Ariana Nagórska - Wypatrywanie pierwszej gwiazdki

Czas oczekiwania postanowiłam sobie skrócić nostalgicznymi wspomnieniami z początku lat 90. XX wieku, kiedy to przyszło mi pierwszej gwiazdki wypatrywać już od września. Jednak nie na niebie, tylko w pewnej sympatycznej szkole podstawowej, gdzie podjęłam się prowadzenia nadobowiązkowych (dla uczniów, a nie dla mnie) lekcji poetyckich. Sama nigdy w życiu nie zhańbiłam się szukaniem pracy, więc i tu fakt taki nie miał miejsca. Po prostu znajomy, który te lekcje od kilku lat prowadził, poczuł się srodze zmęczony i wypalony twórczo, namawiał mnie więc, bym u progu rodzącego się kapitalizmu zechciała zaznać nowych wyzwań.
           Mimo transformacji ustrojowej od początku traktowana byłam jak pracownik socjalistyczny, czyli fanaberyjny roszczeniowiec. Ledwie przyszłam, zaczęto się tłumaczyć, że w żadnym wypadku nie mogą dać mi takiej pensji, jak bym chciała. Czy ja wyglądam na chciwusa? – dumałam z niesmakiem. Wreszcie powiedziałam, że znałam płacę mego poprzednika i takie pobory starczą mi aż nadto, bo kasa to w poezji niewiele warty stymulator. Byli zachwyceni mym nonkonformizmem. Mniej niż poprzednikowi dać mi nie zamierzali, a więcej nie mogli. Po szybkiej ugodzie w sprawie płacy postawiłam ostre warunki jako pracownik. Żadnych sprawozdań pisać nie zamierzam, jeśli mają mi wyznaczać, jaką liczbę uczestników muszę mieć na zajęciach, to dziękuję i niech sobie prowadzi wielkie spędy byle kto! Ja mogę pracować nawet z jednym uczniem, a jak nie przyjdzie żaden, to zajęcia z samą sobą uważam akurat za najcenniejsze twórczo. Moi pracodawcy byli mistrzami (tu wyrazy podziwu!) w realizacji przysłowia Wilk syty i owca cała. Nie mieli specjalnych zastrzeżeń do mego samokształcenia poetyckiego w wieku lat 40. na terenie podstawówki. Prosili tylko o jedno: bym zapisała do Dziennika zajęć pozalekcyjnych wszystkich, którzy przyjdą na pierwsze spotkanie, a przyjść miało dużo, bo obiecali porządną reklamę moich zajęć. Z radości przyrzekłam im, że na drugie spotkanie ściągnę więcej niż oni na pierwsze i wszystkich zapiszę do dziennika. Potem będę jednak już tylko schodzić z apogeum, bo inaczej się nie da. Nie jestem jednak takim partaczem napędu, by doprowadzić do zapaści, to znaczy np. na drugim spotkaniu mieć 70 osób, a na trzecim jedną. Tak nie będzie! Na pożegnanie powiedzieli mi jeszcze, że „poeci są zwykle do młodzieży za poważni i za spokojni”, a tych wad ja na szczęście nie mam.
           Gdy szłam na pierwsze zajęcia, próby mikrofonu ze szkolnej sali słychać było na pół osiedla, niczym z Opery Leśnej przed sopockim festiwalem. Nie była to wprawdzie aula ani sala gimnastyczna, ale spora świetlica ze scenicznym podium, nabita po brzegi. Było to przed reformą, podstawówka więc obejmowała klasy od I do VIII. Gdy pierwsze słowo rzekłam przez mikrofon, przeraziłam się własnego głosu. Huknęło z czterech wzmacniaczy, jakby Zeus gromowładny zstąpił. Oczywiście mogłabym sprzęt przyciszyć lub z kimś w tej sprawie pogadać, byłam jednak świadoma, że: po pierwsze, wypatrywanie pierwszej gwiazdki (tak nazywam poszukiwanie talentów) powinno być głośne; po drugie, taki, co po wyjściu na podium zamiast kręcić publiczność, kręci przy sprzęcie lub gada z obsługą, robi wrażenie niepewnego i ma od razu na wejściu przechlapane! By jednak nie ogłuchnąć, ograniczyłam wypowiedź do minimum. Powiedziałam, że każdy, kto się zapisze, będzie mógł (przygotowując się do przyszłych występów przed rzeszami słuchaczy) przeczytać jeden wiersz z tak wspaniałym nagłośnieniem. Kto zaś chce przez mikrofony czytać więcej, musi na następne zajęcia przyprowadzić też piszących kolegów, którzy dziś nie przyszli. Potem przez blisko godzinę jedną ręką zapisywałam chętnych do dziennika, a w drugiej trzymałam mikrofon, prezentując fraszki, dowcipy, odlotowe powiedzonka (te akurat wymyślałam na miejscu) oraz w ogóle gadając co bądź, byle z nudów o mnie na sali  nie zapomniano. Jak doszło już do mikrofonowych prezentacji, rozczarowałam młodzież, żądając stanowczo, by najpierw zaprezentowały się małe dzieci, które aż słaniały się na nogach ze zmęczenia. Dysponowały one wierszykami tak krótkimi, że wszystkie mogłyby zaprezentować się w piętnaście minut, gdyby nie stękanie, zacinanie się i przy każdej pomyłce zaczynanie od początku. Gdy jakiś młodszoklasista dukał wyjątkowo nasennie, z sali nagle rozległ się okrzyk: – Niechże mu pani da coś na rozgrzewkę! – W szkole??? Tak przy wszystkich??? – wyraziłam szczere zdziwienie, a młodzież (zgodnie z przewidywaniem) rzecz załapała i wybuchnęła śmiechem. Jedynie nauczycielka była niesłusznie pewna, że wyraziłam w ten sposób oburzenie na bezczelność ucznia, który TAKIE COŚ powiedział w szkole przy wszystkich.
          Kiedy do mikrofonu dorwali się młodzi-gniewni, jakiś woźny stanął w drzwiach i dawał znaki, bym wyszła na korytarz. – Czy ta poezja zawsze będzie taka głośna? – dopytywał. – Do czasu jak się ten tłum przewali. Potem pojedziemy kameralnie. – Przynajmniej głowa nie będzie boleć. – Jak ktoś niewprawiony, to i z kameralnej jazdy mogą być zawroty! – Postaram się przyzwyczaić – obiecał desperat.
          Gdy już w doborowym gronie „jechaliśmy kameralnie”, nieboskłon tym bardziej się zamglił i pierwszej gwiazdki nie było widać. Jesienno-listopadowe słoty przerzedziły mi adeptów, a mimo to praca była niebezpiecznie nieprzewidywalna. Czasem przyszło 7 osób, czasem 15, czasem nie liczyłam, czasem jeden lub ani jeden. Raz były to małe dzieci i dwóch wyśmiewających się z nich zblazowanych nastolatków, to znów zdolni nastolatkowie i sfora źle wychowanych dzikusów z klas młodszych, innym razem obdarzone wspaniałą wyobraźnią maluchy, których straszyli usiłujący chuliganić „poeci przeklęci” z klas starszych. Luzak, który na pierwszym spotkaniu radził mi z sali, jak uelokwentnić młodszego, nie pojawił się więcej, choć zdawało mi się, że nawet jeśli nie miał iskry bożej do poezji, umiałby ją rozniecić bez pomocy niebios.
         Grudzień (nie wiem, czemu) okazał się znienacka miesiącem eksplozji natchnień. Kandydaci na pierwszą gwiazdę znów przyszli masowo. Młodsi opisywali wierszem otrzymane na Mikołaja prezenty, starszych kręcił świąteczny nastrój na ulicach i w sklepach. I wtedy pierwsze gwiazdki wypaliły. Na pytanie: Co byś napisał(a) o świętach Bożego Narodzenia? – jedna odpowiedź się wyróżniała: – Ja bym napisał, żeby te Mikołaje co wożą prezenty, nie jeździły saniami wtedy, kiedy nie ma śniegu, bo renifery w powietrze nie mogą wystartować!  – To ty widziałeś, jak po piasku jeżdżą? – zapytałam. – Po piasku nie, ale po asfalcie. Na to po raz pierwszy od miesięcy odezwał się znany mi z inauguracyjnego spotkania luzak: – Jak małemu Mikołaje saniami jeżdżą po asfalcie, to mały pewnie jedzie po trawie! Maluch-odlotowiec odciął się jednak całkiem do rzeczy: – Zimą po trawie?!  Tyle nie wyrośnie, żeby można jeździć!
         Po starciu odlotowców głos zabierali poeci poprawni, mówiąc wierszem o choinkach, kolędach, sannach, kuligach i śniegowych pejzażach. – A ja napisałem wiersz Czarne święta – pochwalił się nagle luzak. Ciekawy pomysł wypadało rozwinąć, nie chciałam jednak ryzykować, nie będąc pewna, czy chodzi mu o święta bez śniegu. Odetchnęłam z ulgą, gdy wkurzony brakiem zachęty sam wyjaśnił, że czarne święta miał minionego roku u krewnych na wsi, gdzie nastąpiła awaria zasilania i aż do Sylwestra nie było prądu. – A jakby nie było gazu, to też miałbyś czarne? – zapytał mały. – Bez gazu to szare!
         Gdy zaświeci pierwsza gwiazdka, jem pierogi, barszcz i ciastka – tym razem mały odlotowiec poszedł w realizm. – Poezja bierze się ze wzruszenia, a nie z jedzenia – zauważyła najmniej lotna adeptka. – To mam być w święta głodny, żeby się ruszać jak głupi i pisać wiersze?! – Wzruszać, a nie ruszać! – poprawiła go nielotna. – Masz rację, im się więcej ruszasz, tym się słabiej wzruszasz! – podtrzymałam dziewczynę na duchu. Ku memu zaskoczeniu luzak to potwierdził: – Raz nam się kumpel tak wzruszył, że nie wiedzieliśmy, co robić. Wtedy kuzynka kazała z nim na siłę spacerować. Włóczyliśmy go dokoła pokoju i od razu mu wzruszenie przeszło! – A czym się tak wzruszył? – zapytała nielotna, ale ucięłam temat. Na szczęście jedna z poprawnych zgłosiła się i przeczytała „własny” wiersz: Cała rodzina zbiera się społem, by z pierwszą gwiazdką zasiąść za stołem. Archaiczny język od razu wskazywał, że to nie jej utwór, kłamała jednak jak z nut, że napisała go dla kochanej babci i dlatego właśnie postarała się „tak trochę po staremu”. W tym czasie kilkoro nastolatków coś tam w kącie bazgrało, a gdy nagle zaczęli pokładać się ze śmiechu, nie miałam wątpliwości, że puentował luzak. Od razu też przeczytał: – Cała rodzinka drepcze z mozołem i pierwszej gwiazdki szuka pod stołem! Mały odlotowiec milczał odurzony talentem dużego, powiedziałam mu więc, że wcale nie musi tylko starszych podziwiać, bo ma wyobraźni więcej od nich, byle zechciał z niej skorzystać. Kiedy powołałam się znów na jego debiut z sanną Mikołaja po asfalcie, chętnie udał się w kąt, by zaczęte dzieło szlifować. Gdy tylko skończył, od razu wdrapał się na podium (choć w gronie kameralnym z niego nie korzystaliśmy) i wyraźnie odczytał: W czarne święta u kolegi/ poszły z domu wszystkie śniegi/ poszły gdzieś do koleżanki/ żeby wybrać się na sanki. 14-letni autor Czarnych świąt stanął osłupiały i wyjąkał z podziwem: – Ten ma ale świra! Takiej korby jeszcze nie zaliczyłem! Mały widząc, że pani dyrektor, która przyszła posłuchać, patrzy na niego jak na kosmitę, wizję swą próbował „urealnić” tak, jak mu wyobraźnia pozwalała: Sanki śniegów znać nie chciały/ bo się w słońcu opalały./ Teraz w domu u kolegi/ w czarne święta siedzą śniegi!
          Gdy nam ta pierwsza gwiazdka w połowie grudnia wzeszła, wszyscyśmy stracili apetyt prawie do końca roku. Ja i luzak z zaszokowania, nieloty z zawiści połączonej z niezrozumieniem chwalonego dzieła, kujony z przepracowania (bo męczyły się srodze, by coś choć trochę podobnie do małego napisać), a pani dyrektor z zatroskania, co też z takiego dzieciaka wyrośnie. Mały nie miał apetytu z niezadowolenia. Chciał być (podobnie jak ja w dzieciństwie) lekarzem, a nie poetą. – Napisałem normalnie, tak jak ze zdrowym rozumem trzeba! – argumentował, mnie kołując, a luzaka dołując. Wszyscy jednak jakoś święta przetrzymali. Od nowego roku mały czynił wszystko, by (jako przyszły lekarz) pisać normalnie, ale ani razu mu tak nie wyszło. Nawet na normalne pytanie: – Czemu chcesz zostać lekarzem?, odpowiedział: – Bo lekarz ma wszystkie święta białe.
I tak dobrze, że nie w barwne groszki!
          
        

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora