Joanna Krupińska-Trzebiatowska - NOC PRZEZNACZENIA

O świcie obudził mnie glos muezina
Słońce wstało nad Topcapi
Po pałacu wciąż snują się udręczone dusze
Choć dawno harem opustoszał

Przede mną Błękitny Meczet Sułtana Ahmeda
Strzeliste wieże minaretów dotykają nieba
Jak gdyby rzucały Bogu wyzwanie
Jak gdyby pytały Allaha o prawo do świętej wojny
Dżihad

W południe znowu słyszę głos muezina
Budzę się przy mauzoleum Mumtaz Mahal
Gdzie Ustad Isa – oślepiony by nie stworzył
budowli piękniejszej aniżeli w Tażmahal –
Wciąż recytuje wersety Koranu

Ukochana Szahdżahana śni wieczyście
Pod kopułami z białego marmuru
Echem powraca głos Wybranki Haremu
Pieśń umierania i słowa skargi
I tylko wiatr tańczący po sułtańskich ogrodach
Przypomina że była kobietą szczęśliwą 
Gdy w lustrze Jamuny księżyc ją całował

I wtedy Miły zadaję pytanie
Dlaczego miłość dozgonna  nam nie była pisana
A twoje żywe serce pozostało martwe
Czy tam na granicy światów zatraciłam siebie
Bo ujrzałam zniewolone kobiety
Błądzące po niebie w burkach

Dzisiaj kiedy wszechświat mam niemal na dłoni
Posłaniec światła przenosi mnie w przeszłość
W jaskini na wzgórzu Al-Hira na próżno wypatruję znaków
Pozostawionych przez Boga
Czy choćby tylko śladów stóp proroka
Pod wieżą śmierci zakwefione twarze oczy pełne lęku

O zmierzchu z równowagi wytrąca mnie głos muezina
A nocą wyrywa ze snu Archanioł Gabriel
Nie słychać szumu anielskich skrzydeł
A tylko aje Otwierającej sury
Lecz kiedy spoglądam w górę
Po niebie ciągną pełne aniołów rydwany
Cherubiny i Serafiny
I Aldaiah z Piątką Buław w dłoni
Anioł lekarz sprawia że wiedziona tęsknotą
Wracam do Buchary
Do miejsc w których jastrząb podniebnych lotów
Kurczowo trzymał mnie za rękę
Szaloną blondynkę w bladoróżowej sukience
Przypominającą nieświadomego sensu bytu motyla

Piaskowa burza nadciąga znad Kara-kum
Czarne piaski zasypują drogi zacierają ślady
Wieczorem znowu słyszę głos muezina
Gwiazdy zapalają się nad Istambułem
Miastem usypianym przez fale Bosforu
Skąd ze słowami Koranu na ustach
Armia szalonych wojowników wyrusza na wojnę
Dżihad

Kościół Bożej Mądrości
Wyrósł na skraju cywilizowanego świata
Świątynia godna Salomona
Lecz Hagia Sophia milczała kiedy na wschód
Ciągnęły krucjaty w obronie grobu Chrystusa
Z prawem do zabijania     

Przede mną rzeki Babilonu
Świat mam w źrenicy oka 
Postrzegam oczami duszy
Czuję że osuwa się w przepaść
Nadciąga dzień Apokalipsy
Biblijny potop

Mihrab pośrodku ściany kibli
Prowadzi w inny wymiar
Daleko stąd do Mekki
Daleko do Medyny
Budzi się Bestia o siedmiu głowach
Giną Męczennicy na wszystkich frontach
Europy i Ameryki

Porwanym ścina się głowy
I podrzyna gardła w imię Allaha
Którego cień wykreował Dżihad

***
Odjeżdża z tego świata pociąg widm do nikąd
Na czarno ubrana dama w pięknym kapeluszu
Złotoruda blondynka z różową parasolką
Jak gdyby wprost wyjęta z obrazu Rubensa
Stukot kół miarowo odmierza rytm serca

Czarna dama psa kurczowo trzyma na kolanach
Gdyż ten niezbyt chętnie udaje się w podróż
Dziewczyna łzy ociera ukradkiem
I z żalem wygląda przez okno

Naprzeciw pań panowie
Przystojni trzeba powiedzieć
Brunet z wąsikiem jak u Reta Butlera wytworny wyjątkowo
Kłębuszki dymu z fajki wypuszcza do góry
I arcyponętne ciało blondynki taksuje oczami

Szpakowaty mężczyzna nie zaznał miłości
Podąża pociągiem patrząc bez cienia zazdrości na tłum na peronie
Wysiadłby gdyby istniał choć jeden powód aby go zatrzymać
Czyjś nieśmiały uśmiech obiecujące spojrzenie
Za którym kryłaby się droga do ziemskiego raju

Widmowy konduktor przemierza wagony
Bilety proszę do kontroli
Bilet tylko w jedna stronę trzymam w dłoni
I mówię że nie zamierzam wracać
Miarowy stukot kół po szynach rychło mnie usypia

*** 
Uderzeniem w struny można poruszyć skały
Wydobyć echo nagich turni
Śpiew ptaków o poranku
I niemą ciszę zachodu
Kiedy zmęczony dniem świat zwolna zapada w sen

A nocą kiedy na niebie zapala się miliard gwiazd
Wydobyć akordy dochodzące z najdalszych galaktyk
Rytm księżycowego serca i oddech wszechświata
Harmonię kosmicznych sfer
Oktagonalny puls stwórcy

Twe palce pędzą przez klawiaturę niczym
Oszalałe konie z rozwianą grzywą przez stepy Ukrainy
Przynosząc dawno zapomniane obrazy leniwie płynących rzek
I rozległych pól Zaporoża
Coraz to nowe akordy przywołują nostalgiczne płakanie Chopina
Pohukiwanie sowy wpatrującej się w nasze okno w zadziwieniu
Sowa ptak Odyna nie bez powodu spędza tu całe noce
Dzieląc się z nami mądrością

Kiedy grasz po niebie płyną uskrzydlone pegazy
A z ich skrzydeł opada złoty pył na nasz dach
Konie w szalonym galopie zamieniają się w stada obłoków
Lecz ciągle  słychać tętent ich kopyt
Miarowy stukot kół pociągu pędzącego po nieboskłonie
Do nikąd
Szmer wody w górskim potoku
I ciche fontanny szemranie o marzeń naszych niespełnieniu   
Jest także pełna patosu  Symfonia Bramsa
W której chyba sam Bóg szukał dla siebie natchnienia
Preludium i Fuga Bacha dla uspokojenia roztańczonego umysłu
No i oczywiście Beethoven schodzący z postumentu
A dla lepszego zrozumienia świata Sonata Mozarta

Nasz dom w którym często brakuje chleba
Wypełnia muzyka od piwnic aż po sam dach
Lecz nie wiem jak i komu za to dziękować,
Aniołom którzy odczytali moje najskrytsze pragnienia
Więc graj mi proszę w każdej wieczoru godzinie
I tej ostatniej kiedy odpływając zapadać będę w sen

/ Mojej córce Izabeli /