Barbara Kęcińska-Lempka - Zapiski książkowego mola

Wygrzebane z budyniu


W wielu nadmorskich miejscowościach każdego lata stoją duże namioty, w których handluje się czym popadnie. Reklama „Wszystko po 3 zł" wabi znudzonych wczasowiczów i zachęca do grzebania w koszach pełnych tandetnych wyrobów „Made in China". Namiotowy handel nie omija literatury – w pawilonach z napisem TANIA KSIĄŻKA, w takich samych koszach, niczym wyprzedaż przecenionej bielizny, piętrzą się książki o najróżniejszych tytułach: „Kochliwa Augustyna" obok „Potraw z podrobów", poradnik „Jak doprowadzić do łez kochankę swojego męża" (autentyczne!) sąsiaduje z „Morderstwem w Komitecie Centralnym", „Wstęp do psychologii konia", – tuż obok tomiki wierszy i wspomnienia pod, jakże zachęcającym, tytułem„Kochałam hazardzistę". W następnym koszu dla naiwnych:„Jak w ciągu miesiąca odmłodzić się o 10 lat" – pod spodem powieści o wampirach, o drugiej światowej wojnie, a nawet „Kazania" Skargi. Kosze ogromne i głębokie, namioty duże i liczne (w małym Rewalu aż trzy punkty sprzedaży). W takim namiocie można stracić wiarę w literaturę i pisanie. Stałam pośród ludzi grzebiących w słowach i przypomniałam sobie Orwella, który tak opisał wypożyczalnię książek i księgarnię – miejsce pracy Gordona Comstocka bohatera powieści „Wiwat aspidistra":
„Przyległy do kantorka ciemny pokoik, zalatujący kurzem i zbutwiałym papierem, wypełniały całkowicie książki, przeważnie stare i nie znajdujące nabywcy. Na górnych półkach blisko sufitu tomy przestarzałych encyklopedii drzemały w stosach niczym warstwy trumien w zbiorowych grobach. (...) Osiemset powieści wypełniało trzy boki pokoju aż po sufit, całe rzędy jaskrawych podłużnych grzbietów, jak gdyby ściany zbudowano z różnokolorowych cegieł postawionych na sztorc. (...) Gordon spoglądał na nie z apatyczną nienawiścią. W tej chwili nienawidził książek, a zwłaszcza powieści. Straszna była myśl o tej całej rozlazłej, niedowarzonej szmirze zgromadzonej w jednym miejscu. Budyń, budyń na łoju. Otaczało go osiemset płyt budyniu – krypta z kamienia budyniowego.(...) „Na półkach po lewej od wyjścia z wypożyczalni trzymano nowe i prawie nowe książki (...) Ich lśniące dziewicze grzbiety zdawały się wzdychać na półkach. „Kup mnie, kup mnie!" – zdawały się mówić. Powieści prosto z drukarni, nietknięte jeszcze panny młode, wzdychały, by je rozprawiczył nóż do papieru – egzemplarze recenzenckie, jak młode wdowy, jeszcze kwitnące, choć już nie dziewice, a tu i ówdzie, w zestawach po sześć sztuk, żałosne stare panny, „remanenty", nadal strzegły, nie tracąc nadziei, długo zachowanego dziewictwa." Nadmiar! Cywilizacja nadmiaru! Jak z tych „budyniowych krypt" wybrać coś ciekawego? – myślałam, zdeterminowana brakiem wieczornej lektury do czytania we wczasowym łóżku. Na każdej okładce zachwyty nad autorem i książką, ale który wydawca przyzna, że książka to chała i nieudana inwestycja w pretensjonalnego twórcę. Dopiero słowa recenzenta Krzysztofa Masłonia, (dla mnie autorytet) zachęciły do wybrania powieści Marka Lubasia – Harnego „Urodzony z wiatru". Wydana w 2003 roku, nominowana do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, nie była lansowana w mediach, gdzie literaccy celebryci i autorzy drugiego sortu mają pierwszeństwo. A przecież według Krzysztofa Masłonia „Urodzony z wiatru" to „jedna z najważniejszych książek ostatnich lat. Od dawna nie powstała książka tak mocno osadzona w polskich realiach, dotykająca tak ważnych i bolesnych spraw naszej przeszłości, ale i współczesności"
Marek Lubas – Harny, (urodzony w 1946 roku), mieszkający w Krakowie pisarz i dziennikarz, wychowany w Nowym Sączu, opowiada o genezie swojej powieści: „Musiałem opowiedzieć historię Andrzeja Kurniawy – syna partyzanta z antykomunistycznego oddziału „Ognia" na Podhalu. Choć powtarzano mi, żebym odpuścił, przecież jest tyle mniej ryzykownych tematów. Byłem to winien przede wszystkim sobie, ale także jemu. I naszej młodości. Kto źle się urodził, kto nie wiedział skąd się wziął, kto w dzieciństwie budził się przerażony, że jego ojciec był mordercą temu coś zostało zabrane bezpowrotnie. Nie mógł odnaleźć spokoju, nawet w ramionach kochanek. Pomyślałem, że należy mu się przynajmniej ta opowieść."
„Urodzonego z wiatru" pochłonęłam jednym tchem. Akcja dzieje się na kilku planach: tuż po wojnie, po marcu 1968 roku, na początku dekady Gierka i współcześnie. Andrzej Kurniawa, wyrzucony w marcu 1968 roku ze studiów, wraca do rodzinnego Nowego Targu i zatrudnia się jako kierowca. Legenda „Ognia" wciąż żywa jest na Podhalu, a przeszłość ciąży nad bohaterami, chociaż udają że nie istnieje. Wszyscy przecież wiedzą że Staszek zwany „Krwawym", kelner z „Podhalanki" był kiedyś śledczym w UB i niejednemu góralowi z lasu łamał kości. Wiadomo kto wspierał antykomunistyczną partyzantkę, kto donosił na UB, kto zdradził. Wiadomo doskonale, ale o tym, skazani na życie w jednym miejscu, chcą zapomnieć. By żyć nie wolno spuszczać ze smyczy demonów przeszłości, ale życie bez przeszłości to nie jest życie pełne. Bezruch i pozorny spokój zmąci przybysz z Ameryki ze zdeformowaną twarzą (po operacji plastycznej, po wypadku?), który pojawi się nagle i zacznie przypominać. Kim jest tajemniczy nieznajomy? Wawrzyńcem Kurniawą z oddziału „Ognia" który może przeżył i uciekł do Ameryki, Żydem Dawidkiem, którego zabito pod Obłazową. Nikt tego nie wie, wiadomo tylko że przybysz zna wiele pilnie skrywanych tajemnic z przeszłości. Przeszłość dręczy Andrzeja Kurniawę. Czy jego ojciec był bandytą, jak piszą książki, czy bohaterem jak twierdzi dziadek? Czy walka z komuną była bohaterstwem czy głupotą? Czy naprawdę było tak, jak mówi po latach jeden z partyzantów „Ognia": „Wiys, Jendrek, to beło tak, ze kie wrócił się Józek (Józef Kuraś – „Ogień" p.m.) z Warsawy, zawołoł nos i godo: Myślołek, ze to polski rzond, a hań siedzom same Ruskie i Zidy. Trza się nam brać na powrót do łasa. No to wzięli mi giwiery i pośli".
Józef Kuraś „Ogień", (w jego oddziale walczył ojciec Andrzeja) zginął w 1947 roku. Otoczony przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego popełnił samobójstwo, z jego sztabu nikt nie przeżył. Do śmierci „Ognia" na Podhalu była dwuwładza. Drogi, pola i lasy należały do partyzantów, a do nowej władzy – poza więzieniami – komitety partyjne i milicyjne posterunki.
W powieści pojawia się także dziennikarz Gniadosz. Dla historyków to dość czytelny pseudonim Stanisława Wałacha pułkownika UB i MO, autora szkalującej i nieprawdziwej książki o „Ogniu" – „Był w Polsce czas". Książka była w każdym domu na Podhalu ze względu na zdjęcia chłopców z lasu: pięknych i młodych, których dotknął tragiczny los.
Marek Harny kończy „Urodzonego z wiatru" w czasach współczesnych. Czy Andrzej Kurniawa znalazł odpowiedź na dręczące go pytania? Jakie były jego dalsze losy? Co stało się z bohaterami książki? Kim był tajemniczy nieznajomy? Celowo nie odpowiem, by nie psuć przyjemności lektury tej świetnie napisanej, mądrej powieści. Z góry uprzedzam, że na wiele pytań autor nie udziela jednoznacznych odpowiedzi. Historia bowiem wciąż skrywa swoje zagadki i wielu zdarzeń nie poznamy do końca.
Jest w powieści znamienna scena w której zwierzchnik pyta dziennikarza zajmującego się sprawą „Ognia" „Dlaczego marnujesz czas? Kogo dziś obchodzi okupacja, holokaust, walka z komuną?" Harny mówi, w jednym z wywiadów, że historią trzeba się zajmować. „Żeby uformować światopogląd, określić swój stosunek do rzeczywistości, do politycznych i społecznych zjawisk trzeba sięgać do korzeni, do historii, i tej sprzed 50 i tej sprzed 20 lat. Gruba kreska, którą niektórzy oddzielili to wszystko, co było przed 1989 rokiem była nieporozumieniem, co dziś jest chyba aż nadto widoczne".
Dawno nie czytałam tak świetnej, współczesnej i mądrej powieści, osadzonej w polskich realiach, z pełnokrwistymi postaciami. Warto zaglądać do namiotów z książkami, bo można znaleźć tam prawdziwe rarytasy i odzyskać utraconą wiarę w literaturę.

Marek Harny „Urodzony z wiatru" , Prószyński i S–ka, Poznań 2003

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież