Konstanty Balmont - Do kresu życia

Spis treści

Jeśli odejdziesz dnia pewnego,
Być może chłodniejszą się staniesz,
Ale do kresu życia mego
Miła, ty moją pozostaniesz.

Wiem, nowa cię miłość rozpali,
Kto inny twym sercem zawładnie,
Lecz pamięć obrazy ocali
Dawnego uczucia gdzieś, na dnie.

I ból się zjawi w szczęścia chwili,
Gdy z innym, kiedy zgasną zorze,
Nad źródłem wiecznym się pochylisz
I zadrżysz – bo mnie ujrzysz może.

     


Będę na ciebie czekał

 


Będę na ciebie czekał wśród udręki,
Choćby to nawet trwało lata całe,
Tak nieodparcie kuszą twoje wdzięki,
A obietnice twe są wiecznotrwałe.

Ty jesteś samym nieszczęścia milczeniem,
Światłem przypadkiem w mroku zapalonym.
Ty jesteś dla mnie rozkosznym pragnieniem
Tego, co wciąż jest dla mnie niewiadomym.

Ze swym ku ziemi opuszczonym wzrokiem
I ze spojrzeniem tak zawsze łagodnym,
Kiedy niepewnym postępujesz krokiem
Jako ptak, w locie jedynie swobodny,

Budzisz uczucia głęboko uśpione.
Lecz nie wiem, jakie kryją tajemnice,
Te twoje nigdy łzami nie zaćmione,
Wciąż odwrócone od świata źrenice.

Choć nie wiem miła czy się kiedyś zdarzy,
Że warg mych dotkną słodkie usta twoje,
To nie przestaję o tej chwili marzyć,
W której będziemy jedynie we dwoje.

Czy jesteś śmiercią niespodzianą może,
Czy gwiazdą dotąd jeszcze nie zrodzoną,
Będę na ciebie zawsze, w każdej porze,
Czekał z tęsknotą niezaspokojoną.

            


Smutek księżyca


Ty siostrą byłaś mi, to czułą, to gorącą;
Kochałem ciebie ja – i dziś też kocham cię.
Tyś drogą zjawą jest, gasnącą i blednącą…
W ten księżycowy czas wspomnienia dręczą mnie.

Ja marzę, aby nas skrzydła nocy okryły
I spowił cały świat łagodny, cichy mrok.
A ja bym wtedy chciał w poczuciu swej bezsiły,
By spojrzeń moich żar mógł twój rozpalać wzrok.

Wciąż pragnę abyś ty, w rozkoszy słodkiej męce
Zbladła, opadła z sił – i całowałbym ja
Twe usta, oczy, twarz i delikatne ręce,
A ty szeptała byś : „spójrz, cała jestem twa!"

Mogło być tak, że nam kwiaty by rozkwitały;
Jak księżyc w lustrze wód, tak we mnie miłość drży.
Wzdycham i płonę wciąż, wołam jak oszalały:
„Źródłem miłosnych mąk zawsze mi będziesz ty!"

   


Na kamienistym szczycie


Przez kraj jałowy, wypalony,
Baśniową drogą szedłem sam,
Głęboko w myślach pogrążony,
Bo miałem o czym dumać tam.

I na wpół zrujnowane mury
Niemal już zapomnianych miast,
Były tak mgliste jak kontury
Tego, co już pochłonął czas.

Ja wspominałem, lecz daremnie
Chciałem się zmienić w każdym z mgnień;
Wciąż coraz bardziej wnikał we mnie
Mojego sobowtóra cień.

Na niebie na wpół ociemniałym,
W ruinach miast i na tle wzgórz,
Jakieś się kwiaty pojawiały,
Lecz nic mi nie mówiły już.

Wreszcie na kamienistym szczycie
Pojąłem nagle sercem swym,
Że gdzieś prawdziwe kwitnie życie
I wieczna miłość razem z nim.
                 
            Z rosyjskiego przełożył
            Andrzej Lewandowski

Również tego autora