka opanowana do perfekcji.
–Matt! Matt! – śmiech, śmiech, śmiech, śmiech. I tylko śmiech. Nie ma płaczu, nie ma łez. Śmiech, śmiech, śmiech. – Czy jestem gruba? – ona wie, ona widzi, ona patrzy.
– Nie! – sztuczka opanowana do perfekcji. Kim jest o n a?
I było lat pięć. Lata te, złożone są w odcinki niebytu. Nie były one złe. Nie były one sobą. Nie były one wcale. Bo ja nie istniałem, bo istnieć nie mogłem. Gdy zamknąłem oczy, widziałem siebie. Siebie bez siebie. Kim byłem? Co robiłem? Nie pamiętam. Nie pamiętam słów wczorajszych, gestów dzisiejszych, a co dopiero zdarzeń sprzed lat pięciu! On wtedy miał za sobą zim dwanaście. Tak, jak o n a. Tylko, że on – wysportowany, lubiany, pełen życia. Nigdy. Nigdy. Nigdy. Samotność ? – nigdy. I gdyby tak porównać ich życiorysy – są, niczym światy odległe. Co prowadzi do spotkania dwóch przestrzeni?
– Wii! Wii! – jego śmiech, jego śmiech, jego śmiech. I tylko czuł, czuł siebie. Nic więcej, nic po za wszystkim. Czuł siebie. – Czym jest samotność? – oboje roześmiani, w tłumie mało obcy.
– Nie wiem. – idealna sztuczka.
– Olga! Olga! – głos tak przyjemny dla ucha, pieścił każdą jego część. Uśmiech, poza, gest. Już była jego. Już była j e g o. – Czym jest samotność? – spojrzenie jedno.
– Nie wiem. – idealna sztuczka.

Również tego autora