Janusz M. Paluch - Tempel Tanevianum

Gdy już będziecie gotowi… To znaczy, że zaparzona herbata albo kawa kuszą zapachem ulatującym znad porcelanowej filiżanki, w tle przewija się delikatna muzyka Vivaldiego (może być też Zamfir grający na fletni Pana). I wygodny zachęcający pieszczotliwą miękkością fo-tel… I jeszcze światło! Delikatnie oświetlone meble, ożywające w mdłym blasku obrazy i stare fotografie na ścianach… Można też zapalić zapachową świecę (ja preferuję wanilię)… Wtedy, dopiero wtedy, sięgnijcie po tom wierszy Alicji Tanew „Krople z innego snu", a zaklęte przez poetkę słowa jej wierszy dotrą wówczas do was we właściwy sposób.
Wiersze Alicji Tanew są bowiem pisane na pograniczu jawy i snu: „a kwiaty / szalem mroku / same się spowiły / przycichły i zastygły / bo już się zgodziły // na sen". To swoista maligna poetycka, odurzenie narkotykiem zaklętych w poezję słów, pięknych, zwiewnych, wypełnionych nadzieją, wzniosłych, unoszących się w poetyckiej rzeczywistości jak puch… Ta stworzona przez nią atmosfera wciąga łatwo każdego, pozwala niemal osiągnąć stan nirwany, pod warunkiem, że nic nam w tym momencie nie przeszkodzi: „Jesteś jak wino / dziewczyno". Żaden wstrząs emocjonalny, żaden telefon ani kryzys, inaczej czar pryska jak mydlana bańka! Puff… i już nie ma!
Mnie się udało, i już od pierwszej chwili spijałem krople poetyckiej ambrozji zawartej w upojnych słowach wierszy Alicji Tanew. Nie można bowiem czekać dłużej, gdy „kieliszki peł-ne czekania mdleją od nostalgii"…
Autorka (prawnik z wykształcenia twardo stąpająca po ziemi!), choć wydaje się w swych wierszach płynąć nad ziemią, czyni to w pełni świadomie. Umyka nam, zwykłym śmiertelni-kom, broniąc się przed otaczającą rzeczywistością. Próżno w tych wierszach dostrzec strach codzienności, dramaty wszechświata, czy smutek a nawet żal. Ale jest tęsknota do piękniejsze-go piękna i miłośniejszej miłości. Ucieka w sny, by sączyć kropla po kropli ambrozje innych snów, odpychając histerycznie wtłaczającą ją do szeregu codzienność: „Nie oszukuj się mała / nie oszukuj już ciała / i nie wmawiaj mu / że jest wspaniale". Szara rzeczywistość przecież nie dla niej, ona chce być ponad nią! Ba mało tego! Ona wyrywa z szeregu codzienności swych znajomych i przyjaciół, zmuszając do patetycznego szaleństwa, w którym dwa plus dwa równa się trzy, a najlepiej pięć, bo to optymistyczniej! Temu służy jej Scena Ata – swoista Tempel Tanevianum, wypełniona aniołami „spod różnych gwiazd", na której wciąż brzmi powtarzane pytanie: „Czy Ty chcesz ze mną iść / czy Ty chcesz ze mną dojść"? I choć ono adresowane jest do jednej osoby, każdy przyjaźniący się z poetką ma prawo je usłyszeć. Jak zabrzmi odpo-wiedź…?
Jej wiersze przepełnione są erotyzmem. Niektóre w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pojawiają się słowa i stwierdzenia wywołujące gęsią skórkę podniecenia. Wszak kiedy do-strzeżemy kobiecą „przestrzeń bioder", pojawia się „odwaga zbliżeń" (cokolwiek miałoby to znaczyć), a to wszystko tak nas rozkleja, że zaraz „toniemy w sobie": „pszczoły śpieszą się do miłości / miód rozpalonych pytań / rozchyla płatki pośpiesznie // a my / motyle na soczystych pąkach". Już nie wspominam pełnych napięcia erotyków sensu stricte. Ale cała ta atmosfera buduarowej woni oczekiwania na kochankę czy kochanka przenosi się na cały tom. To są te kobiece gry, te obiecanki cacanki!
Lustro! Nieodzownym elementem poezji Alicji Tanew jest lustro. To dla niego rozbiera się, dla niego chce ładnie wyglądać: „ładnie na mnie patrzysz / powiedziałam do lustra" Nie dziwota przeto, że w słowie wstępnym znamienita artystka scen krakowskich Lidia Boga-czówna wyraziście podkreśla wizyty Alicji po tamtej stronie lustra, w Krainie Czarów. Kto wie, czy nasza Alicja nie posiada takiego właśnie lustra, tyle, że się nim nie chwali. Lustro Ali-cji, przedmiot niby martwy, ale tak naprawdę czasami pisząc o lustrze ma na myśli swego mę-ża, pełnego życzliwości dla jej szalonych pomysłów, wyrozumiałego dla jej często zwariowa-nych przyjaciół!
Wiersze prezentowane w książce musiały powstawać w sennej, marzycielskiej atmosfe-rze, albo w swoistym zaczarowanym gabineciku Alicji, gdzie znajduje się przysłowiowe „biurko Telimeny" pełne chaotycznie zapisanych na karteczkach myśli i pomysłów, od czasu do czasu układających się w całość wiersza. I znowu, nie może tam przecież nie być lustra, z którym poetka jest za pan brat. Wszak ono nie skłamie, czasem podpowie, uśmiechnie się sar-donicznie, puści pochlebnie oko. A gdy przyjdzie czas, zaprosi na drugą stronę – kto wie, czy nie bardziej interesującą? Wokół dziesiątki świec, jarzących się, grzejących ciepłem i pachną-cych, o jakże upojnie pachnących! Pełny odjazd!
Dlatego też poezja Alicji Tanew jest jak ta ulotna chwila, błysk flesza, w którym dostrze-żemy niedostrzegalne, czy upojenie szczęściem rozchodzącym się z wolna jak ból głowy. Szara rzeczywistość, jak gąbka, wchłania jej wiersze, szyderczo prześmiewając się z ludzkich dra-matów, groźby utraty pracy, z Europy przepojonej gospodarczym kryzysem, z zagrożenia wojennego na Bliskim Wschodzie. W drapieżny i dojmujący sposób zabija piękno, morduje miłość, zapędza w przysłowiowy kozi róg poezje – także Alicji Tanew. Nie ma zatem żadnej nadziei? Chyba tylko taka, że dopóki czytamy wiersze, słuchamy pieśni Alicji Tanew (wszak niedawno wydała też swą płytę zatytułowaną „Moment": „Chciałabym żeby moje płyty / roz-rzucali aniołowie"), nic nie grozi jej poetyckiemu pięknu, w którym chcemy trwać: „powinieneś czytać moje wiersze // nie po to żeby mnie zrozumieć / ale po to żeby mnie objąć // (..) / żebyś istniał". Czytajmy zatem „Krople z innego snu"!


Alicja Tanew, „Krople z innego snu", Scena Ata, Kraków 2011