Janusz Orlikowski - Nowy król (euroamerykański raj winieta)

„Dokonane badania doprowadziły Steinera do wniosku, że świadomość ludzka zmieniała się i rozwijała przez tysiąclecia historii kultury i że typ indywidualnej samoświadomości, który uznajemy dziś za tak oczywisty, nie istniał w czasach starożytnych. Człowiek nie czuł wówczas, że centrum jego istoty, jaźń, znajduje się w nim samym; każdy czuł się raczej częścią swego ludu i nie był w stanie pojąć własnego istnienia inaczej, jak tylko w kategoriach swego miejsca w obrębie plemienia, czy narodu. O ile w ogóle posiadał wtedy coś w rodzaju centrum tożsamości, jaźń, to spoczywało ono w centralnej postaci społeczeństwa, którą był król. Dopiero później człowiek osiągnął większy stopień indywidualizacji i zażądał duchowej autonomii, ustanawiając swoją własną osobistą relację do świata boskiego. We wczesnym okresie historii wystarczyło, że w boskie tajemnice wtajemniczony był król, ponieważ to on stanowił tożsamość każdego człowieka” pisze Andrew Welburn w książce Początki chrześcijaństwa, kreśląc i ujawniając źródła, których konglomerat w formie historycznej dał początek wiary w Jezusa jako Chrystusa i który to doprowadził do skrystalizowania się jej podstaw. Nie jest moim zamiarem komentowanie tego dzieła, nie czuję się ani na siłach, ani nie to jest celem, gdy spoglądam na współczesny konsumpcyjny świat, jakże odległy od opisywanych przez Welburna czasów. Bo przecież spójrzmy, uzmysławia on nam olbrzymią odmienność, która charakteryzowała człowieka starożytnego w stosunku do „(...) (typu) indywidualnej samoświadomości, który uznajemy dziś za tak oczywisty (...)”.  „Człowiek nie czuł się wówczas, że centrum jego istoty, jaźń, znajduje się w nim samym; każdy czuł się raczej częścią swego ludu i nie był w stanie pojąć własnego istnienia inaczej, jak tylko w kategoriach swego miejsca w obrębie plemienia, czy narodu”. A jak jest tak naprawdę dzisiaj, czy może pewniej, do jakiego stadium, aż boję się napisać, nieuchronnie zmierzamy? Ktoś powie: indywidualną samoświadomość przecież już uzyskaliśmy i nikt nam przecież jej nie odbierze. To prawda i nie równocześnie. Prawda, bowiem jest ona w naszym posiadaniu. Natomiast warunki jakie oferuje nam za sprawą terroru konsumpcjonizmu współczesny, cywilizowany świat skłania co najmniej do zastanowienia. Indywidualna świadomość to tyle co zdolność do odzwierciedlania rzeczywistości i umiejętność uprzytamniania sobie własnej egzystencji. Wszechogarniającą nas dziś rzeczywistością jest wspomniany terror, o którym wiemy i który bywa, że potrafimy też go odzwierciedlić. Gorzej jest, gdy przychodzi nam uprzytomnić sobie swą w nim egzystencję. Czy stawiamy mu faktyczny opór, czy też z braku innych bodźców godzimy się na niego bez zmrużenia oka. Bo i przeciw czemu tu się buntować? Że pełne półki w sklepach i jest wszystko, czego tylko, pisząc lapidarnie, dusza zapragnie? Pytania tego typu należą do tych, które są źle postawione. Przypominają one sytuację stojącego na ulewnym deszczu bez parasola. Mówi on: przecież nie zatrzymam płynącej z nieba wody. Pytania zatem raczej powinny brzmieć: w jaki sposób się w tej sytuacji znajduję? Czy ulegam? Czy stawiam opór? Dlaczego jednak mam stawiać opór dobrom materialnym i w jaki sposób to czynić? I znów pytania postawione źle. Bo nie chodzi o to, aby wyrażać swój bunt poprzez nie korzystanie z nich, bo to niemożliwe, lecz umiejętność  im właśnie nie ulegania, a to zasadnicza różnica. Ta uległość jest właśnie powodem, dla którego uprzytamnianie sobie własnej egzystencji jest dziś problemem. Człowiek współczesny przestał zastanawiać się: dlaczego żyje i po co?, jaki jest cel jego tu obecności?, co jest wartością, a co nie?  I o ile jeszcze dzisiaj może potrafimy tę konsumpcyjną  rzeczywistość odzwierciedlać, to znaczy wiemy, że w niej żyjemy, to podejrzewam że wcześniej czy później będzie ona tak oczywista, że  dodanie słówka „konsumpcyjny” do „świat” nie będzie już konieczne. A może już tak jest? W każdym razie nauki twórców terroru konsumpcjonizmu nie idą w las. Jesteśmy pilnymi ich uczniami. Stąd wniosek, że to co składa się na indywidualną świadomość, czyli zdolność do odzwierciedlania rzeczywistości i uprzytamnianie sobie swej egzystencji już może nie istnieje, bądź istnieć nie będzie.
Co to oznacza i czy taki wniosek jest naprawdę słuszny? Jak mówi cytat przedstawiony na wstępie człowiek starożytny był indywidualnej świadomości pozbawiony w znaczeniu, że jeszcze się w nim nie wykrystalizowała, „(...) każdy czuł się raczej częścią swego ludu i nie był w stanie pojąć własnego istnienia inaczej, jak tylko w kategoriach swego miejsca w obrębie plemienia,czy narodu. O ile w ogóle posiadał wtedy coś w rodzaju centrum tożsamości, jaźń, to spoczywało ono w centralnej postaci społeczeństwa, którą był król.”. Ci królowie – wtajemniczeni, jak ich nazywa Andrew Welburn, inaczej królowie sakralni, byli tymi, którzy poprzez odpowiednie inicjacje mieli dostęp do świata boskiego, który był niedostępny dla niewtajemniczonego pospólstwa. „Albowiem w tamtych starożytnych czasach tylko król dzięki wtajemniczeniu mógł przebywać w obecności bogów; tylko on mógł dostąpić bezpośredniego poznania sfery boskiej, wszyscy zaś jego poddani otrzymywali łaskę nie dzięki osobistemu doświadczeniu religijnemu, lecz dzięki temu, że <sacrum> przejawiało się poprzez niego.” Czy z czymś takim mamy do czynienia dzisiaj? Już słyszę ten śmiech i odpowiedź, że z pewnością nie. Tak, zgodzę się z tym, bo faktycznie sprawa przecież nie dotyczy wierzeń religijnych, jest biegunowo różna. Ale jest. Wprawdzie nie mamy dziś królów i to jeszcze wtajemniczonych, lecz euroamerykański raj, demokrację opartą na konsumpcyjnym terroryzmie. To ona jako „postać” do złudzenia przypomina sakralnego króla., a my globalnie jego plemieniem. Wskazują na to nasze zachowania, uległość wobec jego wyroków. Wprawdzie „król” zapewnia nas o naszej wolności, gdyż (jeszcze?) nie może nam powiedzieć, że jesteśmy jego poddanymi, z uwagi  na to, co jeszcze z indywidualnej świadomości w nas pozostało, czyli przekonanie o jej obecności. Ale to tylko przekonanie i do tego bardzo złudne. Czyż nie zachowujemy się tak jak plemię, każdy czuje się częścią swego ludu o wspólnych rytuałach naznaczonych obecnością „króla”? „Król” zapewnia nam możliwość dobrobytu materialnego, a przede wszystkim dba by media odpowiednio nas o tym informowały, czyli poprzez „magiczne” reklamy, gdzie „wtajemniczony” mówi, że to i to przyniesie nam szczęście. Określa tym samym nasze zachowania w stosunku do „sacrum”, które przejawia się niezliczoną ilością informacji, których żywot jest krótkotrwały lub wzajemnie sprzeczny. To, że tego pojąć nie możecie, jest wynikiem waszego braku „wtajemniczenia” - mówi i dba o to, aby tak pozostało. „Wtajemniczonym” bowiem może być tylko „król”. Nasze zachowania plemienne są tym samym konsolidowane i cieszymy się, że inni robią też tak samo jak my. Określają nas te same rytuały ciągłego kupowania, jedzenia, oglądania telewizji i przeglądania stron internetowych, czytania kolorowych czasopism, a żeby to zespolenie w obrębie plemienia było jeszcze mocniejsze organizuje się masowe tzw. imprezy kulturalne, których poziom jest tak odpowiedni, aby były zrozumiałe dla wszystkich bez wyjątku członków plemienia. Tym sposobem nasza tożsamość, jaźń, spoczywa w centralnej postaci euroamerykańskiego społeczeństwa, którą jest „król”. Zwróćmy uwagę na zachowania pozostałych członków naszego plemienia w sytuacjach, gdy u innych zjawiło się nieszczęście w postaci nagłej utraty dóbr materialnych, ciężkiej choroby wymagającej sporych nakładów finansowych. Pozostali nagle się wokół nich gromadzą, pomagają i czynią to zupełnie bezinteresownie. Tak, tak, widzę oburzenie, że taki przykład wybrałem jako argument czucia się  jedynie częścią plemienia bez indywidualnej świadomości. Przecież to właśnie ona daje aspekt ku tym dobroczynnym działaniom. Nic bardziej mylnego i postaram się to wyjaśnić. Oczywiście te działania są jak najbardziej chwalebne, to nie ulega wątpliwości, lecz ich źródło nie tkwi w utraconej (czy bezpowrotnie?) indywidualnej świadomości, ale właśnie jest wynikiem rytuałów plemiennych z centralną postacią „wtajemniczonego króla”. Gdyby nieszczęście nie dotyczyło  utraty dóbr konsumpcyjnych w szerokim tego słowa pojęciu, czyli wraz z nakładami finansowymi na leczenie ciężkich chorób, a poza dobrami natury medialnej oczywiście, czy wtedy reakcja  pozostałej części plemienia byłaby taka sam? Z pewnością nie. Ale o co by wtedy mogło chodzić?  Ot na przykład nieszczęściem jest, gdy u tych innych pojawia się całkowita utrata w sens życia.  Niby żyją oni obok nas, widzimy to, jednak nie czynimy żadnych dobroczynnych działań. Po pierwsze nie wiemy jakie by one mogły być, po drugie nasza „tolerancja” zakłada nie wtrącanie się w cudze życie. Cz już to samo nie świadczy o zaniku indywidualnej świadomości? Boimy się , że bardziej możemy zaszkodzić niż pomóc. Lepiej jest więc się nie wtrącać. Poza tym jest to poza  naszym czuciem się członkami plemienia z centralną postacią „króla”, naszego „wtajemniczonego” we wszystko. Od tego są psycholodzy i psychiatrzy, dodamy na potwierdzenie gdzieś może z głębi dobywającego się, a nieuświadomionego poczucia winy.
„Ich zadaniem (proroków będących przekazicielami nauki moralnej w religii Izraelitów – przyp. J.O.) było więc ganić grzeszność tych, którzy nie spełniają wymagań Jahwe. Ze wzrostem zaś zakresu indywidualnej wolności moralnej pojawiło się poczucie winy na skale niespotykaną  w kontekście świadomości mitologicznej. Zaiste, w konfrontacji ze wzniosłymi wymaganiami świata duchowego i możliwością czerpania jedynie ze swych indywidualnych zasobów moralnych, człowiek nieuchronnie musiał doznawać poczucia winy z powodu swych wad.” pisze Andrew Welburn w Początkach chrześcijaństwa. I z tym właśnie poczuciem winy przez stulecia człowiek nie mógł sobie poradzić, aż nastał  nowy „król”, który całkowicie zmienił sposób patrzenia na sprawy tego świata. Powiedział on: jedynym sposobem na jej usunięcie jest całkowite zanurzenie się (niczym misterium chrzcielne) w „sacrum” konsumpcjonizmu; to w rezultacie da tak długo oczekiwane szczęście. Powiedział też, że przewidział przyjście „mesjasza”, który właśnie nam się objawia na wiele postaci wszelkich dóbr, które nam przynosi. Tak, ale przecież zanim nastał ten „król” o wiele wcześniej, a na bazie tych cytowanych spostrzeżeń Welburna, pojawiło się chrześcijaństwo, o czym kreśląc tę cytowaną przed chwilą sytuację pisze on: „Cała ta radykalnie nowa faza (pojawienie się indywidualnej świadomości, pisząc ogólnie – przyp. J.O.) rozwoju świadomości ma kapitalne znaczenie dla zrozumienia naszego dzisiejszego życia. Właśnie w starożytnym Izraelu ludzkość weszła na długą drogę, która doprowadziła ją do naszego współczesnego poczucia wolności i żądania niezależności jako duchowych czynników w świecie. Tu też widzimy początki wznoszenia wielkiej bariery winy, której pokonanie stanowi po części sens i misję chrześcijaństwa.” A zatem chrześcijaństwo u swych źródeł jest religią do której zadań należy między innymi pokonanie poczucia winy. W powszechnej świadomości, w latach późniejszych, a działo się to za sprawą Kościoła, było jednak inaczej. Bariery winy, przez stulecia, stały się motorem do umacniania pozycji Kościoła w świecie. Nie czas tu i miejsce by te zagadnienia rozwijać, wystarczy wspomnieć, że papież Jan Paweł II przepraszał. Nim jednak to nastąpiło na arenę świata wkroczył bez przeszkód nowy „król”, który w karykaturalny sposób poczynił to , co było jedną z misji chrześcijaństwa. Wina w sensie autentycznie duchowym przestała mieć znaczenie, a z tym głębsze poczucie bytu. Człowiek współczesny wszedł w nową fazę rozwoju, całkowitego zrównania wszystkich i wszystkiego ustanawiając i realizując ideę każdej jednostki jako centrum świata. Centrum, które realizuje się w dobrach „mesjasza” i według którego każdy może być każdym, o ile o tym zamarzy. Wszystko bowiem jest do „zjedzenia”. To „zjedzenie” stało się nauką „króla” dla poddanych. „Król” nie popełni błędu mówiąc, że poczucie winy istnieje,nie będzie działał na swoja szkodę. Całkowicie dla niego wystarczające jest, że euroamerykańskie plemię czuje z nim związek, choć czyni to bezwolnie, poprzez naśladownictwo.
Czyżby zatem koło się zamykało i staniemy się na powrót „starożytni”, czy wręcz „pierwotni”? Mój przyjaciel plastyk rzekł mi kiedyś, że człowiek u zarania swych dziejów nosił ze sobą zapisane, kamienne tabliczki, dziś jest zaopatrzony w tablety i zawiesił głos. Nie odpowiedziałem mu, gdyż nie byłem pewien jego racji. Takie porównanie, aczkolwiek atrakcyjne, wydało mi się zbyt pochopne. Otóż, pomimo że współczesnego człowieka charakteryzuje  „instynkt” plemienny i jego indywidualna świadomość jest na skraju bankructwa oraz „wierzy” w „króla – wtajemniczonego” to jednak jego cechą jest również to, że popadł w egolatrię. Kusiciel obiecywał: „będziecie jak Bóg...” i „spełniło się”. Równość wszystkich i wszystkiego, a tym sposobem same chodzące centra świata wytworzyły sytuację, w której jedynym na czym można się oprzeć jest „król sakralny”, czyli euroamerykański raj. Jest on łatwy w zrozumieniu i jednocześnie skutecznie wyzbył człowieka poczucia winy. Nie poczynił tego Kościół, a tym sposobem  udało się bez większego trudu „królowi”. Bowiem nie jest prawdą, jak się to często popularnie sądzi, że chrześcijaństwo wpędza człowieka w jego szpony. Wręcz przeciwnie, uczy w jaki sposób je w sobie przezwyciężać. Mówi, że ono jest i jak sobie z nim radzić. „Król” naucza natomiast, że go nie ma, jeśli tylko mu zaufamy. Podobnie jest z pokrewnym mu cierpieniem. Samouwielbienie, w które popadł dzisiejszy człowiek jest przecież jednak cechą indywidualnej świadomości. Jest jej wynikiem. A któż to świadomie powie, że popadł w egolatrię? Do tego potrzeba pokory.  Ta cecha, czyli samouwielbienie powoduje, że nie mogłem przyznać racji mojemu przyjacielowi.  Jesteśmy plemieniem samo uwielbiających się nawet nie indywidualności, co jednolitą masą czującą  wzajemny związek między poszczególnymi, by tak rzec, elementami (centralnymi postaciami świata, za które się uważamy) z centralną również postacią „króla – wtajemniczonego”, który pozwala łaskawie nam tak sądzić, że także w centrum w stosunku do niego jesteśmy.   I tym różni się czucie częścią swego ludu w czasach starożytnych od dzisiejszych. W tym znaczeniu koło się nie zamyka i nie będziemy na powrót „starożytni”, czy wręcz „pierwotni”. Jacy więc będziemy?
Czesław Miłosz, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, pracował usilnie nad powieścią science fiction Góry Parnasu, której nie ukończył, lecz zapisane przez niego słowa zostały opublikowane wraz z od autorskim komentarzem, dlaczego tak się stało. Pomijając tu  opisaną przez niego kwestię natury artystycznej (doszedł do wniosku, że pisanie powieści w naszych czasach mija się z celem, gdyż nie może ona oddać prawdziwego obrazu dziejącego się świata – a Noblista zawsze dbał o to, by języka uchwyt za rzeczywistość, że posłużę się jego sformułowaniem, był rzetelny i prawdziwy), była jeszcze sprawa natury moralnej, o której autor pisze tak: „Jak wiadomo, literatura zawsze poczyna sobie niedołężnie, kiedy stara się pokazać dobrych ludzi i dobre zamiary, natomiast ze smakiem, znawstwem i przekonywająco maluje zło, okrucieństwo, porażki. Z tego też powodu moja powieść byłaby przeważnie czarna, jak zresztą i z innego powodu: żeby przekazać w czym zawiera się nadzieja, należałoby napisać niemalże traktat historiozoficzny, tu jednak na przeszkodzie stanęłaby moja niechęć do formy rozlazłej i nieokreślonej.” A zatem chcąc uniknąć czarnowidztwa Miłosz porzuca rozpoczętą powieść. Czyżby stwierdził, że prawda, ta najgorsza, może człowiekowi szkodzić? Nie. Wypowiada się bowiem tak: „Prawda nie może szkodzić. Zapewne. Jest ona zawsze złożona i wielostronna, i chyba prawda wyłącznie czarna pomaga tylko wtedy, kiedy strasząc i przygnębiając, do pełniejszego życia podnieca. Nie wydaje mi się, żebym to zadanie umiał wypełnić.” Noblista czuł, że kontynuując pisanie Gór Parnasu mógłby doprowadzić do takiej sytuacji, w której czytelnik (a także i on sam) nie znaleźliby drogi wyjścia, a skrajny pesymizm był przecież mu obcy. To normalne, bo pisanie pozbawione jakiejkolwiek nadziei jest niemoralne.
Powyższy opis, sadzę, że daje pewne światło odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie: jacy będziemy? Aby więc nie utkwić w bezwolności i wciąż być okupowanym przez  „króla – wtajemniczonego” koniecznym wydaje się być Przebudzenie, co jest możliwe, tylko wcześniej  w ludzkiej świadomości musi nastąpić przełom. A taki możliwy jest tylko wtedy, gdy  nastąpi przesilenie obecnego stanu rzeczy. Każda nowo następująca epoka ma to do siebie, że płynnie łączy się z takim stanem poprzedniej. A zatem, gdy okupacja terroru konsumpcjonizmu niejako zacznie pożerać samą siebie. Nie jest moim zamiarem kuszenie swojej wyobraźni i opis jakby to miało wyglądać, ale stwierdzenie Miłosza „(...) w czym zawiera się nadzieja, należałoby napisać niemalże traktat historiozoficzny (...)” daje pewien asumpt do tego, że może to nastąpić. W tym celu konieczny jest nowy odczyt ewangelii, nie tylko kanonicznych, znanych z Nowego Testamentu, lecz również, a może i przede wszystkim tych nazwanych apokryficznymi: Ewangelia Tomasza, Ewangelia Filipa, Ewangelia Egipcjan, Ewangelia Prawdy, Ewangelia Adama. Zwraca bowiem moja uwagę to, co pisze Andrew Welburn w Początkach chrześcijaństwa odnośnie  Ewangelii Filipa: „Całe ujęcie tematu w subtelny sposób różni się od ujęcia biblijnego, mimo iż dotyczy tych samych zdarzeń: Kuszenia i Upadku. <Ewangelia Filipa> głosi, iż Upadek nastąpił, gdy Adam błędnie pojął swą sytuację, gdy uznał za Prawo to, co powinno być wolnością. Przez Chrystusa, który jest Drzewem w Raju, wolność zostaje ponownie odzyskana.” W innym miejscu z kolei: „(...) Adam błędnie zrozumiał dar poznania, uznając za Prawo to, co winno być wolnością.” powtarza pisząc o Komnacie Małżeńskiej. Już wcześniej sygnalizowałem, że religia chrześcijańska nie opiera się na poczuciu winy jak popularnie, a za sprawą Kościoła się sądzi. Wyselekcjonowanie przez niego czterech kanonicznych ewangelii i odpowiednia ich interpretacja miała za zadanie mocny uchwyt władzy, którą on sobie przypisał. Czy się to zmieni? Czy jaskółką są ostatnie wypowiedzi  papieża Franciszka, który stwierdził że nie jest zadaniem Kościoła piętnowanie małżeństw homoseksualnych, aborcji, czy antykoncepcji, lecz leczenie ran powstałych i nie osądzanie?  „Jeżeli ktoś jest homoseksualistą, poszukuje Boga oraz ma dobrą wolę, to kimże ja jestem, by go osądzać?”  to jedna z ostatnich wypowiedzi Papieża, który nad to od początku swej posługi walczy z bożkiem – pieniądzem poczynając od własnego ogródka. Czy człowiek żrący odzyska swą wolność w rozumieniu pokonania „króla - wtajemniczonego”? To pytania, które można tylko sobie zadać.

                                                                                                    
                                       
           

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora