• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ewa Klajman-Gomolińska - Człowiek żrący in vitro

    Wszystkie nieszczęścia tego świata biorą się z braku miłości, miłości niespełnionej, poczucia samotności, wyobcowania i alienacji. Nie ma innego powodu, tyle że miłość jest pojęciem bardzo szerokim i głębokim, więc oznacza w tym ujęciu powód gigantycznych rozmiarów. Transcendentna relacja z Bogiem jest jedynym i właściwym przeżywaniem miłości Boga i do Boga, jest istotą naszej wiary i odpowiedzią na nasze ontologiczne i egzystencjalne pytania. Pojawianie się w kościele i ostentacyjny marsz komunijny dla wielu wciąż stanowi najwyższy wyraz wiary, religijnych praktyk, wzór prawdziwego katolika. Bez wyjścia jednak poza świat rzeczywisty i poza własny umysł, poza siebie i z własnych ograniczeń cielesnych i mentalnych, doświadczanie i poczucie Miłości Najwyższej jest mało prawdopodobne.
             Świat wirtualny, łatwość i szybkość mailowania, pogaduszek na gg i skype, i co nie jest bez znaczenia ich darmowość, doprowadziły do ruin wiele rodzin i związków. Zdrada jest w zasięgu ręki, o każdej porze doby, taka z pozoru niewinna. Z czasem ludzie po drugiej stronie ekranu, niekiedy w ogóle nieznani w realu, stają się najbliższymi osobami, dla których waruje się godzinami przy komputerze każdego dnia. Ekran i serwer pochłaniają bez reszty. Członkowie rodzin, partnerzy mieszkający pod jednym dachem przestają być powiernikami małych i wielkich tajemnic; jak minął dzień streszczamy wirtualnym przyjaciołom. Paradoksalnie więc najbliżsi stają się dalecy, wręcz obcy. Tak jak nie uciągnie się czasu, tak i nie uciągnie się serca; najsłodsze i najpiękniejsze słowa trafiają do odbiorców sms-ów i skrzynek mailowych, nawet facebookowych komentarzy. Wchłonięcie przez wirtualia odbywa się całkowicie bezboleśnie, poza bólem gałek ocznych wypatrujących numerka w odebranych wiadomościach. Człowiek ma cały czas złudzenie, że panuje nad sytuacją, że taki niegroźny flirt lub przyjaciel od zbolałego serca niczego nie zmienia w jego prywatnym życiu, ale w tym samym czasie sam partner dziwnie obojętnieje, poza tym sam jest skupiony na swojej komórce i swojej skrzynce odbiorczej, a komunikat „masz nową wiadomość" daje uczucie tak nieporównywalnej ekscytacji. Mijają tygodnie, miesiące, może lata i okazuje się, że zima pod jednym dachem nie chce odejść, że ktoś kiedyś najważniejszy na świecie nic o nas nie wie, nie zna naszych spraw, naszych uczuć. A ten wirtualny? Ma swoje życie, swój dom i odskocznia wirtualna jest jedynie wielkim skokiem w głębinę, bo te realne konfrontacje i weryfikacje znajomości jedynie wirtualnych w większości przypadków kończą się klęską. Szatański internet bezczelnie kpi z ludzkich uczuć i odbiera ludziom ludzkość. W rzeczywistości nasi e-przyjaciele okazują się całkiem innymi osobami, niż wykreowany wizerunek po samo gadu-gadu.
             Brak czasu na własnego partnera, brak czasu na stworzenie wartościowego związku, zbyt miękkie wychowanie i przesadne feministyczne myślenie doprowadziło do ekspansji seksu i zaniku erotyki. Życie seksualne zaczyna się już nie wiadomo w jak wczesnym wieku i traktowane jest jak fizjologiczna oraz społeczna konieczność, zaś erotyka stanie się niedługo pojęciem całkowicie nieznanym. Erotyka to szczeble prowadzące do najpełniejszego spełnienia miłości fizycznej; seks pozbawiony jej przestaje stanowić fundamentalny filar więzi i bliskości między kobietą i mężczyzną. Ale owa erotyka zostaje skutecznie zastępowana wirtualnymi gierkami i umęczenie materiału jak i jego wyczerpanie nie pozwalają na dodatkowy upływ energii; na zaangażowanie, na czas. Prowadzi to do dalszych frustracji, a one z kolei generują następne uzależnienia od wirtualnych znajomości.
              Poza komputerem  istnieje jeszcze świat kolorowych, szeleszczących i plastikowych przedmiotów, których termin przydatności mija niekiedy już w dniu zakupu. Pozornie tanie jednorazowe rzeczy nakręcają bezustanne zakupy i trwonią wszystkie pieniądze, bo kupowanie staje się nawykiem, kupowanie wszystkiego, na co tylko starczy. Chomiczy zew nakazuje gromadzić na zapas, wojenną rezerwę i na wypadek, gdyby się zepsuło, do tego dochodzi oszołomienie marketingowymi chwytami imputującymi okazjonalność do wydawania pieniędzy. Jesteśmy społeczeństwem zmanipulowanym przez reklamy, a z redundacji w ich przesłaniach niewiele potrafimy wyłuskać poza imperatywem kupowania. Papierowy świat tworzy dzień świstaka i z takim samym zapałem człowiek wyrusza do sieciówek na polowanie i wraca z wielkimi torbami upchanymi po brzegi towarami z metkami promocyjnymi lub dwa w cenie jednego; jest zadowolony ze swoich zdolności do robienia interesów, topniejąca gotówka wygląda przy tym jakoś dziwnie blado… Dzień świstaka to nie tylko polowanie na supermarkety, to także dzień wynoszenia gigantycznych worków śmieci. Każdego dnia człowiek stwierdza, że nie potrzebuje kilku kilogramów zalegających jego dom; jego konsumpcja doprowadza do wypełnienia opakowaniami, kartonami, szkłem i plastikiem wielkiego wora przeznaczonego na odpady remontowe. Serwisy upadają; nowe rzeczy kupowane w systemie ratalnym opłacają się bardziej niż naprawa starych i sprowadzanie do nich części.
               Poziom stresu, brak miłości, emocjonalne zimno i strach przed władzą człowieka za rządów którego miało nic nie być, są zaspokajane nadmiernym jedzeniem i staniem przed lodówką niczym Anthony Hopkins  w biograficznym filmie „Hitchcock", piciem, narkotykami jak w „Requiem for a dream". Dostępność do wszystkiego powoduje pochłanianie wszystkiego i u zamożniejszych w zasadzie święta nie różnią się już niczym od dnia codziennego. Ubodzy mają jak w każdych czasach najgorzej, bo ich egzystencja zależy od bogatszych. Człowiek zawsze musi wykorzystać swoją władzę i przewagę, również i materialną, więc chce podporządkować tego człowieka, rozliczać z każdego wydanego grosza i sprawować nad nim pełną kontrolę. Zdaniem bogatego; człowiek biedny nie powinien niczego sobie kupować poza pokarmem dla ubogich i chemią gospodarczą, bo nic mu nie jest potrzebne, bo to przywilej bogatych, bo skoro mógł wycisnąć parę groszy na księgarnię lub piżamę to znaczy, że bez danej kwoty też by przeżył. Bardzo podobne podejście jest do ludzi starych, którym konfiskuje się emeryturę twierdząc „ja wiem najlepiej co ci jest potrzebne", co oznacza w rezultacie reglamentację wiktuałów i charakterystyczny zapach starych ludzi wynikający z niekupowania im odzieży od kilkudziesięciu lat i ograniczenie środków czystości do proszku i taniego mydła.
              Człowieka współczesnego charakteryzuje brawura i poczucie bezkarności. Łapie wszystko co może i korzysta ze wszystkiego, do czego ma dostęp. Brakuje mu poczucia wspólnoty i przynależności do rodziny, którą stanowią nolens volens wszyscy mieszkańcy naszego świata. Jak inaczej można byłoby wytłumaczyć rozmnażanie metodą in vitro, która narusza Naturę, której człowiek nie powinien ważyć się tknąć. Tak jak nie ma prawa do myślenia eutanazyjnego i aborcyjnego, tak i nie może zostać Bogiem rozmnażając ludzi wymyślonym przez siebie sposobem. Jak ludzkość może godzić się na to, by wydawać ogromne pieniądze na zapładnianie in vitro w czasie, gdy na całym świecie umiera z głodu miliony dzieci? Dlaczego ludzie, którzy nie mogą z różnych względów mieć dzieci, nie rozumieją, że taka jest wola Boga, tylko chcą Pana Boga zastąpić? Na świecie musi panować harmonia i równowaga. Nie wszyscy mogą mieć dzieci poczęte drogą naturalną, być może właśnie dlatego, że równolegle znajduje się mnóstwo istnień niechcianych i odrzuconych.  Jesteśmy odpowiedzialni za każde życie utracone, za każdą śmierć, bez znaczenia czy jest wynikiem bezpośredniego działania czy zaniechania. Rozumiem ból i rozpacz małżeństw starających się latami o dziecko, ale widzę w tym również znak od Boga. Uważam, że prawo do adopcji powinno być znacznie łagodniejsze, że miłość domu rodzinnego nie zastąpi najlepszych domów dziecka i że ludzie, którzy pragną stworzyć rodzinę powinni mieć zagwarantowaną taką możliwość. Ta rodzina niekoniecznie musi odpowiadać ustalonym wzorcom i książkowemu modelowi, ale tylu rodzinom naturalnym tak wiele brakuje do owego wzorca, że i tak najważniejszym pozostaje, by dziecko było kochane.  I by nie było krzywdzone, a ponieważ nic nie stawia tak w pionie jak zobowiązania finansowe, więc myślę, że pedofilia wśród księży znacznie spadnie, gdy każda z ofiar przemocy będzie otrzymywała zadośćuczynienie finansowe. Oczywiście, żadna kwota nie wymaże pamięci i nie sprawi, by trauma zmalała, ale naprawdę dosyć już tłumaczeń kościoła, słownego przepraszania, co w praktyce niczego nie zmienia. Tylko pieniądz jest w stanie doprowadzić do właściwych weryfikacji, by sutanna nie stanowiła parawanu chroniącego zboczeńców i doprowadzających prostą drogą do upadku autorytetu kościoła, a tym samym moraliów katolickiego państwa. Testy przesiewowe na kapłana nie mogą dotyczyć tylko wykluczenia celiakii, bo hostia jest pszeniczna, przynajmniej w Polsce. Koniecznym staje się, przy takich rozmiarach zjawiska pedofilii, wprowadzanie jak najwcześniej edukacji seksualnej, adekwatnej do poziomu intelektualnego, psychicznego i biologicznego dziecka przez wykształconych i zaufanych pedagogów, by uchronić potencjalne ofiary. Informacja jest bardzo często niedocenianym skarbem a eskapizm przed uświadomieniem dziecku jego natury nie służy niczemu i nikomu a już na pewno temu dziecku. Sakralizacja w wielu domach katolickich samej osoby księdza powoduje, ze dziecko w swym myśleniu nie oddziela księdza jako mężczyzny w sutannie od kościoła. A jest to znacznie ważniejsza niż korekta uszu pociechy jako prezent komunijny.
           „Wielkie żarcie" czy „Nadprodukcja. Terror konsumpcji" to dwa różne obrazy filmowe, które wydają się najbardziej trafnymi w ujęciu tematu „Człowieka żrącego", ale żrący niekoniecznie oznacza zaspokajanie w nadmiarze potrzeb materialnych, czego jaskrawym codziennym dowodem jest młodzież obowiązkowo poruszająca się po uczelniach z tabletem w ręku. Gadżeciarstwo uzupełniło topos homo viator. Człowiek żrący współczesny to także anorektyk i bulimik, człowiek pochłonięty całkowicie przez swoje uzależnienia. Anorektyk nie przyjmuje pożywienia, ale pożera swoje uzależnienie, które wypełnia jego życie całkowicie, z czasem staje się on niezdolny do normalnego funkcjonowania w rodzinie, środowisku.
            Współczesny człowiek jest naskórkowy i powierzchowny, zarówno w relacjach płytkich zmiażdżonych przez wirtualia jak i w przygotowaniu zawodowym. Liczą się papiery; żrący chce ich mieć jak najwięcej. Żrący lubi chwalić się, że ukończył dziesięć uczelni i ma piętnaście tytułów magistra; w rezultacie żrący nic nie umie i nie jest fachowcem w żadnej dziedzinie. Mając kilkanaście lat rozmawiałam z przedwojenną nauczycielką ze średnim wykształceniem. Zmiotłaby dzisiaj swoją wiedzą młodych magistrów niepotrafiących wyrazić się, siebie i zamknąć myśli w obrębie zdania. Taśmowa produkcja wyższego wykształcenia doprowadziła do zaniku konkretnych zawodów i specjalistów w danej dziedzinie, na których można byłoby polegać. Natomiast niewykwalifikowana kadra niezwiązana z firmami na umowach tzw. śmieciowych nie jest kompletnie zainteresowana pogłębianiem wiedzy. Może pojawi się marszand handlujący dziełami sztuki, jakimi będą prawdziwi fachowcy i będący mecenasem szewców, krawcowych, nauczycieli i pisarzy? Pisarz w dzisiejszych czasach oznacza osobę, która opanowała klawiaturę w stopniu umożliwiającym jej zapełnianie kartki poszczególnymi słowami, niekoniecznie stanowiącymi jakąś treść. Priorytetem takiego pisarza jest wydanie jak największej liczby książek. Jeden tom Norwida „Vade-mecum" nie daje takiemu pisarzowi nic do myślenia, bo jest żrący i ma sposobność wydania 40-stu bez szans na etykietę parnasisty, ale na Parnas mu nie po drodze. To dla niego bez znaczenia jakiegokolwiek, że 38 z tych 40 tytułów jest całkowicie zbędnych a dwa mało przydatne lub mało wnoszące, jest pisarzem żrącym. Jeśli jest do tego nachalny to zakłada na facebooku stronę z tytułem swojej nikomu niepotrzebnej książki i przesyła codziennie namolną prośbę o polubienie owej strony. Chwytem poniżej pasa jest błaganie pisarza o zakup jego książki i warunkowanie jego obiadu lub opłacenia czynszu od mojego ewentualnego zakupu. To niestety jest już fakt, tak się dzieje i głodujący artysta ma stać się argumentem-gwoździem do zakupu książki za kilkadziesiąt dolarów. Jeżeli jako friend fejsowy tego nie czynię to przyczyniam się do nędzy i biedy owego pisarza. A w realu? W realu jesteśmy strzeżeni przez niskich i chudych policjantów ukrywających swe cherlawe ciałka w gigantycznych mundurach w czapkach opadających na oczy… Kiedy już nie starcza nerwów na ten wielki światowy kryzys idziemy do apteki po suplementy, którymi pomału staje się już prawie wszystko, co jeszcze nie tak dawno wymagało bezwzględnie recepty wystawionej przez lekarza specjalistę. W jednej z wielu rozmnożonych aptek - konkurującej jedynie z bankami w kolejności pojawiania się jak grzyby po deszczu - można samemu leczyć się już na większość chorób z większym portfelem oczywiście, a potem jedna z wielu wróżek dyżurująca w telewizji oczyści naszą aurę z resztek naszych pieniędzy i postawi za kilkadziesiąt złotych tarota, który przepowie nam, gdzie spotkamy tajemniczego bruneta wieczorową porą. Uwaga! Brunet może być żrący.
                            

    Również tego autora