Zdzisław Antolski - Jak nie zostałem agentem?

Majora Tadeusza z SB poznałem na zebraniu Związku Literatów Polskich, tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego, w czasie wielkiego „karnawału Solidarności", kiedy byłem tylko kandydatem na literata, jeszcze nawet nie należałem do Związku, bo miałem na koncie zaledwie dwa czy trzy cienkie tomiki poezji. Wcześniej przed tym brzemiennym w skutki spotkaniem byłem przez czas dłuższy chory na grypę z powikłaniami, wplątało się zapalenie płuc, i opuściłem kilka obowiązkowych zebrań. Kiedy więc zjawiłem się wreszcie w naszym Domu Kultury, umieszczonym w wynajmowanym lokalu w prywatnym domu, kamienicy, siedzibie Związku i wydawnictwa, zobaczyłem, że wśród dobrze mi znanych twarzy pojawiła jakaś nowa, okrągła i pucułowata, o czerwonawej cerze pięćdziesięciolatka, czerstwo wyglądająca fizjognomia, osadzona na niewysokim, ale nabitym mięśniami, chociaż nieco korpulentnym korpusie. Z początku pomyślałem, że ten nieznany mi osobnik o poczciwej, trochę zakłopotanej minie magistrackiego urzędnika, który mógłby zagrać w filmie Sancho Pansę, to pewnie jakiś nowy nabytek naszego oddziału literatów, zapewne człowiek ten, wyglądający na urzędnika w pierwszym pokoleniu, wydał jakieś swoje wspomnienia z budowania zrębów PRL–u i kandyduje do Związku Literatów, podobnie jak ja. Albo może to jakiś pisarz średniego pokolenia z innego miasta, który przeniósł się do nas w zamian za mieszkanie na głównej ulicy i posadę w urzędzie? Wszak były takie plany i projekty na najwyższych szczeblach władzy naszego miasta. – Wtedy wreszcie osiągniemy odpowiednią liczbę członków ZLP i nasze miasto będzie miało własny oddział Związku. Jakiż to będzie dla nas zaszczyt i awans cywilizacyjny i kulturalny na mapie kraju, od razu podskoczymy o kilka okienek w górę – jak mówili między sobą prominentni działacze.
Bo to miasto nasze to przecież jakieś przeklęte jest. Obsmarował je Żeromski dając mu paskudne przezwiska jako Obrzydłówek, Łżawiec, Kleryków itp. A my mu za to stawiamy pomniki i jego imię nadajemy ulicom i instytucjom kulturalnym. Witkacy, choć tu nigdy tu nie był, napisał wiersz „Do przyjaciół gówniarzy", w którym brzydko się o naszym mieście wyraził:  „Kielce jako szczyt ohydy, małomiasteczkowej brzydy" czy jakoś tak, a po wojnie powstało powiedzonko „Do Kielc – na szmelc". Przeklął nas, i miasto nasze Kielce, Herling–Grudziński z dalekiego Neapolu za pogrom Żydów w lipcu 1946 r. I żyjemy jakoś tak na przekór całemu światu, bo lepiej w świecie nie przyznawać się, że jest się z Kielc. Od razu patrzą na ciebie jak na faszystę, albo pytają, ilu Żydów zabiłeś. Tu się nic nie może udać. Tylko ja się dobrze tu czułem, bo sam nieudacznikiem życiowym byłem i pokochałem to miasto nieudaczne, ze śladami zaborcy rosyjskiego, z miejscami ulicznych egzekucji podczas ostatnie wojny, z bramami kamienic jak pieczary w górach, z dzikimi przedmieściami, na których obcemu obcinali nogawki od spodni scyzorykami, z gmachem WDK–u, gdzie przed wojną odbył się wielki raut, w którym uczestniczył obwieszony orderami marszałek Rydz–Smigły, z gmachem Partii, gdzie w schronie atomowym straszył duch pierwszego sekretarza komitetu wojewódzkiego – Zarajczyka, na którego pogrzebie płakały tłumy, a w mieście ogłoszono prohibicję. .
Ale kiedy prowadzący zebranie partyjny pisarz Brzdyl, prezes oddziału, potwornie otłuszczony i z chorobliwie białą cerą, co upodobniało go do wielkiego robala, ogłosił, że teraz kandydaci opuszczą salę, bo będzie zebranie zamknięte tylko dla pełnoprawnych członków, zobaczyłem ze zdumieniem, że ten niewysoki szatyn, trochę rudawy w świetle żarówki, ani drgnął. Nie mrugnął nawet powieką i nie zadrżał mu ani jeden mięsień na jego okrągłym obliczu. Nawet jakby jeszcze bardziej rozepchnął się w krzesełku, które aż zatrzeszczało w spoiwach, szerzej rozsunął krótkie choć umięśnione odnóża i głowę w tył przechylił na chybotliwym meblu, który był już stary i wysłużony, a pochodził z urzędniczego demobilu z magistratu, niejedną naradę przeżył, a w naszym Domu Kultury dożywał swoich dni słuchając niewydarzonych poezji. Wtedy, idąc za tą pierwszą myślą, że to jakiś pisarz z dużym dorobkiem z innego miasta, którego jakoś prześlepiłem w słownikach i leksykonach, i w prasie literackiej, po prostu nie zapamiętałem jego twarzy z fotografii, przeniósł się do nas, zacząłem dopytywać o jego nazwisko albo pseudonim twórczy, bo może znam jego książki, na pewno znam, wszak starałem się czytać wszystko, a czego nie dostałem w księgarniach, to szukałem w licznych bibliotekach.
– A kto to jest, co to za nowy? Jak się nazywa? Czy to poeta, czy prozaik? A może po prostu pisze wspomnienia jak budował zręby nowego sprawiedliwego świata, pełno takich w naszym oddziale? – pytałem gorączkowo.
Wtedy koledzy z zakłopotaniem zaczęli mi wyjaśniać, że to major Tadeusz ze Służby Bezpieczeństwa. A ja, głupi zapytałem:
– No dobra, ale co on do cholery, napisał?
Wtedy wszyscy zaczęli się głośno śmiać. Oczywiście, ze mnie.
Powiem szczerze, że nawet zły byłem na majora Tadeusza, że nigdy nie zaproponował mi współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Oczywiście, że bym z godnością, a nawet z nieukrywaną pogardą odmówił, bez wahania, nie bez wewnętrznej satysfakcji, ale brak oferty z jego strony oznaczał, że nie widzi we mnie materiału ludzkiego nawet na donosiciela, chociaż oczywiście znacznie lepiej brzmi: agenta. Może jak agenta 007, albo James Bonda, Klossa, Rogera Moora, sam już nie wiem? Bo nie znaliśmy wówczas określenia Tajny Współpracownik, które pojawiło się w gazetach i w telewizji później, razem z hasłami o dekomunizacji, listą Wildsteina itd. Wówczas mogliśmy myśleć co najwyżej o agentach, szpiclach, kapusiach, wtyczkach, albo pospolitym donosicielstwie. Więc wracając do głównej myśli – być może major Tadeusz miał tak dobre mniemanie o mojej moralności, że nie proponował mi współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, i takie podejście do tematu jest dla mnie bardzo chwalebne i korzystne, albo uważał, że tak mało wiem o moich kolegach pisarzach, że jestem dla niego zupełnie nieprzydatny, co by oznaczało, że byłem takim niedołęgą życiowym, że nawet na donosiciela się nie nadawałem, a to już jest powód do smutku i złości na majora Tadeusza, za taką marną ocenę mojej osoby, moich kwalifikacji i mojej spostrzegawczości.
Jest jeszcze jedna możliwość: miał już wystarczającą ilość tajnych współpracowników i tak dobre rozeznanie w środowisku, że nie potrzebował jeszcze mnie do tej swojej donosicielskiej zgrai. Zresztą nie wiem, może na donosiciela trzeba mieć rzeczywiście jakieś predyspozycje moralne? Kiedy czytam różne wypowiedzi pisarzy posądzonych o agenturalność, widzę, że są to niezwykle szlachetni i wrażliwi ludzie, snujący subtelne rozważania na temat obowiązku i przeznaczenia, sensu życia i ofiary z własnego ja. Wierni czytelnicy Szekspira i Dostojewskiego. Tych, którzy nie donosili nazywają „bydlakami" i zapewne mają rację, wszak oni zapewniają, jak bardzo dużo wycierpieli, a to ich niesamowicie uszlachetniło i wywyższyło ponad motłoch. Gdzież mógłbym się z nimi równać, z moją głupią, prostacką moralnością, której uczył mnie wiejski proboszcz?
Kiedyś spytałem kolegę Pawła, o którym wszyscy mówili, że donosi, czy pogłoski na temat jego niejawnej działalności zgodne są z prawdą, czyli po prostu czy pisze na nas donosy?
– Oczywiście – odpowiedział bez chwili wahania. – O tobie też piszę, że jesteś praworządnym, lojalnym obywatelem PRL–u. Nic się nie martw, nie będziesz miał przykrości. Może nawet jakiś order od władz dostaniesz w nagrodę za lojalność, którą ja ci załatwiłem.
– No nie wiem, czy to jest dla mnie korzystna opinia i czy w ogóle jej pragnę – powiedziałem. – Ale czemu to robisz? – i już poczułem, że boję się kolegi Pawła, którego wcześniej znałem i ceniłem, że ma nade mną jakąś potężną władzę, której nie mogę się przeciwstawić. Może, gdybym i ja zaczął donosić, wtedy szanse między nami jakoś by się wyrównały?
– Bo widzisz – mówił kolega – mam kosztowne hobby – zbieram dzieła sztuki i z pensji bym nie wyrobił. Ale zapewniam cię, że nikomu krzywdy nie robię.
A mówił to z jakąś wyższością i pewnością siebie. Mógł mnie przecież załatwić jednym donosem. I wydał mi się bardzo szlachetny, że jednak tego nie robi, że powstrzymuje się, ze względu na długoletnią przyjaźń, jaka nas niewątpliwie łączyła.
Kiedy kilka lat temu, gdy mój przyjaciel Jerzy Stępień, dawny przywódca Solidarności w naszym regionie i mój duchowy guru, w imieniu Trybunału Konstytucyjnego zakazał praktycznie lustracji, nawet go w duchu popierałem Powiedział wówczas to słynne Salomonowe zdanie:
– Czy każdy musi wiedzieć wszystko o wszystkich?
Odpowiedź nasuwała się sama, jasne że nie każdy… Bo skrzywdzimy niewinnych, bo agenci będą skrzywdzeni, a nie każdy donosił z własnej woli, często pod szantażem, są to ludzie złamani przez system, sprawa nie jest jednoznaczna i tak dalej. Ale sytuacja jest wyjątkowa i uważam że powinno się ujawić absolutnie wszystko, jak na spowiedzi świętej, dla katharsis, żebyśmy mogli iść dalej, bo tak po kolana stoimy w gównie. A agenci i tak wykorzystują swoją wiedzę o ofiarach. Nie powiem jak. Niech każdy pogłówkuje. Nie ma sprawiedliwości. Jest nadal, jak w PRL–u jakaś tajemnica, która wiąże nam mózgi i ręce.
A jakież tajemnice znał major Tadeusz? Normalnie trzymał wszystkich w garści i w szachu, bo on wiedział o wszystkich szwindlach, jakie ktoś popełnił, o wszystkich skokach w bok, przecież niektóre sam prokurował, o wszystkich kochankach, a przecież wiele z nich pracowało dla niego albo dla jego kolegów. Każdego mógł zniszczyć albo wynieść na wyżyny i piedestały moralne, wszystko spreparować, każdy dokument wystawić, wykreować rzeczywistość. Mógł nawet grafomanowi napisać książkę, oczywiście przy pomocy sprzedajnych lub szantażowanych literatów. Kiedy czytałem na przykład opowiadania partyjnego pisarza, tłustego jak robal Brzdyla o naszym środowisku, to widziałem, że to były gotowe donosy, trochę ubarwione literacko, przypudrowany, uszminkowane, ale donosy, gdzie kto z kim pije, z kim sypia, co mówi, co myśli nawet. Tak, major Tadeusz był jak Bóg – Wszechmocny, a nawet był ważniejszy od Boga, bo istniał na pewno, a Bóg prawdziwy – tylko hipotetycznie.
Czekałem więc wewnętrznie rozdygotany i cały drżący na tę ofertę ze strony majora Tadeusza, ażeby ją teatralnie i głośno odrzucić, jako bohater chwili krzyknąć „nie", może na całą ulicę, albo na całą knajpę, czy stołówkę milicyjną, bo major nas gołodupców często częstował, a to obiadkiem, bardzo dobrą zupą pomidorową, a na drugie schaboszczak z ziemniaczkami i kiszoną kapustą, a to kilka setek wódki do tego postawił, a to na piwo na porannego kaca dał, jak dobry tatuś, w końcu przecież nie ze swoich, bo sam mówił, że ma specjalny fundusz, sam był mocno trunkowy, nawet nos miał czerwony, choć w pewnych okolicznościach twierdził, że jest abstynentem, a tu wobec mnie nic, żadnych poważnych agenturalnych zamiarów, tylko jakieś żarty i dowcipy, męskie rozmówki o dupach i kurwach. Plotki na temat kolegów literatów, ich kochanek i plagiatów, jakich się dopuścili. Im dłużej czekałem na ofertę współpracy ze strony majora, tym bardziej byłem zły na niego, że trzyma mnie w niepewności, ale też tym bardziej topniały moje opory przed taką współpracą. Bo byłem wówczas bez stałego zajęcia, a nie wiedziałem, ile też SB może płacić zwerbowanemu agentowi? Czy są to ustalone z góry stawki, na przykład miesięczne, jak pensja, czy major płaci honoraria od napisanego tekstu? Widziałem w tym także pewien awans społeczny. Może też potwierdzenie mojej wartości.
Ale też buntowałem się przeciw temu nieuchronnie się zbliżającemu, a odkładanemu w czasie, zwerbowaniu mnie na agenta. Przed ogłoszeniem stanu wojennego desperacko chciałem się zapisać do Solidarności. Może wzrośnie wówczas moja wartość przetargowa – myślałem. W Klubie Dziennikarza spotkałem mojego kolegę Przemka, starego konspiratora i bojownika o demokrację, z brodą godną Fidela Castro, wówczas etatowego działacza związkowego.
– Słuchaj – powiedziałem – chcę się zapisać do Solidarności, ty tam pracujesz, zgłoszę się do ciebie jutro w waszej siedzibie.
– Nie rób tego – odparł ku mojemu zaskoczeniu Przemek. – Niech cię Bóg broni! Stanowczo odradzam, nawet się tam nie pokazuj, człowieku. Tam są sami agenci SB. Wszystkich fotografują przy wejściu, mają całą kartotekę. Niedługo wszystkich nas, prawdziwych solidarnościowców, zamkną.
I faktycznie, nie minęło pół roku, kiedy Przemek siedział internowany w podkieleckim więzieniu na Piaskach. Byłem mu wdzięczny, że mnie ostrzegł w porę.
Kto był agentem, a o kim tylko rozpuszczali plotki? Przecież major Tadeusz o znanym kieleckim ekstremiście mówił per Władek, jak o swoim serdecznym koledze. Wiedział o nim wszystko, czemu go nie aresztował? A może to był jego człowiek? Nikt nic nie wiedział, byliśmy jak te dzieci we mgle, wiedział tylko major i jego koledzy. Wszak mieli swojego człowieka nawet w Radiu Wolna Europa, niejakiego Czechowicza. Więc wszędzie mogli się wkręcić. Udawać każdego.
Majora Tadeusz widziałem raz na ulicy ubranego w sutannę, wyglądał na zwykłego, poczciwego księdza z prowincji, może niedawno wyszedł z konfesjonału, może spowiadał nawet moją matkę, która była religijna? Widziałem go jak niósł sztandar z Jezusem, na czele pielgrzymki do Częstochowy. Jeszcze w stanie wojennym wygłaszał w kościołach anty–ustrojowe pogadanki. Zaiste mieli nadludzkie moce. Niepojęte dla naszego umysłu. Mogli przecież i mnie udawać, znaleźć jakiegoś sobowtóra, popełnić najgorsze zbrodnie, jakieś potworne świństwa, a ja bym za to odpowiadał i świadkowie by mówili, że mnie widzieli na miejscu zbrodni, a nie kogo innego. I dowiedziałbym się o sobie rzeczy, o jakich nie wiedziałem. Dlatego mogłem się tylko ukorzyć i błagać o przebaczenie, bo cóż mnie śmiertelnemu pozostało czynić wobec mocy tak wielkiej? Mogli czynić cuda, udawać rzeczywistość i kreować rzeczywistość.
W ruchu wydawniczym w okresie między zawieszeniem stanu wojennego a okrągłym stołem, było coraz gorzej. Cykl wydawniczy wydłużał się niemiłosiernie. Raz tylko, kiedy skarżyłem się w małym gronie, że nie mogę wydrukować nowej książki, bo co z tego, że mój zbiorek wierszy przyjęty został do druku przez wewnętrznych recenzentów prestiżowego wydawnictwa w Krakowie, kiedy wszędzie są gigantyczne kolejki, które wydłużają się coraz bardziej i niedługo trzeba będzie czekać na druk cienkiego tomiku może dziesięć lat, a może dłużej, major popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
– Co za problem! – powiedział parsknąwszy śmiechem. – Zwróć się do nas, a my wydamy ci książkę błyskawicznie, nawet się nie obejrzysz.
Byłem bardzo naiwny, żeby nie powiedzieć głupi, bo myślałem, że major żartuje, że sobie ze mnie, zwyczajnie kpi, albo że on jest tak naiwny i prostolinijny, że chce mi wydać książkę w swoim branżowym wydawnictwie, a jak wówczas będę wyglądał, jeżeli książka będzie mieć w metryczce napis: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, albo nie daj Boże! – Służba Bezpieczeństwa? Byłbym skończony w oczach kolegów i czytelników. A ja, głupi, powiedziałem wówczas lekceważąco do majora:
– Nie, nie trzeba, jakoś sam dam sobie radę.
– Nie to nie. Życzę powodzenia – powiedział major jakby trochę urażony, ironicznie uśmiechając się pod nosem.
Świadkiem naszej rozmowy był mój kolega literat Jędrzejewski, który od razu zainteresował się możliwościami edytorskim majora i za jakieś pół roku później trzymałem w ręku książkę Jedrzejewskiego wydaną w najlepszym w Polsce wydawnictwie. I nie zdziwiło mnie to, ani nawet nie zastanowiło. Pomyślałem, że widocznie u kolegi rozwinął się nagle talent, dotychczas skrywany. Nadal niczego nie kumałem, tylko gratulowałem koledze wielkiego sukcesu na niwie. Dopiero po wielu, wielu latach, kiedy opublikowano Listę Wildsteina, i znalazłem tam nazwisko Jedrzejewskiego, jakieś światełko zapaliło się w moim mózgu. Coś zacząłem kojarzyć.
Nie przyszło mi wtedy do głowy, we właściwym momencie, w mojej bezgranicznej naiwności, że SB ma swoich ludzi dosłownie wszędzie, nawet w prestiżowych czasopismach i wydawnictwach, i wszystko może. Gdybym wówczas tak pomyślał, to kto wie, może miałbym dziś dużo większy dorobek literacki. A trzeba wiedzieć, że nie ma takiej rzeczy, na której pisarzowi może bardziej zależeć niż wydanie jego własnej książki. Tak, to był w rękach majora ponętny argument, kto wie, czy bym się nie skusił? Ale z własnej głupoty się nie połapałem i nie zostałem Tajnym Współpracownikiem. Okazuje się, że głupota to podstawa moralności.
Może najbardziej naiwny byłem w swojej gotowości odrzucenia oferty majora Tadeusza? Przecież miałbym wówczas stały dopływ gotówki, której tak mi brakowało, wydałbym swoje książki w najlepszych wydawnictwach, bez kolejki, a dziś chodziłbym w glorii, jako ofiara dekomunizatorów i oszołomów, człowiek rozdarty, upokorzony, cierpiętnik, ofiara nagonki, moje wspomnienia ukazałyby się w prestiżowym wydawnictwie i może mógłbym nawet liczyć, kto wie, na tę najważniejszą nagrodę? A w międzyczasie, korzystając z ochrony majora Tadeusza, mógłbym występować jako zażarty ekstremista i chodzić w chwale bohatera Solidarności? W wolnej Polsce, jak nic byłbym senatorem.
Ale wszystko zniszczył okrągły stół, tak pięknie zapowiadającą się nową rzeczywistość, w której wszystko było na wyciągnięcie ręki, najpiękniejsze marzenia, najzgrabniejsze dziewczyny, najlepsze alkohole i papierosy, wszystko dla nas, wszystko nasze, a kto nie z nami ten zginie marnie, pobity przez nieznanych sprawców, pomówiony jako zboczeniec, podglądacz i gwałciciel, albo zapomniany, bez możliwości druku. Jak teraz żyć, kiedy znikł major Tadeusz, do kogo się przymilać, gdzie pisać donosy, na kim się oprzeć jak na opoce, czyje myśli odgadywać, do czego dążyć, czego chcieć, czego pragnąć, o czym marzyć, do kogo się modlić?
– Moja misja jeszcze nie jest zakończona – powiedział mi major Tadeusz, kiedy zaczęły się obrady okrągłego stołu. – My tu jeszcze wrócimy. Pod inną postacią, ale wrócimy.
I te słowa dają pewną nadzieję. Bo czyż można żyć bez nadziei?



.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież