Jan Burakowski - Piekielne katusze Adolfa Hitlera, czyli genotyp

Jeżeli istnieje życie pozagrobowe w tradycyjnej wersji chrześcijańskiej i jeżeli Adolf Hitler cierpi męki piekielne za swoje zbrodnie, to niewątpliwie najcięższe katusze sprawia mu obserwacja z zaświatów rzeczywistości demograficznej współczesnych Niemiec. - Przecież głównym celem działań nazistów było wykreowanie narodu panów władającego Europą z przyległościami. Naród ten, niemiecki, mieli tworzyć przedstawiciele najbardziej rozwiniętej, według Adolfa Hitlera i Alfreda Rosenberga, populacji homo sapiens - nordyckiej gałęzi Indoeuropejczyków. Tymczasem rezultaty II wojny światowej przyniosły skutki dokładnie odwrotne od celów nazistów. Dziś Niemcy są najbardziej wymieszanym genetycznie narodem Europy. Prawdopodobnie dzieci rodzące się obecnie między Renem a Odrą tylko w niespełna połowie mają "krew" statystycznego Niemca z 1939 r.
Hojny genetyczny dar wnieśli żołnierze wojsk okupacyjnych. Spłodzili oni z niemieckimi kobietami ogromną ilość dzieci - na pewno co najmniej milion, ale może dwukrotnie więcej. Bardzo wiele mówi się i pisze u nas o masowym gwałceniu kobiet niemieckich przez czerwonoarmistów, zapominając - bo tak każe aktualna poprawność polityczna - że gwałcili żołnierze wszystkich armii okupujących Niemcy. W rezultacie gwałtów, a także kupowania seksu za bochenek chleba, puszkę konserw, pończochy lub "opiekę" rodziło się mnóstwo dzieci. Tylko w amerykańskiej strefie okupacyjnej zarejestrowano oficjalnie ponad 100 tys. "wojennych dzieci". Pewnie znacznie więcej było dzieci niezgłoszonych lub zarejestrowanych, jako potomkowie Niemców, chociaż spłodzili je Amerykanie.
Niemcy 1945 roku były państwem bez mężczyzn młodych i w średnim wieku. Łącznie do Wehrmachtu w czasie wojny powołano 17 milionów mężczyzn, tylko w roku 1943 w armii było jednocześnie 11 milionów. Około 9 milionów żołnierzy Wehrmachtu poległo na frontach lub pracowało wiele lat jako jeńcy w fabrykach i kopalniach ZSRR, Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii. Ich rolę prokreacyjną musieli przejąć inni. Żołnierze armii okupacyjnej nie byli pierwszymi. W czasie wojny w Niemczech pracowało kilka milionów robotników przymusowych i jeńców wojennych. Po wojnie kilkaset tysięcy z nich pozostało w Niemczech - część z przyczyn politycznych, ale nie wszyscy. Niektórzy z nich, szczególnie zatrudnieni w gospodarstwach rolnych i niewielkich warsztatach, już w czasie wojny zaczęli "wrastać" w Niemcy. Przejęli funkcje poległych na frontach lub jeszcze walczących Niemców tak w prowadzeniu gospodarstw, jak i dzieleniu łoża z tęskniącymi za mężczyznami niemieckimi kobietami. Już w czasie wojny ze związków tych urodziło się mnóstwo dzieci, w większości zarejestrowanych, jako dzieci Wehrmachtowców. Po wojnie znaczna część tych wojennych małżeństw zarejestrowano, doszło do nich wiele dalszych. To ogromny wkład krwi słowiańskiej w niemiecki genotyp, bo większość pozostałych w Niemczech robotników przymusowych lub jeńców to Polacy i byli obywatele ZSRR bojący się wrócić do ojczyzny (traktowano ich jak zdrajców).
Marszałek Związku Radzieckiego, Wiktor Kulikow, stał w połowie lat 70. na trybunie i podziwiał defiladę oddziałów armii NRD: "Wspaniale prezentują się ci Niemcy!" - zauważył oficer stojący przy nim. Kulikow uśmiechnął się: "Tak, wspaniale...tylko jacy to Niemcy - to przecież chłopcy urodzeni w latach 40., nasza krew".
W mieszanie genów już w czasie wojny wnieśli swój wkład także... sami naziści. Zrabowali oni ok. 400 tys. dzieci o cechach "aryjskich" na zniemczenie - głównie w Polsce, Francji i na okupowanych terenach ZSRR. Ślady pochodzenia tych dzieci starannie zacierano, więc po wojnie do macierzystych krajów i rodzin wróciła niespełna 1/4. Pozostałe 300 tys. bardzo udanych dzieci (bo tylko takie kwalifikowano do zniemczenia) i ich potomkowie to dziś, szacuje się, około 3 mln obywateli Niemiec i Austrii.
Wskazane wyżej potoki obcych genów związane bezpośrednio ze skutkami wojny, to tylko odcinek źródłowy potężnej rzeki "obcej krwi" wlewającej się nieprzerwanie od 70 lat w organizm narodu niemieckiego. Nurt tej rzeki zasilają do dziś coraz to nowe potężne dopływy.
Pierwszy to przesiedleńcy z Europy Środkowej i Wschodniej, mniej lub więcej dobrowolni, narodowości niemieckiej, napływający do Vaterlandu po 1945 r. Ojczyzna przyjmowała ich z otwartymi ramionami. Nie tylko z sentymentu - to przecież także ręce robocze, a szybko od końca lat 50. rozwijające się Niemcy potrzebowały ich mnóstwo. Ci "staro-nowi" Niemcy z Polski, Rumunii, Jugosławii, Węgier, ZSRR, poza autentycznym, mniej lub więcej głębokim poczuciem przynależności do wspólnoty niemieckiej przywieźli wraz z sobą sporo genów słowiańskich czy bałkańskich. Mnóstwo było bowiem małżeństw mieszanych, a często w przyjeżdżającej rodzinie tylko jedno z dziadków miało korzenie niemieckie. Po rozpadzie ZSRR z jego terytorium trafiły do Niemiec dalsze setki tysiecy Niemców a także setki tysięcy Żydów. Byli to Niemcy i Żydzi bardzo różni, obok Niemców o korzeniach wyłącznie niemieckich i ortodoksyjnych Hasydów, ludzie do głębi zeslawizowani, ateiści ukształtowani w kręgu kultury rosyjskiej. I w tej grupie wiele było małżeństw mieszanych czy też "Żydów", którzy swoją przynależność do narodu wybranego kupili za pieniądze (fałszywe dokumenty, obrzezanie). Stąd tak dużo w Izraelu, USA i Niemczech piękności żydowskich o niebieskich oczach i blond włosach. Przesiedleńcy żydowscy z ZSRR tylko w części osiedlili się w Izraelu, znaczna część trafiła do bogatych krajów zachodnich, w tym Niemiec. W rezultacie dziś diaspora żydowska w Niemczech jest niewiele mniejsza niż w r. 1933. Znacząca liczba Żydów (a ściślej ludzi o żydowskich korzeniach) odgrywa wielką rolę w niemieckiej gospodarce, polityce, nauce i środkach masowego przekazu (większą prawdopodobnie, niż w Republice Weimarskiej, co tak niegdyś oburzało nazistów).
Gospodarka niemiecka to potężna pompa ssąca przyciągająca Gastarbeiterów. Wyżej wymienione źródła dopływu siły roboczej nie zaspokajały jej potrzeb. Od końca lat 50. do Niemiec ciągnęły więc miliony ludzi niemogących znaleźć zatrudnienia w swych ojczyznach. Początkowo byli to migranci z państw południowoeuropejskich - Włoch, Portugalii, Hiszpanii, Jugosławii. Nieco później ogromna fala Gastarbeiterów zaczęła napływać z Turcji - dziś to oni wśród imigrantów dominują. Po rozpadzie wspólnoty państw socjalistycznych, na zachód runęła następna wysoka fala migrantów, w tym najwięcej z Polski (kraj najludniejszy i mający najbardziej zdewastowaną gospodarkę).
Znaczna część migrantów wszelkiego rodzaju stara się osiedlić w Niemczech na stałe, wielu otrzymało już obywatelstwo niemieckie. Najszybciej asymilują się przybysze z krajów środkowoeuropejskich i południa Europy, wolniej postępuje wtapianie się w społeczeństwo niemieckie przybyszów z Turcji i innych krajów islamskich oraz Romów. Ale to tylko wolniejszy proces - dziś już wśród niemieckich przemysłowców, artystów, polityków sporo jest "Turków". Bywało też, że na tronie najpiękniejszej Niemki po Irance zasiadała Turczynka.
Wzbogaceniu genotypu niemieckiego sprzyja nie tylko ciągły, nieprzerwany od II wojny światowej napływ migrantów. Sprzyjają także inne procesy demograficzne, a także ustawodawstwo niemieckie. W rodzinach migrantów rodzi się na ogół znacznie więcej dzieci, niż w rodzinach o korzeniach niemieckich. Ustawodawstwo niemieckie automatycznie przyznaje obywatelstwo wszystkim dzieciom urodzonym w Niemczech (także z rodzin niemających obywatelstwa niemieckiego, ale mieszkających w Niemczech dłużej niż 8 lat).
W rezultacie tych wszystkich procesów obecna ludność Niemiec to rzadko spotykana w świecie mieszanka genów wielu narodów, głównie europejskich, ale i dalszych. W niektórych wielkich miastach zachodnich i południowych Niemiec, a także głównych ośrodkach przemysłowych, populacje imigranckie i ich potomkowie, często już w trzecim pokoleniu, to blisko połowa ogółu mieszkańców. Bardziej "niemiecka" jest ludność terenów wiejskich i byłej NRD, ale i tu dotarło wielu migrantów. W północnych Niemczech przyjmuje się ich niezbyt chętnie (dotyczy to poza terenami byłej NRD m.in. Schleswig-Holsteinu). Po II wojnie światowej kierunki migracji na terenie Niemiec uległy zwrotowi o 180° w stosunku do odwiecznej tradycji. Uprzednio przez 1000 lat, aż do początku XX wieku, to z Niemiec wychodziły tabory ubogich wychodźców szukających lepszego życia - najpierw we Wschodniej Europie, a później w krajach zamorskich. Teraz trwa proces odwrotny o potężnej dynamice.
Fakt dziwny - ale tylko na pozór. To tak zróżnicowane pochodzeniem narodowym, macierzystymi językami, religiami - a często i kolorem skóry - społeczeństwo jest nad podziw zwarte. Minęło "tylko" 70 lat od końca wojny, która skrajnie podzieliła narody Europy, a tu nikt nie chce o tym pamiętać, każdy chce być demokratycznym, zamożnym Niemcem. W osiedlach mieszkaniowych, klasach szkolnych przebywają obok siebie, zgodnie i przyjaźnie dzieci i wnuki SS-manów i antyfaszystów, powstańców warszawskich i banderowców z Wołynia, Turków i Greków. Czasem tylko ktoś odkryje przypadkiem, że jest potomkiem rosyjskiego zniemczonego dziecka lub kata z Oświęcimia, dziecka cudem ocalałego z getta żydowskiego, czy też żołnierza komanda śmierci. Te rodzinne rewelacje nie budzą na ogół szerszych emocji w środowisku. To ciekawostki dla mediów na dzień czy dwa, kwitowane westchnieniem ulgi: "To były straszne czasy, dobrze, że teraz jest całkiem inaczej".
Przyczyny tej zadziwiająco szybkiej asymilacji w Niemczech "wszystkich ze wszystkimi", to rezultat dobrobytu oraz zalet cywilizacji i obyczajów niemieckich zawsze tyleż denerwujących, co fascynujących ich sąsiadów - szczególnie ze Wschodu. To także niewątpliwie rezultat skrupulatnie dziś w Niemczech przestrzeganych zasad tolerancji dla mniejszości. Czy ten proces będzie trwał długo? Być może aż do czasu względnego wyrównania poziomu gospodarczego i cywilizacyjnego różnych regionów Europy. Być może... Bo może też skończyć się nagle w przypadku wojny lub katastrofy ekonomicznej w Europie.