Paulina Klessa - Przestrzenie nastrojów

Bywają chwile, kiedy brakuje mi słów. Dramat tego wyznania odczuje każdy, kto wie, ile potrafię gadać. Są jednak takie zjawiska, którym najlepiej do twarzy w milczeniu. Na które reaguje się rozszerzeniem źrenic pod naporem blasku, jakim emanuje tajemnica. W związku z tym musiałabym nic nie powiedzieć o tomiku poetyckim Odrastamy z kamienia Anny Marii Musz. Wydaje mi się jednak, że egoizmem byłoby w zupełnym odosobnieniu, z kocim uśmiechem grzać się w świetle tej poezji i na tym poprzestać. W końcu nie po to jest światło, by je chować pod korcem.
Podczas lektury wierszy Anny Marii Musz można się przyłapać na skojarzeniach z Herbertem czy z Szymborską – są to zresztą skojarzenia jak najbardziej trafne. Warto jednak przetrzeć oczy i postarać się spojrzeć na twórczość tej młodej, dwudziestotrzyletniej autorki jak na osobne zjawisko, odrębny poetycki świat. Zgodnie z postulatem Musz

zacznijmy od miejsca akcji
między ścianą zieleni a płachtą niebieskiego powietrza
murem obcości i powierzchnią z kamienia
nie zimnego
wiesz przecież że kamień bywa cieplejszy od dłoni
rozpościera się
twoje miejsce na ziemi (...)
(Traktat o miejscu na ziemi)

W tym krótkim akcie stworzenia poetka odsłania się nieco jako kreatorka lirycznej rzeczywistości. Tworzy ona z rozmachem, używając jednak prostych elementów – w sytuacji przywołanego wiersza mamy zaledwie kilka pociągnięć słowem, a wychodzi z tego... świat. I tak jest często w wierszach z tomu Odrastamy z kamienia: z „przesytu własnego odbicia w lustrze", „niebezpiecznych powrotów do pustego mieszkania" oraz ciszy, która „aż do przesady wydelikaca słuch" destylowana jest kwintesencja samotności (Wcale nie chodzi o samotność), a z zestawienia „ludzi w tramwaju/ na kiepskim spektaklu/ w panice podczas ewakuacji centrum handlowego" powstaje ujednolicona kategoria ludzi w ogóle (Ludzie). Kreacja ma tu miejsce dzięki sile wyobraźni, którą poetka nie tylko zaprzęga do pracy, ale i bada jako fenomen (np. w wierszu Twój cień patrzy na kolor), przy czym badanie przypomina tu raczej uważne, delikatne obracanie pojęcia w palcach, aniżeli wtłaczanie obiektu zainteresowania pod mikroskop.
Przedziwne rzeczy dzieją się w książce Anny Marii Musz z czasem. Unaoczniona jest tu przemijalność, bezlitośnie popychająca ludzi i rzeczy w bystry nurt rzeki Heraklita, ale z drugiej strony ten sam tomik zamieszkuje antyczna bogini i monstrum zwane Internetem. Zbiorowego bohatera niektórych wierszy (np. Egzaminu z antropologii) nurtują pytania o przeszłość, zastanawia się zatem, „jak daleko potrafimy sięgnąć/ wracając do przeszłych i zaprzeszłych spraw", gdy tymczasem w innym utworze stwierdza

(...) wcale nie musimy wyjeżdżać do Troi
aby odkrywać kolejne warstwy miast
(...) spotykamy się na osi czasu
nasze miejsca stają się ich miejscami
nasze domy rozpierają się butnie na resztkach ich domów
ważymy sobie lekce wielkie wynalazki
ocembrowane studnie sale tortur i tajemne przejścia

urządzamy się na stałe w skorupce naszych czasów
wydajemy sądy o przeszłości
odkopujemy zamierzchłe gruzy wznosimy osiedla

w tych samych miejscach
z tych samych motywów
piszą się nasze życia
(Palimpsest)

Splot przeszłości z teraźniejszością jest zatem tak mocny, że często nie sposób dostrzec, którędy biegnie rozdzielająca je linia.
Tomik Odrastamy z kamienia to jednak nie tylko eksperyment z czasem i materią. Najważniejsze jest w nim to, co nieuchwytne – nastrój. Anna Maria Musz tworzy poezję niezwykłą – intelektualną, filozoficzną, daleką od egzaltacji, a jednak przesyconą emocjami, dla każdego czytelnika pewnie nieco innymi. Najczęściej nie są one nazywane wprost, nie narzucają się. Szczególne wrażenie robią te utwory, z których przebija rozczulenie:

(...) tropimy przeszłość na własną rękę (...)
takie nosiło się kiedyś surduty i suknie
tak się czesało uśmiechało patrzyło
sztywno prostowało plecy pozując do zdjęcia
tak się kiedyś dawno skrywało uczucia
przed obojętnym okiem naświetlanej kliszy (...)
marni z nas kronikarze (...)
przesadna precyzja gestów delikatność w przewracaniu kartek
ośmieszyłyby nas przed każdym dobrym dziejopisem

na razie wiemy tylko
że w oczach z fotografii
tkwiła z pewnością zapowiedź naszego spojrzenia
w dłoniach sposobił się kształt naszych dłoni
a myśl która kazała zachować nienadane listy
była o nas
(Pamiątki rodzinne)

W tym miejscu aż prosi się o porównanie np. z Różowym uchem czy Czułością Herberta, ale chcąc być wierną początkowemu postanowieniu, powstrzymuję się od jakichkolwiek zestawień.
Jestem wdzięczna autorce Odrastamy z kamienia. Po moich ostatnich konfrontacjach z poezją współczesną młodych autorów nie czułam się najlepiej. Teraz wróciła mi wiara w to, że poezja potrafi być jednocześnie mądra i piękna, a przy tym trafiająca prosto w to miejsce, które zwykliśmy nazywać sercem. Bo, jak czytamy w Wierszu pozbieranym z powiek o piątej nad ranem, „(...) tylko wtedy poezja może na tak długo/ zawisnąć w powietrzu/ przestrzeń jak pusta koncertowa sala/ której na dobre nie opuścił dźwięk/ dzieli się nastrojem z..." Anna Maria Musz w swoim utworze odpowiada: z poetą. Ale to jest tekst o tworzeniu. Ja jako odbiorca mówię, że poetycka przestrzeń, stworzona przez autorkę, dzieli się nastrojem z czytelnikiem. I jest to niesamowite doznanie.

Anna Maria Musz, Odrastamy z kamienia, Wydawnictwo Pisarze.pl, Warszawa 2011, s. 72.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież