Marek Jastrząb - George Orwell: akomodowanie pamięci

Wygodnym przywilejem schyłkowego wieku jest szukanie dziur w całym; niekiedy bywam jak inżynier Mamoń z filmowego Rejsu: wtykam nostalgiczny nos w to tylko, co przykleiło mi się do wspomnień. Lubię konfrontować dzieła. Zderzać pachnące dobrym stylem, z utworami oderwanymi od dzisiejszości. Sięgam wówczas do lektur pożeranych za młodu, a za towarzyszkę mam Panią Złość. Toteż ze względu na niedostatek kronikarzy teraźniejszości, zabrałem się za ponowne czytanie powieści Orwella. Za powtórne ujrzenie jego cmentarnych wizji nadchodzących lat.
Ciekawe są to bowiem utwory i to z wielu powodów. Pierwszym jest fakt, że opisywane przez niego tematy, ilustrują wydarzenia z naszego tu i teraz. Drugim, że wkrótce spostrzeżemy się, iż przyjdzie nam zapłacić za manipulowanie Historią.
Począłem więc studiować mechanizmy tychże procesów. Zająłem się przyczynami upiększania dziejów, ich gorliwym dostosowywaniem do bieżących wydarzeń, ich pracowitym przeinaczaniem, modyfikowaniem, poprawianiem i zamazywaniem. A także – zastępowaniem ich falsyfikatami, namiastkami.
W satyryczno-groteskowym utworze, Folwarku zwierzęcym (napisanym w roku 1945) zjawiska te zostały zaledwie naszkicowane, by dopiero w powieści  antyutopia Rok 1984 – uzyskać pełen kształt. Ale choć jego myśli zostały rozwinięte do granic przerażającego absurdu, nie są przecież odbierane tak, jak zostały napisane: nie są ostrzeżeniem, krzykiem protestu czy oburzenia. Przeciwnie: staramy się upchnąć jego profetyczne dzieła do rozrywkowych przegródek z tak zwaną nieszkodliwą fikcją. Wetknąć je pomiędzy bajki. Podziwiając wyobraźnię, za nic mając przesłanie. Mimo to orwellowskie słowa przebiły się do masowej świadomości i wchodząc do repertuaru popularnych powiedzeń, stały się cytatami. Równi i równiejsi, Wielki Brat, dwie minuty nienawiści, nowomowa, dwójmyślenie, to zaledwie kilka z nich.
W tym miejscu pozwolę sobie na pozorny odskok od tematu niniejszego wypracowania. Otóż od jakiegoś czasu męczy mnie pytanie: po jakiego grzyba pisarz pisze? Pytanie to jednak męczy mnie krótko, gdyż odpowiadam sobie:  pisarz pisze, bo ma coś do powiedzenia. Chciałby trafić do odbiorcy, który potraktuje go poważnie i przejmie się jego słowami. I tak samo z czytelnikiem: czyta, bo ma do spożycia tekst.  Tyle, że tekst pisarza trafia nie do niego, a w rozbełkotaną i bez wnioskową próżnię.
Po tym wtręcie wracam do Orwella. Urodził się w 1903 roku, a umarł w 1950. Był też publicystą. Po rezygnacji ze służby (1922–27) w brytyjskiej policji imperialnej w Birmie, podjął działalność pisarską w Paryżu i Londynie. W latach 1936–37 uczestniczył w wojnie domowej w Hiszpanii w szeregach anarchistów. W czasie II wojny światowej był korespondentem BBC; te doświadczenia uczyniły z Orwella pisarza politycznego o przekonaniach demokratyczno-socjalistycznych, przeciwnika wszelkiego totalitaryzmu, zwłaszcza komunistycznego w stalinowskim wydaniu.
Jak wielkim był przeciwnikiem, widać choćby po kłopotach z publikacją Roku 1984. Książka mogła się ukazać dopiero  w 1949 roku, zatem ominęła go dzisiejsza sława. Czy mogła ukazać się wcześniej? Jak najbardziej nie! Nie, gdyż w owym czasie nie było odpowiedniego klimatu: obłudna Wielka Brytania i zaślepione Stany Zjednoczone wolały nie denerwować Wujaszka Joe. Jakkolwiek wiedziały  o obozach przymusowej pracy w Związku Radzieckim. Nie mówiąc o Katyniu. Wniosek? Lepiej robić interesy, niż drzeć koty. Lepiej żyć w podnóżkowej  pozycji, niż przeciwstawić się złu. Bo gdy zło jest silniejsze od dobra, trzeba mu ulec, trzeba pogodzić się z bezczelną arogancją i wyprzeć się własnych ideałów.
Tego nas nauczyli politycy. I uczą nas nadal. To oni zalegalizowali nowe rozumienie reguł rządzących światem. To dzięki nim jesteśmy niefrasobliwym stadem idącym do rzeźni. Dyskretnie sterowani,  wyzuci z honoru, patrioci nowej generacji, solidni dla hecy, radośnie zmierzamy na szafot. Zawzięcie czapkując, fanatycznie i na ugiętych kolanach śpiewając - w błagalnym chórze – tryumfalną pieśń ułożoną przez dzicz. Takie mieliśmy ogłupiające początki dzisiejszych obyczajów, a doprowadzili do tego politycy. Przerobili nas na bezwolną mielonkę z człowieczeństwa.
Daliśmy się ponieść mirażom. Wcześniej, jak u Orwella, zajęli się religią i przekształcili ją w śmiech; dowiedli, że Władza jest nieśmiertelna, a Bóg nie. Władza ustanawia i obala, co chce, tworząc świeckie zakrystie; jest wszechmocna i co powie, tego nie ma naprawdę, lecz istnieje na niby.
Tego nas nauczyła. Politycy usankcjonowali nowe rozumienie reguł rządzących światem. Hipokryzja jest w krainach opisywanych przez Orwella produkowana na skalę masową. W wyniku wojny atomowej dotychczasowe państwa podzieliły się na trzy strefy wpływów. Jedna, to Oceania, druga – Wschódazja, trzecia zwana jest Eurazją.  W Oceanii, gdzie rozgrywa się akcja antyutopijnej powieści, od niepamiętnych czasów toczone są boje. Od niepamiętnych, rozumieć należy dosłownie, ponieważ nikt już nie pamięta, kiedy się one zaczęły, dlaczego je wszczęto i o co się walczy; władza zadbała o to, by nic nie wiedziano o przeszłości.
Obowiązuje hic et nunc: przeszłość jest zakazana. Specjalne ekipy czyścicieli wydarzeń trudzą się nad jej zamazywaniem. Naginaniem faktów do zaistniałych sytuacji. Na froncie, w gospodarce. Przy czym powiedzieć wypada, że pomiędzy tymi trzema obszarami nie ma różnic ideologicznych: wszystkie klepią biedę. Jednak nie każdy, bo ludzie należący do władzy mają się niezgorzej: prowadzą żywot względnie dostatni. Reszta, czyli proletariat (w nowomowie zwany prolami) zajmuje się podrzędną pracą i jest pogrążona w społecznej stagnacji. Niewykształceni, apatyczni, prymitywni, odarci ze złudzeń, zainteresowań i marzeń, wegetują z dnia na dzień. Lecz sęk w tym, że ludzi ścisłej władzy jest niewiele ponad dwa procenty.
„Archipelag GUŁag"
W imię przeżycia, człowiek godzi się na rozkład moralny. Od chwili pierwszego zatrzymania, poprzez oskarżenie, wyrok i chwilową wolność, los człowieka jest przesądzony. Autor, jeden z łagrowiczów, poznał życie od upodlonej strony, razem z innymi skazańcami doświadczył głodu i morderczej pracy, wspólnie z pozostałymi wegetował pod presją, w stanie ciągłego zagrożenia, w atmosferze codziennych obaw o dalsze istnienie, jego książka była więc niczym kij wsadzony w mrowisko: poruszała bowiem temat trudny dla żyjących.
Twierdzi, że nic nie zależy od jednostki, a prawo, to cicha zgoda na bezprawie, bo nawet umorzenie kary i rehabilitacja nie stanowią gwarancji całkowitego uwolnienia. I o tym jest jego dzieło. Ale książki tej nie da rady czytać ciurkiem; trzeba - z przerwami, we fragmentach.
Często zabierałem się za jej lekturę i porzucałem ją wielokroć, bo nie byłem w stanie wchłonąć tak dużej dawki posępnych refleksji. Lecz powracałem, odnajdując w niej tyle nagromadzonych niepokojów, dusznej atmosfery, mentalnych absurdów i kafkowskiego nastroju bezsilności, iż po przeczytaniu wszystkich rozdziałów nie mogłem oprzeć się myśli, że powinna wejść do lektur obowiązkowych.
Podobnie jak Orwell, uważa, iż takie cechy, jak chwiejny charakter ludzi i chęć przeżycia ZA WSZELKĄ CENĘ, sprzyjają systemowi ideologicznej degeneracji społeczeństw. W ten proceder zaangażowany jest cały partyjny aparat zmierzający do tego, by kosztem denuncjacji, a nawet wyparcia się własnej rodziny, osiągnąć cel: skłócić naród i zmusić go do wzajemnej podejrzliwości, do wysuwania nieprawdziwych zarzutów pod adresem sąsiadów czy współtowarzyszy tragedii.
Jak Winston, orwellowski bohater Roku 1984, pisze, notuje, zbiera materiały, pragnie zostawić ślad. Nie po sobie, ale po czasach, których był świadkiem. Chce przekazać przyszłym żywym pieśń zabitych: przemawia w zastępstwie tych, co przedwcześnie zmarli nie wydawszy głosu, w imieniu zakatowanych, rozstrzelanych i skazanych na bojaźliwą wegetację, a przytaczając ich losy, ocalając je z otchłannej niepamięci, pisze z doskoku, wyrywkami, od okazji do okazji, po kryjomu, w nerwowym oczekiwaniu rewizji.
Mówi o totalitaryzmie, katordze i największym, bo półtoramiesięcznym powstaniu więźniów zakończonym ich zabiciem (700 osób). W ten sposób tworzy obraz sowieckiego zbydlęcenia.
Twórca tej kroniki pisanej emocjonalnym, pasjonackim piórem, kalejdoskopu wydarzeń, z których można się wiele dowiedzieć o ludzkich przywarach, rejestruje fakty poddając je drobiazgowej analizie. Przedstawia wszechstronne, dogłębne i profesjonalne metody niszczenia ludzi. Ilustruje pokrętne ścieżki chorych sposobów myślenia. Wwierca się w każdy zrelacjonowany i udokumentowany fakt.
Pisze o ubezwłasnowolnieniu i zaciekłej ingerencji jednego człowieka w życie mas. O mechanizmach totalitarnej władzy i przesiedlaniu całych narodów. Opisuje proces zamiany normalnych ludzi w stadną dzicz przyuczoną do przejawiania nieufności, w pobekującą gromadę pokornych owiec wyszkolonych do życia w bojaźni. Jeden człowiek, to Józef Stalin, Ksenofobiczny Hurtownik Zagłady i Rzeźnik Narodów.
Znamię skazanego determinuje postępowanie. Wypalone nie na ciele, a na psychice, sprawia, że znajduje się w stanie ciągłej rejterady. Gdy ucieka z katorgi, paraliżuje go strach. Przed denuncjatorami z obozu i miejsc poza nim, przed niełaskawą, drapieżną, śnieżną lub stepową przyrodą, bezkresną głuszą pustynnych przestrzeni, przed chętnie omijanymi, niegościnnymi siołami.
Sołżenicyn poświęca wiele rozdziałów zbiegom z obozu. Przedstawiony przez niego świat niewolnika, to nieprzerwanie mroczna, wroga, najeżona przeszkodami kraina grozy. Pokonać ją mogą wyłącznie silni, sprytni i zapobiegliwi. Słabi i wycieńczeni przez głód, nie mają szans.
Jego tekst jest stylistycznie nierówny, poszarpany, nerwowy. Pełno w nim powtórzeń i emfazy, nie ma w tym jednak niczego dziwnego, ponieważ ogromne to dzieło tworzone było w warunkach niesprzyjających precyzji, napisał je rozdyszanym piórem, jak się wyraził.
Powstawało w narzuconej atmosferze pośpiechu, w świadomości, że każdy moment pisania może być przerwany i zaowocować – raptownym nieukończeniem dzieła. Lecz ta stylistyczna nerwowość zapisu nie jest wadą książki, ale jej ZALETĄ: świadectwem czasu tworzenia.
Przytacza wypowiedzi naocznych obserwatorów tamtych wydarzeń. Mówi, że despota nie był sam, miał przecież do dyspozycji wielką i usłużną armię wykonawców zbrodniczych poleceń, służbiste, nadgorliwe zaplecze złożone z fanatycznych pomagierów. Prymitywną i zaślepioną czeredę partyjnych lokai, ludzi, którzy pewnego dnia też utracili swoje lukratywne pozycje i w efekcie złośliwego kaprysu wodza, podejrzani o cokolwiek, zostali zdegradowani, zastąpieni przez lepszych bandytów, a zasilając gigantyczne szeregi więźniów, stawali się częścią planu zagłady.
Aleksander Sołżenicyn zastanawia się nad przyczynami tego stanu rzeczy, a oskarżając narzucony system polityczny, otwiera nam oczy i każe patrzeć na rzeczywistość przez pryzmat więźnia. Stwierdza, że nawet uwolnienie stanowiło fikcję i nie było gwarancją wolności: swoboda była zaledwie okresem przejściowym, fantomem, kolejnym etapem naiwnych mamideł i egzystencjalnych dylematów. Dożywotnim znamieniem, trwałym urazem i niezabliźnioną raną. Kto posiadał taki stempel, te nie miał żadnych praw. Na przykład do zamieszkania poza wyznaczonym rejonem. Do pracy zgodnej z wyuczonym zawodem. Do życia niesprzecznego z ambicjami.
Kto zażył rozkoszy bycia aresztowanym i skazanym na odsiadkę, ten po kres swoich dni z lękiem oglądał się na boki, a spodziewając się od losu tylko niesprawiedliwości i braku szczęścia – trwożliwie patrzył w niepewne jutro. Uwolnienie było więc dla niego zaledwie przedłużeniem kary i namiastką swobody. Powiada, że kto był katorżnikiem, ma na czole i w duszy wypalone, dożywotnie piętno człowieka winnego bez powodu. Pieczęć nazywaną uczenie – syndromem obozowym.
Kisiel: jedyny taki weredyk
Pisać o pisarzu, to syzyfowe zadanie. Z reguły niewdzięczne, bo - stronnicze. Tym bardziej o nim. O człowieku, który przez długie okresy życia ma zakaz publikowania swoich utworów literackich i kompozycji muzycznych, nad którym ciąży klątwa wzmożonej cenzury.
Truizmem jest powiedzenie, że co pisarz, to osobowość; niekiedy silna, niekiedy nie. Są niezłomni, dysponujący odwagą cywilną, mający ugruntowane zapatrywania i są ugodowcy, zamulacze, i wsteczniacy posiadający paskudnie tępe przekonania, poglądy uzależnione od wiaterków historii. Stefan Kisielewski należy do bezkompromisowych i całym sobą płaci za to wysoką cenę.
Nie tak dawno radiowa Dwójka zaprezentowała jedną z jego pięciu powieści (Widziane z góry). Nadano ją w wyśmienitej interpretacji Jerzego Stuhra. Podzielona na 49 odcinków, stanowi ucztę dla znękanych uszu. Jednak słuchając jej, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że została stworzona w innym rytmie niż dzienniki, w odcieniach nie tak nerwowych i radykalnych, a bardziej kontemplacyjnych. Autor zdaje sobie sprawę: fabułą nie rządzi pośpiech, a o formie decyduje treść.
Co innego dziennik, emocjonalny, skrótowy zapis faktów i spostrzeżeń sporządzonych pod presją chwili, na gorąco, podczas codziennego użerania się z partyjnymi matołami i przymusowych randek z cenzurą, a co innego powieść, gdzie można pozwolić sobie na szerszy oddech, głębsze zastanowienie, opisowy malunek pejzażu, psychologiczny portret, rozbudowę atmosfery; publicystyka, to streszczenie, romans, to rozwinięcie.
Ale woli uprawiać publicystykę. W niej, a zwłaszcza w politycznych felietonach dopatruje się dobrych stron swojego pisania. W niej dostrzega sens. Jednak wie, że sens uprawiania publicystyki jest wtedy, gdy ma ona odbiorcę i autor może liczyć na rezonans. A od czasu nazwania gomułkowskiej ekipy dyktaturą ciemniaków, niszczono go prasowym milczeniem. Początkowo cenzurowały go partyjne myszołowy, w późniejszym okresie do stada gnębicieli dołączyli bojaźliwi obrońcy praworządności z Tygodnika Powszechnego.
Pisze zatem poza PRL, omijając polityczny parnas bęcwałów w walonkach, drukuje u Giedroycia, w zaciszu paryskiej kultury, po zaściankowej prasie, w małonakładowych, emigracyjnych gazetkach wystrzyżonych z krajowej rzeczywistości. Jest mało słyszalny, a jeszcze mniej – rozumiany. Z kim by nie gadał, wszędzie jest sam: traktowany pobłażliwie przez przyjaciół z opozycji, a przez wrogów z aparatu - jak niebezpieczny pieniacz na furiackich papierach; wszystkim obcy z powodu swojej przenikliwości, wypowiada i o jednych i drugich sądy ostre, bezwzględne, budzące namiętny sprzeciw. I nie tylko o ludziach jest złego zdania, bo i na temat państw wyraża się krytycznie: z uporem przechodzącym w manię twierdzi, że Zachód nie rozumie Wschodu i jest wobec niego nieustraszenie uległy.
Jego teksty nigdy nie są letnie, a zawsze kontrowersyjne. Przepojone polemicznym żarem, pisane z ogniem, nie odnosiły spodziewanego skutku. Choć niekiedy jest to ogień przygaszony nazbyt przedłużającym się stresem; rosnącym poczuciem klęski, bezskutecznym mówieniem do głuchych, pisaniem w kagańcu, tłumaczeniem ażurowym umysłom tej prawdy, że są zniewolone, zeżarte korozją pamięci.
Ma wrażenie daremności pisania swoich tekstów, adresowania ich do ludzi ogarniętych przez samonakręcające się psychozy, żyjących pośród obłudy, przeinaczeń i zakłamanej historii, kreatur pogodzonych ze swoim egoizmem, wegetujących z nawyku do śniętego spokoju, zadowalających się złudzeniami, minimalną stabilizacją i kluczeniem pomiędzy świeczką, a ogarkiem. Wtedy z dzienników przebija gorycz, smutek niespełnienia. A także towarzyszy im zwiększająca się świadomość przemijania lat, lat spędzonych na daremnym OCZEKIWANIU. Na co? Choćby na społeczne refleksje i normalne życie, swobodę wypowiedzi, brak paszportowych dylematów czy zaspokojenie głodu nieskrępowanych podróży.
Skazany na życzliwą izolację, zmęczony szarpaniną z karłowatymi ludźmi, od których zależy los jego publikacji, wieczny frustrat, sceptyk, cynik i pesymista w jednej osobie, boleśnie odczuwa zmarnowany czas. Jako niespokojny, polemiczny, zadziorny duch i moralizator z powołania, stale popada w twórcze wahania: męczą go rozterki co do wartości swoich dzieł. Broni się przed krasomówczym hamletyzmem i jałowym pustosłowiem, a dostrzegając śmieszność swojej sytuacji, jest wobec niej – ironiczny; kpinkuje z siebie, bo ma uczucie, iż jest jak skryba bez pióra, inkaustu i kałamarza, muzyk bez słuchu i weny, krótko mówiąc: gaduła ukarany milczeniem.
Ratuje się ucieczką w zjadliwy chichot ze wszystkich, którzy wrobili go w ten pasztet. Chroni za parawanem szyderstwa. Opędza przed napadami wściekłości, ponieważ dostrzega absurd pisania do szuflady i chodzenia na kompromisy, groteskę komponowania pod pseudonimem, jałowość poruszania tematów zabronionych, zawartości z góry i od początku do końca lądujących w koszu na prawdę.
Dziennik jest niewyczerpaną kopalnią wiedzy o postaciach, z którymi się spotyka. O ludziach reprezentujących różne dziedziny kultury. Muzykę, prozę, poezję, filozofię, publicystykę. Mówi w nim o znanych i nieznanych wydarzeniach przytaczając fakty z przemijającej epoki. Starczy wymienić kilku: Bacewicz, Penderecki, Lutosławski, Miłosz, Kołakowski, Słonimski, Iwaszkiewicz, Putrament, Gombrowicz, Bartoszewski, Gołubiew, Eile.
Jak umie, tak pisze, a że umie doskonale, to pisze z werwą, przekornie i błyskotliwie, z miażdżącą inteligencją, nie patyczkując się doborem słów, nie stroniąc od kolokwializmów, cytatów i przysłów, unikając ekwilibrystyki znaczeń; prosto z mostu. Dzienniki powstają w ukryciu, w zeszytach, z myślą o późniejszej książce, o druku w sprzyjających warunkach. I myśl ta jest motorem, siłą napędową tworzenia zapisu. Jest też jedyną sposobnością pozostawienia po sobie świadectwa pełniejszego niż doraźna, mocno ocenzurowana bazgranina w reżimowych gazetach, gdzie musi się powściągać, ważyć słowa, mówić szyfrem. Nie dlatego, by kogoś nie urazić, ale dlatego, by nie zamknąć sobie drogi do dalszych wypowiedzi.
Natomiast w dziennikach nazywanych przez niego żółciowymi, pozwala sobie na swobodę ciętych sformułowań, puszcza się na hazard politycznych spekulacji, intymność zwierzeń i nieskrępowane osądy. Częstokroć brutalne, niezasłużone, szczere do przesady, sprawiające przykrość ludziom z którymi ma do czynienia na co dzień. Nie oszczędza w nich nawet przyjaciół i, pomimo przykrych doświadczeń, wciąż nie potrafi powstrzymać się przed wyrażaniem swojego zdania. Wynikają z niecierpliwości, rozczarowań i rozgoryczeń. Są więc dla niego zastępczą formą istnienia, ucieczką przed postępującymi, fizycznymi degradacjami wieku, odtrutką na prowadzone, podwójne życie z cenzurą, artystyczną rekompensatą za osobiste niepowodzenia i zachodzące w nim, biologiczne procesy. W nich jest oswobodzony od tombakowych i zezowatych myśli.
A jednocześnie te niesprawiedliwe opinie o przyjaciołach zdają się sprawiać mu radość, bo jako waleczna istota lubi się przekomarzać. Lubi czytać ich rozjuszone repliki. Na przykład zaczepiony przez niego Tyrmand odpowiada zgryźliwym opisem jego postaci i charakteryzuje go jako zapijaczonego niechluja z fryzjerskim wąsikiem. Na co, dokumentnie uszczęśliwiony Kisiel, wyraża się o Tyrmandzie z wielką czułością. Z czego płynie wniosek, że kruk krukowi nie nasobaczy pod ogon.
Na kartach dzienników porusza temat własnej jesieni życia. Powraca do tego wątku bardzo często, wręcz natrętnie, co jest w miarę zabawne, zważywszy, że o swojej rychłej śmierci i starczej demencji mówi w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, a czeka go jeszcze dwadzieścia wiosenek z dużym hakiem.
Ma też częste chwile zwątpienia: odmawia talentu własnej muzyce i powieściom, uważając je za przeciętne. Narzeka z tego powodu i złorzeczy, że zamiast poświęcić się zdolnościom publicystycznym, trwoni energię na przygody z pitoleniem. Lecz wbrew temu, jak nisko ceni swoją beletrystykę, dzieła jego przetrwają modne normy cudacznego stylu i szybko wrócą do łask. Co już zaczyna się dziać.
Witold Gombrowicz
Sztuka jest arystokratyczna do szpiku kości, jak książę krwi. Jest zaprzeczeniem równości i uwielbieniem wyższości. Jest sprawą talentu, czy nawet geniuszu, czyli nadrzędności, wybitności, jedyności, jest także surowym hierarchizowaniem wartości, okrucieństwem w stosunku do tego co pospolite, wybieraniem i doskonaleniem tego co rzadkie, niezastąpione, jest wreszcie pielęgnowaniem osobowości, oryginalności, indywidualności.
Dziennik, 1960

Zacznę od cytatu: Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja.
Kiedy przeczytałem te słowa, na lata odrzuciło mnie od czytania Dzienników. I nie tylko od nich, bo pozostałe utwory dawno już skreśliłem. Szczególnie Ferdydurke, dzieło lekturowe, a więc z góry skazane na brak mojego zainteresowania. Megaloman, zadurzony w sobie histeryk, stwierdziłem. Co taki zarozumialec może mi przekazać, czego nauczyć? Toteż nie znając dzieł autora Pornografii, potrafiłem mieć o nim stanowczo paskudne mniemanie.

Ale wkroczyłem w następny etap i wygięło mnie w drugą stronę: poszedłem po rozum do głowy. Że zaś miałem do niej daleko, zajęło mi kęs czasu, nim odkryłem: Dzienniki po czytaniu są mądrzejsze niż przed, a megalomania ich autora, to sposób artysty na osobne istnienie, jego zmyłkowy makijaż, ochronna charakteryzacja, psychologiczna farbka, izolacja od zewnętrznego świata i celowa poza. Celowa, gdyż na każdym kroku podkreślał, że warunkami artyzmu są samotność i wyrzeczenie; wyzwolenie dokonuje się przez uwolnienie wszystkich cech obecnych w artyście.
Zamierzona ekspozycja i prowokacja polegająca na uzewnętrznianiu i wyolbrzymianiu własnych wad i słabości, świadome, niejednokrotnie bolesne eksperymentowanie na sobie, było dla niego niczym więcej, jak zbieraniem i wykorzystywaniem do pisania tak zgromadzonych doświadczeń. Jeżeli się o tym nie wie, łatwo można pójść po najmniejszej linii oporu i uznać Gombrowicza za kabotyna, pyszałka lub snoba. Łatwo dać się nabrać na jego pozerstwa i zgrywne miny.
Artysta bywa nim wtedy, gdy jest sobą i tworzy tylko poprzez siebie; wtedy jest autentyczny, niezakłamany, wolny i wyzwolony od nacisku otoczenia. Wówczas ma własny filtr osobowościowy, który wykształca w nim i narzuca mu indywidualny styl wypowiedzi.

Styl, to człowiek, a człowiek ulega nieprzerwanemu formatowaniu przez los, bezustannemu dostosowywaniu własnej twarzy do zmiennych okoliczności. Styl, to człowiek i jego siła woli; jeśli na dodatek jest artystą, broni się przed atakiem osaczających go ról. Społecznych, egzystencjalnych, kulturowych. Broni się wszczepiając sobie w twarz odpowiednie grymasy, akuratne wyglądy, słuszne skóry i stosowne maski. Używa poprawnych min, by nie dać się zaprząc do chodzenia w stadzie, na modnym pasku, po wytyczonych ścieżkach, do bycia idealnie, wzorowo, pedantycznie porządnym, opłukanym z wad i ulizanych postaw, nie chce poruszać się po świecie w sposób kostyczny, pryncypialny i w dętym namaszczeniu.

Chce być sobą, bo bycie sobą, bycie rozpoznawalnym JA, to wstęp do bycia artystą: razem z nieznośnym dobrodziejstwem inwentarza.
Nie jest kopistą artystycznej wypowiedzi, nie fabrykuje więc swoich tekstów według pigularskich, matematycznych, przesadnie semiotycznych recept. Nie pisze na obstalunek doraźnej chwili, dyspozycyjnym, lokajskim i skwapliwym piórem, jak pastwiący się nad nim doktrynerzy, marudni poloniści uprawiający sabaty nad jego utworami, owe sztywniacko-poprawnościowe wygibasy przytępych belfrów w rodzaju profesora Pimki; tworzy sobą, bo, jak mawiał Flaubert: Pani Bovary, to ja.
Jest sobą, człowiekiem pojedynczym czyli kwintesencją uczciwości swoich zdań. Nieoczyszczonym z kompleksów, skaz i zalet. Obsesji czy śmiesznostek nawet. I dopiero wtedy ma przekonanie: jest artystą całkowitym.
A ponieważ wszystkie te właściwości są składowymi częściami artysty-arystokraty, to skumulowane w jedną, przepuszczone przez jego osobowościowy filtr, oferują nam, zżeraczom codziennego chleba, tekst godny miana arcydzieła.
Niestety, wedle słów Gombrowicza, artystów piszących sobą, jest niewielu. Nielicznych stać bowiem na niewymuskaną odwagę pisania pod prąd, wbrew utartym, stadnym gustom, na przekór grupowym, ufryzowanym konwencjom i przyzwyczajeniom do usypiającej sztampy.

Mechaniczna poetyka współczesnego pisania poprawnościowego spowodowała, że artystą jest teraz każdy, kto posiadł gładką umiejętność posługiwania się gramatyką i zdał przyspieszony kurs ortograficznego prawa jazdy.
Nie brak im zadatków na talent, ale talent utyka im w szczerbach odwagi bezkompromisowego bycia sobą, doskwiera wycieńczoną oryginalnością, prześladuje ledwo pełgającą Iskrą Bożą.
Lękliwi, zawistni, literacko nierozbudzeni, bez wewnętrznego żaru, poloru i uargumentowanej charyzmy, obdarzeni małostkowością i przedwczesnym wytryskiem zarozumiałości, zaludniają awaryjny Parnas dla śniętych krów artystycznych.

Poglądy Gombrowicza na sztukę są więc mocno krzywdzące. Lecz artysta jest usprawiedliwiony okolicznościami, które skłaniają go do ferowania tak radykalnych wyroków.

A usprawiedliwieniem tym jest jego emigracja. Od 1938 roku gości poza krajem. W Argentynie zastaje go II Wojna Światowa i już nigdy nie wraca do Polski (umiera we Francji w 1969 roku). Zresztą powstała po wojnie karykatura kraju zniechęcała raczej, aniżeli kusiła do powrotu.

Przed wojną mówiło się o nim. Czasem w superlatywach, czasem z kompletną nieznajomością rzeczy, ale choć kontrowersyjny i sprawiający recenzentom kłopoty, to przecież był publikowany, wydawany, dyskutowany. Natomiast w Kraju Pampasów zaczyna od zera; przekształca się z autora głośnej powieści Ferdydurke w nieznanego, początkującego debiutanta na literackim dorobku i powoli wyrabia sobie markę: pisze felietony, eseje recenzje do tamtejszej prasy.
Uparcie pracuje nad sobą i wreszcie dobija się uznania. Lecz jako znerwicowany duch, nie cierpi stabilizacji: nudzi go tutejsza martwota artystycznego środowiska, zatem wyjeżdża do Francji.
Obcy tam, skąd wyjechał, nietutejszy tu, dokąd go przywiało, nie może sobie znaleźć miejsca. W Ameryce Południowej nie istnieje tak, jak na to zasługuje, w PRL. jest na indeksie, ima się więc nowej pracy: znowu pisze felietony, eseje, recenzje, następne powieści, publikuje i wystawia dramaty, kontynuuje Dziennik, który emituje Radio Wolna Europa.
*

Parę lat temu czytałem „Dzienniki" Gombrowicza, aż mi uszy się trzęsły. Chłonąłem i topiłem się w nich. Cały czas myślałem z rozpaczą, dlaczego dobry Bóg nie obdarzał każdej generacji polskiej przynajmniej trzema Gombrowiczami. Dlaczego tak mało cugów, wiatrów, trąb powietrznych, piorunów kulistych pod naszym niebem intelektualnym? Dlaczego tam świeci zawsze zapyziałe, anemiczne, słabo grzejące słoneczko z elementarzy? Słoneczko, które grzeje słabo wierzby przydrożne, kościółek drewniany, rannego ułana, siejącą rutkę pannę i dobrego pana starostę? Więc żarłem tego Gombrowicza i oczy wyłaziły mi z orbit.
Kochałem tego Gombrowicza, kabotyńskiego Michała Archanioła z mieczem szyderstwa w dłoni, co ganiał polskich kabotynów po polskim niebie. Tak się zachwyciłem, że w stanie kataleptycznym runąłem na jego powieści i dramaty. Ale tam jakoś odpadłem. Zamiast flaków, bebechów, gotującej się krwi, znalazłem zimną laubzegę. Usłyszałem cichy poświst laubzegi wypiłowującej popisowe wzory. Nie, nie, Boże broń, nie szargam wielkiego świętego Szargacza. Chcę tylko doradzić: czytajcie najpierw jego prozę, a dopiero później, jak najpóźniej, może przed samą śmiercią sięgnijcie po Dzienniki.
On pierwszy kolnął w zadek Wielkiego Kabotyna. On nam wyrysował tę postać, jak w policyjnym liście gończym rysuje się domniemany portret przestępcy. On pierwszy Przeciął i wypuścił cysternę złej krwi i chorobotwórczej flegmy. On wywabił z niewidzialności tę żałosną figurkę z krakuską i pawim piórem na głowie.
T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra

Argentyna, w której po prawie dwudziestu latach dochrapał się jako takiej akceptacji i względnej popularności, zaczyna go mierzić; za wiele czasu upłynęło od pierwszego, ośmioletniego okresu biedowania, głodowania, pomieszkiwania w pokojach umeblowanych nędzą.

Dosyć ma też następnych siedmiu lat urzędniczej stabilizacji: pracy w banku i życia na obczyźnie, wegetowania pozbawionego celu, rozpaczy poznawania ludzi, których nie interesował i którzy jego nie fascynowali. Pogardza tamtejszą emigracyjną konserwą, zapyziałymi polonusami o wielkopańskich manierach, i samopokrzepiającym się patriotyzmie, z którego natrząsa się namiętnie; z przyjemnością graniczącą z udręczeniem.
Nie cierpi miernych literatów o wyśrubowanych aspiracjach i minimalnych zdolnościach, stroni od nadętologii w wykonaniu strasznych mieszczan rozpartych nad filiżankami kawy, ze śmieszną godnością, żarliwie perorujących o niczym. Drażnią go ziemiańskie towarzystwa, ich wzniosła parafiańszczyzna, monotematyczne, infantylnie drętwe i jałowe dysputy o niegdysiejszych majątkach, genealogiach czy przefujarzonej zamożności.

Poza wspólną niedolą emigranckiego losu nie łączą go z nimi żadne inne względy. Wyalienowany jako pisarz, obarczony przymusową obsesją niszczenia innych pisarzy, traktowania ich jak wrogów, targany walką ze swoimi wizerunkami, z tysiącem własnych, okolicznościowych twarzy, trzyma się młodych twórców, twórców in spe; na razie wolnych od bakcyla snobizmu. Lecz i oni nie mają pojęcia, kim jest.

Bytuje w środowisku ząbkujących artystów uchodząc wśród nich za proroka, guru, niepośledniego wybitnego. Ale otoczenia te, choć początkowo bawią go i jakkolwiek uwielbia je zaskakiwać, wpędzać w zażenowane konfuzje - są zbyt kołtuńskie i zanadto prowincjonalnie ekskluzywne, by mógł im aplikować stale ten sam repertuar szokujących zwierzeń i obrazoburczych poglądów. Toteż przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjeżdża z Argentyny i w poszukiwaniu świeżej krwi [nowej publiki] drałuje do kraju Sartre’a (dostaje roczne stypendium-zaproszenie Fundacji Forda finansującej mu pobyt w Europie).

Francja jest wtedy zauroczona Proustem, językowym prestidigitatorem i wyobraźniową potęgą na dożywotnim zwolnieniu od zdrowia, Marcelem, do którego Gombrowicz żywi ambiwalentne uczucia. Jak do wszystkiego zresztą, o czym się wypowiada; raz eksploduje uwielbieniem i nieumiarkowanym entuzjazmem, mówi o kimś z respektem, podziwem i ekscytacją, a kiedy indziej - z demonstracyjną przekorą, rezerwą i dystansem, jak gdyby specjalnie uwziął się, by być bulwersantem, gorszycielem, skandalistą. Raz przeto jawi mu się Proust jako nieprzeciętny umysł, a innym razem – jako nieznośny, nadsubtelny wrażliwiec szybujący poniżej swojego talentu.

Jak Proust, tak i Gombrowicz jest nieustannie rozczarowany; oczekiwania przeczą spełnieniom. Mimo to pragnie pójść szlakiem paryskich ulic, znaleźć dom, w którym mieszkał za pierwszego pobytu, odświeżyć w sercu dawne drgnienia, na żywo poznać Jerzego Giedroycia i jego siedzibę w Maisons Laffitte, pogadać z „Kotem", wielkim admiratorem jego twórczości, o którym napisał: "Wszystkie wydania moich dzieł w obcych językach powinny być opatrzone pieczątką 'dzięki Jeleńskiemu'".

Rozpierają go nostalgie, dręczą wspominki z czasu młodości, napadają mroczne tęsknoty. Ale rychło się przekonuje, że pragnienia gwiżdżą na rzeczywistość: magdalenka, to mit; Paryż zepsiał przez czas jego nieobecności, wydostojniał i pokrył się patyną wieku, słowem - stracił artystycznego ducha i obrósł w powagę, a sielankowe domy z młodości skurczyły się bezpowrotnie.

Lecz rozczarowania i zmienne nastroje Gombrowicza biorą się z humorzastej miłości; kiedy wiódł nierajski przebyt w pampasowych ostępach, przeklinał ów kraj i szydził z niego zawzięcie.

Natrząsał się z jego towarzyskiego blichtru, z maciupkiej literatury o słoniowatych pretensjach. Ale kiedy go opuścił, zapragnął w nim być od nowa. I odtąd Argentyna ma dla niego dwa oblicza.

Pierwsze pochodzi z Dziennika, niemal konfesyjnego utworu, w którym obnaża się w sposób bezlitosny, z którego wyłania się obraz człowieka zagubionego pośród własnych masek, człowieka o sprzecznych tożsamościach, bezradnego i przerażonego tym, co o sobie naopowiadał, a czego już nie zdąży zdementować. Tam znęca się nad nią niemiłosiernie. Tam też jednak maluje widoki miejsc, do których wędruje słowami plastycznie ciepłymi, zdaniami wzruszająco poetyckimi i są to pejzaże – majstersztyki.

A drugie, zawiera się w jego opowiadaniach Wędrówki po Argentynie, o których w przedmowie mówi Zofia Chądzyńska: Ujawnia się w tych tekstach wiele cech, których próżno by szukać gdzie indziej w jego twórczości: rodzaj czułości, szacunek dla prostego człowieka.