Jacek Kępa - List (2)

Im bardziej wydłużała się lista moich wtajemniczeń w dorosłość, z tym większym zaciekawieniem, niecierpliwością wręcz i dreszczykiem emocji wypatrywałam dalszego ciągu, tym chętniej poznawałam smak podniecenia i pożądania. Podniecało mnie to, że czułam się pożądana i we mnie samej pożądanie się budziło, choć nie zawsze pozwalałam sobie na jego zaspokojenie ani też nie zawsze zaspokojeniem obdarowywałam. Im bardziej mnie pożądano, tym ważniejsza się czułam. Za każdym razem starałam się cieszyć tym stanem jak najdłużej, bo wiedziałam, że zaspokojenie nieuchronnie przyniesie szarą, nudną, skrzeczącą rzeczywistość, z której wyrwie mnie dopiero kolejna impreza i kolejny facet. Dzięki mężczyznom z listy unikałam powrotów w przeszłość, ale nie umiałam okazywać im wdzięczności i pozbywałam się ich z taką samą łatwością, z jaką ich poznawałam.
Przed samym wierzchołkiem piramidy znalazło się dwóch mężczyzn. W przypadku pierwszego wierzyłam bardzo mocno, że razem spędzimy życie. Był moim pierwszym chłopakiem z prawdziwego zdarzenia. Jako nastolatka wyobrażałam sobie, że udany związek jest nieustannym imprezowaniem, przesiadywaniem w knajpach, kawiarniach i klubach, jest tańcem, spacerami, podróżami i nieustającą rozkoszą. Sądziłam, że tak właśnie wygląda życie szczęśliwe i tak chciałam je przeżyć. Wyszukane formy, w jakich dawaliśmy wyraz wzajemnej fascynacji, sprawiły, że byłam w siódmym niebie. Czułam, że żyję. Ten stan nie trwał jednak długo. Chłopak coraz trudniej znosił moje imprezowanie i coraz częściej dochodziło między nami do kłótni. W końcu w ogóle zabronił mi wychodzenia. Zapłakana spędzałam samotne wieczory w domu, daremnie czekając na jego telefon. Wpędził mnie w takie poczucie winy i przygnębienie, że przepraszałam nawet za rzeczy, których nie zrobiłam. Godzinami czekałam, żeby się do mnie odezwał, a on tymczasem bawił się w najlepsze na imprezach, na które mnie zabraniał chodzić! Wyobrażasz sobie taką podłość? Mnie zamknął w domu, a sam używał życia. Moja kochana mamina patrzyła na to pełna troski i niepokoju. Bywał w naszym domu tak często, że traktowała go jak syna i to, co się między nami działo, wpędzało ją w rozpacz. Koniec, choć był strasznym odkryciem i wpędził mnie w stan niewyobrażalnego upokorzenia, nareszcie rozwiązał pętlę, zaciskającą się wokół mojej szyi. Pewnego dnia poprosiłam koleżankę, by przysłała mi esemesa na numer jego telefonu komórkowego. Gdy usłyszałam sygnał, byłam przekonana, że spełniła moją prośbę. Odczytałam wiadomość i zrobiło mi się słabo. Pisała jakaś obca dziewczyna, a treść nie pozostawiała cienia wątpliwości, co do rodzaju łączących ich relacji. Zobaczyłam wiadomości od wielu innych dziewczyn i zrozumiałam, że mnie zamykał z zazdrości w domu, a sam puszczał się na prawo i lewo. Odkryłam, że przez cały czas naszej znajomości jeździł ze swoim ojcem po Polsce i odwiedzał domy publiczne. Chciałam umrzeć. Na depresję jednak tak łatwo się nie umiera, więc przestałam tylko wychodzić z domu i całe lato przeleżałam w łóżku. Mama wysłała mnie do psychologa, brałam jakieś leki, ale nie wierzyłam, że to mi pomoże. Nie potrafię opowiadać o sobie obcym, w końcu całe życie oparłam na udawaniu, zacieraniu śladów i maskowaniu prawdy. Uważałam, że ze wszystkimi problemami trzeba radzić sobie samemu.


Pracę w sklepie z torebkami porzuciłam, gdy dawny znajomy ojca zaproponował mi posadę sekretarki, i to aż w Berlinie. Prowadził tam firmę i potrzebował kogoś do biura. Wielkie miasto, wielkie perspektywy, moje życie mogło zacząć się na nowo. Później żałowałam, że zgodziłam się bez namysłu, ale przewidywanie nigdy nie były moją mocną stroną. Powinnam od razu zdać sobie sprawę, że po znajomym ojca niczego dobrego spodziewać się nie można. Nieraz wspólnie wyruszali na męskie przygody. Mimo że mój nowy szef przekroczył sześćdziesiątkę, dobrze wyglądał, zachował sporo sił witalnych i przy każdej okazji szukał dla nich ujścia. Szybko się okazało, że charakter usług, jakich ode mnie oczekiwał, był bardzo szeroki i musiałam wykazać się naprawdę imponującą wszechstronnością, by spełnić wszystkie oczekiwania. Zazdrosna i brzydka żona nie miała żadnych szans, by go upilnować. Stałam się czymś w rodzaju maskotki, kwiatkiem do jego kożuszka. Kupował mi eleganckie ciuchy i zabierał na spotkania biznesowe, po których lądowaliśmy najczęściej w jakimś eleganckim pokoju hotelowym. Miał na mnie zawsze wielką ochotę, a ja byłam w kropce, bo nie chciałam, żeby zdradzał żonę, i dlatego nie zawsze pozwalałam mu zaspokajać jego wyuzdane fantazje, zarazem jednak te umizgi mile łechtały moją nienasyconą potrzebę uznania i podziwu. Z całą szczerością mogę więc powiedzieć, że byłam za a nawet przeciw. Facet nie budził we mnie odrazy, był dobrze utrzymany, ubierał się ze smakiem i elegancko, a co ważniejsze, elegancko ubierał także mnie. Pracą biurową nie musiałam się za bardzo przejmować, a od kiedy rozniosła się wieść, że jestem sekretarką do zadań specjalnych, nikt z pracowników nie ośmielał się mnie z niej rozliczać. Wyobrażam sobie, jak bardzo mnie obgadywano, ale miałam to w nosie. Mimo wieczornych zajęć z szefem pozostawało mi jeszcze dość czasu, by spacerować po mieście, sprawdzać jakość knajp, klubów i dyskotek. Wzięłam udział w berlińskiej paradzie miłości. To było wspaniałe przeżycie przede wszystkim dlatego, że w tłumie młodych, przystojnych, uśmiechniętych mężczyzn mogłam dać upust rozpierającej mnie radości życia i osiągnąć stan najwyższego upojenia. Na krótko przeniosłam się w świat bez łez i rozczarowań. Emanującej ze mnie radości nie kierowałam ku nikomu określonemu, doznawałam jej w najczystszej postaci, rozsiewając wokół siebie jej wabiący, niepowtarzalny aromat. Prochy pozwalały mi pozostawać w stanie niczym nie zakłóconej euforii, a niekończący się korowód jędrnych ciał i wspomnienie ich ciepła długo jeszcze budziło we mnie oszołomienie i nostalgię.
Coraz bardziej ciążyły mi relacje z szefem i trójkąt, w jakim się od samego początku znalazłam. Nie chodzi mi o wyrzuty sumienia wobec starego i wiecznie obrażonego babsztyla, który dobrze wiedział, co w trawie piszczy, lecz o brak perspektyw. Ze staruszkiem nie wiązałam żadnych dalekosiężnych nadziei, nie darzyłam go uczuciem, nie czułam przywiązania. Byłam właściwie zła, że traktował mnie jak zabawkę. Po kolejnej awanturze i scenie zazdrości, jaką urządził mi przed współpracownikami, spakowałam walizki i najbliższym pociągiem wróciłam do Polski. Decyzja przyszła mi tym łatwiej, że od pewnego czasu miałam już nowe plany. Jadąc kiedyś do domu na weekend, poznałam chłopaka, który na długo zawrócił mi w głowie. Ponieważ oboje czuliśmy, że wpadliśmy sobie w oko, łatwo nawiązaliśmy rozmowę. Zaczęliśmy się spotykać, choć ze względu na jego nieustanne zawodowe podróże w kraju i za granicą nigdy nie spotykaliśmy się tak często, jak tego pragnęłam. Mój nowy chłopak pochodził z Pomorza, ale pracował na całym świecie. Bywało więc, że nie widywaliśmy się miesiącami i w tym czasie, dziś jestem tego pewna, a wtedy tylko przypuszczałam, troskliwie uprawiał i obficie podlewał jeszcze kilka innych ogródków, oprócz mojego. Mimo to po raz drugi uwierzyłam, że spotkałam miłość życia. Pewnego dnia zadzwonił do mnie i poprosił, bym przyszła na dworzec. Jechał pociągiem do Warszawy i choć na chwilę chciał się ze mną zobaczyć. Kiedy już byłam na dworcu, zaproponował, żebym pojechała z nim. Bez namysłu, tak jak stałam, wskoczyłam do pociągu. Było naprawdę cudownie, ogrodnicze zajęcia zabrały nam tyle czasu, że nie starczyło go już na zwiedzanie stolicy. Choć byłam zachwycona, coraz bardziej pragnęłam zmian w moim życiu. Chciałam mojego chłopaka mieć bliżej i widywać częściej, chciałam go tylko dla siebie i przypuszczenie, że muszę się nim dzielić, nie było miłe. Podczas długich tygodni naszego niewidzenia umawiałam się wprawdzie z innymi ogrodnikami, ale żadnemu nie pozwalałam przekroczyć furteczki, prowadzącej do moich wypielęgnowanych grządek. Musieli zadowalać się co najwyżej pogmeraniem przy klameczce. Pozwalałam ją czasami naciskać, jeśli ogrodnik był przystojny, ale o żadnym otwieraniu nie było mowy, bo klucz do niej miał tylko mój ukochany. Pewnego dnia zadzwoniłam do niego z pytaniem, kiedy wreszcie przestanie traktować swoje ogrodnicze zajęcia jak pracę dorywczą i zacznie dostrzegać w nich zajęcie stałe, przypisane do jednego tylko miejsca, bo mam już dość biegania po dworcach. Ponieważ nie złożył jednoznacznej deklaracji, musiałam z nim zerwać. Znowu poniosłam klęskę. Przez długie miesiące kojarzyło mi się z nim wszystko, na co spojrzałam. Jeszcze w czasie naszego jesiennego spotkania nietaktownie stwierdziłam, że nawet teraz nogi by się pode mną ugięły, gdyby nagle stanął w drzwiach mieszkania.
Faceci z ławeczki, faceci z listy, osoba publiczna, ogrodnik i ty - oto moja piramida mężczyzn. Wszystkie imprezy, flirty, zaplanowane i niezaplanowane spotkania, wszystkie zakrapiane alkoholem pogawędki z przypadkowymi znajomymi, kończące się niekiedy wpychaniem na tylne siedzenia samochodów i próbami wywożenia w nieznane, wszystkie, pożal się Boże, związki i całe moje życie widzę w zupełnie innym niż dotychczas świetle. To, co do tej pory robiłam, było piramidalną właśnie głupotą. Opętało mnie nienasycone pragnienie nowości. Pogoń za mocnymi doznaniami zdominowała moje życie. Pozbywając się wraz ze wspomnieniem ojca możliwości budowania relacji z osobą, a nie z tym, co od niej otrzymuję, do zewnętrzności tylko ograniczona, w mężczyznach niczego poza zewnętrznością dostrzec nie umiałam i nie uświadamiałam sobie, że czegoś innego szukać powinnam. Nie widziałam ich wnętrza, bo sama byłam go pozbawiona. Umiałam odkrywać tylko te same płytkie pragnienia, które nosiłam w sobie. Byli narzędziem ich zaspokajania, a przez to także obiektem mojej pogardy. Pogarda była barierą, dzięki której nie musiałam rozumieć, że patrząc na nich, patrzę na własne odbicie, że mszcząc się na nich, upodabniam się do mojego ojca. To mężczyzna jest winien, że jestem jaka jestem, niech więc mężczyźni odczują na własnej skórze, że nie są nic warci, nawet jeśli niewiele warta miałabym stać się w ich oczach ja. Przecież to, co oni sobie o mnie myślą, i tak nie ma żadnego znaczenia. Zadośćuczynienie dla mnie, kara dla nich. Gardziłam nimi, by za własne postępowanie nie gardzić sobą. Gardziłam, czekając aż objawi się ten jeden jedyny, dzięki któremu wszystko się odmieni. To mężczyzna odmówił mi miłości, wzbudził we mnie pogardę i tylko mężczyzna miłości może mnie nauczyć i od pogardy uwolnić. To mężczyzna skazał mnie na uczuciową pustkę i on tylko może ją wypełnić. Im więcej mężczyzn poznam i moją wyższością się nasycę, tym większe prawdopodobieństwo, że spotkam tego właściwego, od początku świata obiecanego mężczyznę doskonałego, który podniesie mnie z upadku, miłości nauczy, miłością otoczy, sprawi, że stanę się dziewczyną dobrą, czystą i niewinną, czyli taką, jaką w gruncie rzeczy zawsze byłam, jestem i będę. Nieszczęśliwe dzieciństwo doprowadziło do tego, że stałam się kłębkiem sprzeczności; pragnąc prawdziwej miłości, wybierałam przelotne związki, skupiona na zewnętrzności, poszukiwałam wnętrza, nie szanując mężczyzn, pragnęłam znaleźć tego, którego szacunkiem obdarzę, szukając miłości poza sobą, nie wiedziałam, że najpierw muszę wzbudzić ją w sobie. Byłam przekonana, że także inni żyją w takim konflikcie, że wszyscy mają dwa oblicza, udają kogoś, kim nie są, że wszelkie relacje to gra, której jedynym celem jest przechytrzenie przeciwnika. Moją naturalną postawą stało się nie zaufanie, lecz podejrzliwość, nie pokój, lecz walka, nie współistnienie, lecz samotność, nie szczera radość budowania wspólnoty, lecz satysfakcja z jej rozbijania, nie partnerstwo, lecz dominacja, nie budowanie, lecz niszczenie. Nabrałam przekonania, że ludzie opierają relacje między sobą na udawaniu, a ich celem jest zdobycie przewagi, wykorzystanie drugiej osoby z zupełnym pominięciem jej marzeń, uczuć i potrzeb. Rzucając się w zewnętrzność coraz to nowych znajomości, wierzyłam, że kiedyś zmienię ją w wewnętrzność dobrego, szczęśliwego życia. Uciekając przed sobą, samą siebie dogonić pragnęłam. Gdzieś bardzo, bardzo głęboko w moim zimnym wnętrzu tlił się płomyczek przeczucia, że odrzucając rodzinną przeszłość, odbieram sobie szansę na zrozumienie, czym jest prawdziwa miłość.
Uwięziona w sprzecznościach przegapiłam szczęście, które przed trzema laty pięknego sierpniowego wieczoru stanęło na mojej drodze. Gdybym wtedy rozumiała to, co rozumiem dziś, nie pozwoliłabym ci odejść. Byłam przekonana, że staniesz na szczycie mojej piramidy, wydawało mi się to proste i oczywiste. Ty jednak, gdy spojrzałeś w dół, nie chciałeś tam pozostać i pozwoliłeś, bym cię strąciła. Musiałam to zrobić, bo nie dostosowałeś się do moich reguł, a ja nie umiałam ich zmienić, przynajmniej nie tak szybko, jak tego pragnąłeś. Wolałam sobie wmówić, że znajomość z tobą to tylko kolejne zauroczenie. Chciałam szczęścia, ale nie rozumiałam, że aby je u twego boku znaleźć, muszę odkryć i uznać prawdę o sobie. Widziałam w tobie ideał i byłam przekonana, że to ty zajmiesz się moją przemianą. Nie przychodziło mi na myśl, że sama przemiany muszę dokonać. Ponieważ byłam czystą zewnętrznością, nie umiałam dostrzec cierpień, które sprawiałam ci moimi zachowaniami, a twoje oczekiwania przedstawiały mi się jako nieuprawnione ograniczanie wolności. Ponieważ ignorowałam własne wnętrze, zignorowałam też twoje, co tak boleśnie dało ci się we znaki i co sprawiło, że nie czułeś się przy mnie bezpieczny, wartościowy i kochany. Zamiast cię poznawać, chciałam jak najszybciej dobrać się do twego apetycznego ciałka. Odpowiedziałeś nieufnością, bo zostałeś potraktowany jak jeden z trzydziestu, którymi natychmiast się pochwaliłam. Im większa stawała się nasza zażyłość, tym więcej, paradoksalnie, zaczynało nas dzielić. Czas weekendów spędzaliśmy na odwiedzaniu klubów i kawiarń, wypełnialiśmy pożądaniem i rozkoszą, chodziliśmy na długie spacery, odwiedzaliśmy muzea, galerie, oglądaliśmy spektakle ulicznego teatru, odwiedzaliśmy twoich, przede wszystkim, znajomych, jedliśmy niedzielne obiady, rozmawialiśmy z moją mamą i zaczynaliśmy poznawać nasze rodziny. Zarazem jednak oddalaliśmy się od siebie, bo ja nie umiałam zrozumieć ciebie, a ty nie umiałeś uwierzyć mnie. Nieporozumienia narastały od samego początku, ale ja nie chciałam, a ty nie miałeś śmiałości o nich mówić. Kiedy wreszcie zacząłeś, nie akceptowałam zastrzeżeń i nie uwzględniałam próśb, bo przecież we własnych oczach byłam doskonała i czułam coraz większe rozczarowanie twoimi pretensjami. Powtórzyła się sytuacja z dzieciństwa; na  użytek świata zewnętrznego wszystko układało się dobrze, gdy tak naprawdę wszystko toczyło się źle. Jesienny wieczór zniszczył kiełkującą w tobie nieśmiało nadzieję, że jesteś dla mnie kimś naprawdę wyjątkowym, a ja, pozbawiona zdolności współodczuwania, nie umiałam uczynić nic, byś uwierzył, że wszystkie moje uczucia, myśli i pragnienia krążą wyłącznie wokół ciebie. Nie umiałam wzbudzić w tobie przekonania, że łącząca nas więź jest prawdziwą miłością, nie umiałam udowodnić, że jesteś dla mnie tak samo ważny, jak ważna jestem dla samej siebie. Dziś wiem, że straciłam cię w tej samej chwili, w której cię zdobyłam, bo zamiast cię poznawać i pozwolić, byś i ty poznawał mnie, zamiast rozmawiać o tym, jak puste było do tej pory moje życie, wylać z siebie cały żal rozczarowanego dziecka i z westchnieniem głębokiej ulgi szukać w twoich dobrych ramionach ciepła i bezpieczeństwa, zamiast raz na zawsze pozbyć się koszmarów dzieciństwa i pozwolić, bym stała się spełnieniem twoich młodzieńczych pragnień, dostrzec twe delikatne wnętrze i dzięki temu obudzić własne, zamiast rozmawiać o wszystkim, co ważne, potraktowałam cię jak nową zabawkę, źródło chwilowej rozkoszy. Widziałeś we mnie dziewczynę swych marzeń, a okazałam się … taka jak inne. I co z tego, że później opowiadałam ci w zachwycie o roztargnieniu, w jakie wprawia mnie nieustanne myślenie o tobie, o pomyłkach w pracy i stratach, na jakie narażam firmę. Co z tego, że dzwoniłam do ciebie w chwilach wolnych od natłoku zajęć towarzyskich, by choć twój głos usłyszeć, że z myślą o tobie gotowałam, piekłam i chodziłam na zakupy do sklepów z tanią odzieżą, by dobierać koszule, swetry i spodnie, które tak idealnie na tobie leżały. Co z tego, skoro ty z coraz większą nieufnością traktowałeś moją spontaniczność, uważając, że tak naprawdę nie chodzi o ciebie, lecz o rozkoszowanie się emocjami, jakie we mnie wzbudzasz, o przyjemność przeżywania, która staje się ważniejsza od osoby, będącej jej źródłem. Nie umiałam się zastanowić, czy moja przyjemność nie oznacza przykrości dla ciebie. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby spytać, czy pragniesz tego samego, co ja. To było oczywiste. Przywileju podziwiania i pożądania mojej nagości nie odrzucił jeszcze żaden mężczyzna i żadnemu nie przyszłoby to do głowy. Po cóż więc miałam cię o to pytać? Przecież byłam wyjątkowa i wyjątkowy był zaszczyt posiadania mnie. Cóż mogło mnie obchodzić, że wolałbyś zdobywać niż być zdobywanym? Samo moje istnienie było radością dla każdego, kto mnie zobaczył. Nie musiałam cię o nic pytać, bo to, co było radością dla mnie, powinno nią być także dla ciebie. Fakt, że pozwalam ci zaspokajać wszystkie moje zachcianki, winien stać się dla ciebie wystarczającym szczęściem.