Janusz Orlikowski - Dlaczego celibat?

Tylko jedno zauważenie, a tyle poczyniło. W Ewangelii św. Mateusza Jezus wypowiada słowa: „(...) są także bezżenni, którzy ze względu na królestwo niebieskie, sami zostali bezżenni". Jedynie to, a i w Starym Testamencie są tylko nieliczne wzmianki o osobach pozostających w celibacie, np. Bóg Jahwe zaleca Jeremiaszowi, aby nie brał sobie żony, natomiast, by tak powiedzieć, z własnej woli żyli w nim prorocy Eliasz i Elizeusz. Z kolei w początkach naszych czasów, chrześcijańskich drogę tę wybrali Jan Chrzciciel, Jan Ewangelista, a także św. Paweł. Ten ostatni, opierając się z pewnością na tym wspomnianym, jednym zauważeniu, pisał: „Tym zaś, którzy nie wstąpili w związki małżeńskie, oraz tym którzy owdowieli, mówię: dobrze będzie jeśli pozostaną jak i ja.", przy czym zaznacza na wstępie swojego wywodu tego listu, że: „każdy jest obdarowany przez Boga inaczej". Te wcześniejsze, z ewangelii św. Mateusza, oraz te z 1Kor 7.8 i 1 Kor 7.7 słowa jednoznacznie pokazują, że brak jest u źródeł powstania chrześcijaństwa jakichkolwiek przesłanek, aby celibat był obowiązkiem księży, biskupów, itd., którzy są pozostać  pośrednikami między wiernymi a Jezusem Chrystusem, w trójcy jedynym Bogiem. W ewangelii mamy „są także bezżenni", u apostoła Pawła wprawdzie stwierdzenie „dobrze będzie jeśli pozostaną jak i ja", lecz wcześniej zjawia się zastrzeżenie: „każdy jest obdarowany przez Boga inaczej". Wydawać by się mogło, że jest ono niejasne i może dotyczyć na przykład różnych talentów danych przez Boga poszczególnym osobom. Jeden urodził się prorokiem, drugi natomiast  cieślą, tym niemniej w oczach Wszechmocnego tak samo są ważni. To rozumowanie jest tu jednak błędne, gdyż wywód dotyczy caelbes właśnie. Wprawdzie dalej są również słowa: „Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to jak mu się przypodobać. Ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński, zabiega o sprawy świata, o to, jakby się przypodobać żonie" tym niemniej widzi to Apostoł, na bazie własnych doświadczeń, jako ze swej strony zalecenie, w żadnym razie nie jako nakaz, że tak mu zostało objawione. „są także bezżenni", słowa Jezusa według św. Mateusza, przypominają mi znane powiedzenie z wiersza Wisławy Szymborskiej „niektórzy lubią poezję". Niektórzy, czyli nie wszyscy, czyli są właśnie tacy.
Tak się jednak stało, że 11 listopada 1563 roku w kanonie IX z 24 sesji Sobór Trydencki w dekrecie o sakramencie małżeństwa, stwierdził: „Jeśli ktoś powie, że klerycy którzy otrzymali święcenia, lub osoby które uroczyście przysięgały czystość, mogą zawierać małżeństwo (…) niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych." Określił on celibat jako bardziej szlachetny wybór od małżeństwa w słowach: „Jeśli ktoś mówi, że stan małżeński powinien być traktowany wyżej nad stan dziewictwa czy celibatu i że nie jest lepsze i bardziej święte pozostać w dziewictwie czy celibacie niż zawrzeć małżeństwo, niech będzie wyklęty ze społeczności wiernych." Sobór Trydencki to czas końca średniowiecza, jego przesilenia, dekadencji by rzec można, a z tym związane są pewne, historycznie, jako cząstką czasu wiecznego, uwarunkowane przyczyny, ale o nich za chwilę. Wspomnieć bowiem należy o tym, że w kościele katolickim, w okresie jego początków żonaci mężczyźni byli dopuszczani do święceń. Wprawdzie ukształtował się zwyczaj spontanicznego celibatu, który z upływem lat zaczęto traktować jako obowiązek i stąd biskupi zebrani na synodzie w Ancyne w roku 314, w kanonie 10 ogłosili: „Diakoni, którzy w chwili przyjmowania święceń zadeklarowali i stwierdzili, że chcą zawrzeć małżeństwo, gdyż nie mogą żyć w celibacie, jeżeli później ożenią się, mogą nadal pełnić swe funkcje, ponieważ biskupi udzielili na to zgody. Ci jednak, którzy nie zgłosili zastrzeżenia i przyjęli święcenia zgadzając się zachować bezżenność, a później się ożenili, powinni zostać złożeni z funkcji diakońskich." A zatem poczyniona została dowolność co do tego, czy pośrednik między Jezusem a wiernym może mieć żonę, czy też nie, lecz wcześniej z jego strony musi pojawić się deklaracja wobec przełożonych, czy ma zamiar mieć żonę lub nie. Tu da się już zauważyć pewne działania władzy mające na celu po pierwsze kontrolę nad tym jaki status przyjmie przyszły sługa Boga, a po drugie i z pierwszego wynikające, czy czasem ten, który chciał się ożenić nie był traktowany jako, by można powiedzieć, „wyraz pewnego niezadowolenia zwierzchników". Kojarzą mi się czasy nie tak bardzo odległe, kiedy to ten, który nie chciał przystąpić do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, przez prominentów był widziany z miną pewnej dezaprobaty, czy niechęci. Porównanie z pewnością dość drastyczne, czy jednak w jakiś sposób nie oddaje tu istoty rzeczy.
Nie będę już tu wspominał orzeczeń kolejnych synodów czy soborów, jak sobór Nicejski wymierzony w konkubinat, synod w Kartaginie, który podobnie jak ten w Ancyrze nic nie nakazuje, sugeruje. Natomiast zatrzymać się należy na dniu 11 listopada 1563 roku, kiedy to ogłoszono z całą stanowczością celibat jako nakaz pod groźbą „niech będzie wyklęty ze społeczności wiernych". Mało tego ta groźba była również wymierzona w tych, którzy mówią że „stan małżeński powinien być traktowany wyżej nad stan dziewictwa czy celibatu i że nie jest lepsze i bardziej święte pozostać w dziewictwie czy celibacie niż zawrzeć małżeństwo". Sobór Trydencki „załatwia" tu od razu dwie sprawy. Po pierwsze reguluje prawnie bezwzględny zakaz stosunków seksualnych dla osób duchownych, a po drugie określa stan kapłański jako hierarchicznie wyższy od małżeństwa.  Dlaczego i na jakiej źródłowej podstawie? Konia z rzędem kto na drugą część postawionego pytania odpowie. Co do pytania – dlaczego?, nasuwa się tylko jedna odpowiedź. Chodzi o utwierdzenie we władzy, jakby ona wtedy była nie wystarczająco duża. Ba, jakby przecież i dziś, osoba duchowna, kapłan nie był pośrednikiem pomiędzy wiernym a Jezusem, a tym samym w sposób naturalny jest duchowo hierarchicznie wyżej i nic tego nie zmieni, jeżeli wiara ma mieć sens. Natomiast te słowa w sposób bezpardonowy mówią, że kapłaństwo z racji sprawowanego urzędu  jest władzą, a wierny poddanym. Tym sposobem realizuje to relację pan – niewolnik. Stawia jednego człowieka ponad drugim dla własnych a nie duchowych korzyści. Następuje więc tu przesilenie, przekroczenie granicy; obraz człowieka, który nie zna miary. Napełnienie duchowego dziedzictwa średniowiecza ponad brzegi jego naczynia. Ktoś powie, że rok 1563 to już okres renesansu, że tamten zakończył się w roku 1450, czy 1492, a w najlepszym przypadku w 1517, bo historycy nie są zgodni co do daty i wciąż są wokół tego spory. Historycznie można powiedzieć, że tak, lecz w istocie ustalenie początku renesansu utrudnia fakt, że do różnych krajów dotarł w różnym czasie, a w żadnej dziedzinie kultury w jakimkolwiek rejonie Europy nie wyparł do końca form średniowiecznych. Poza tym czas ziemski mierzony historycznie a mierzony tradycją to   zupełnie co innego. Ten drugi zawsze o wiele bardziej się spóźnia i nie nadąża, natomiast kościół katolicki nigdy nie był prekursorem, a wręcz odwrotnie; notabene, co nie zawsze dawało negatywne skutki. Tu jednak mówię o tym po to, aby dać przekonanie o tym że była to mentalnie ziemska czasowość przesilenia średniowiecza, jej jesieni jak się to dziś groteskowo określa, bo przecież była to zima i to sroga. Jak wspomniałem, napełnienie ponad brzegi naczynia, a zawartość jeszcze się nie wylała, by metaforycznie określić. Dlaczego jednak zwracam tak szczególną uwagę na ten aspekt przesilenia średniowiecza? By nie potępiać, a unaocznić duchowy klimat jaki wówczas panował, chociaż od osób w hierarchii tegoż właśnie stojących wyżej można oczekiwać bliższe spotkania z czasem wiecznym. Nie mnie jednak sądzić, tym niemniej „Prorok sam stoi w obliczu sądu, który głosi. Jeżeli tego nie wie, jest fałszywym prorokiem." jak pisze Reinhold Niebuhr w książce Poza tragizmem, eseje o chrześcijańskiej interpretacji historii. Tam też w eseju Najgłębsze zawierzenie: „Wszędzie tam, gdzie religia miesza się z władzą i gdzie człowiek religii władzę zdobywa – czy to w obrębie Kościoła, czy poza nim – zagraża mu niebezpieczeństwo, że domagał się będzie Boskiej sankcji dla działań na wskroś ludzkich, nierzadko grzesznych, które musi podjąć i które podejmuje." I dalej: „Bóg dał Kościołowi Ewangelię, Duch Święty zaś czuwa, by wiara Kościoła była żywa. Wszelako geniusz ludzki tworzy, a grzech ludzki paczy wszelkie historyczne i względne formy Kościoła. Ilekroć traktuje się je, jakby były formami koniecznymi lub jakby nie było różnicy między nimi a Ewangelią, sam Kościół podpada pod klątwę, którą wyrzekł prorok." I jeszcze: „Przez całe Średniowiecze chrześcijanie nie uświadamiali sobie wątpliwego sposobu, w jaki mieszali wiarę w Boga z zaufaniem do człowieka." Nam jednak nie o całe średniowiecze tu chodzi, a o jego schyłkową szarość, to napełnienie ponad brzegi naczynia.
W judaizmie caelbes nie był pochwalany, uważano go nawet jako wykroczenie przeciw prawom Bożym, podobnie islam, a ten zezwala nawet na posiadanie czterech żon, gdyż tyle miał ich Mahomet, ostatni prorok Allacha. Inaczej buddyzm, tu bezżenność jest ściśle przestrzegana przez mnichów. Ma to jednak swe historyczne uzasadnienie. Historyczne, bowiem wyznanie to nie jest teistyczne. Książę Siddhartha, więziony przez swego ojca w czasach młodości w dobrobycie celem uchronienia go od cierpień świata zewnętrznego, ucieka do niego. Budda, czyli przebudzony istnieniem takowego opuszcza przy tym swoją żonę i syna. „Bogowie osiągnęli cel: Siddhartha postanawia porzucić pałac i zostać wędrownym ascetą.(...) Krytycznej nocy budzi się w komnacie pełnej śpiących grajków i tancerek. Urodziwe kobiety zgrzytają przez sen zębami, mamroczą, niektórym z otwartych ust wycieka strużka śliny. (…) Siddhartha wyskakuje z łoża. Idzie popatrzeć na śpiących najbliższych: żonę i syna, ale brakło mu odwagi, by ich zbudzić i pożegnać. Każe zaufanemu woźnicy osiodłać konia. Pod osłoną ciemności opuszcza stolicę księstwa – odgłosy kopyt tłumią kroki gromady półbogów. Książę pozbywa się drogich szat i klejnotów, ścina mieczem długie włosy, ubiera żółty strój pielgrzyma" jak pisze Adam Szostkiewicz w książce Przebudzony. Opowieść o Buddzie i o tym, czego w buddyzmie szukają ludzie Zachodu. A zatem u źródła buddyzmu mamy księcia Siddharthę, który zostawia żonę i postanawia zostać wędrownym ascetą.  Celibat więc u buddyjskich mnichów jest w pełni uzasadniony. Można powiedzieć: ale przecież Jezus nie miał żony. Tak, tylko nie negował możliwości jej posiadania. „(...) są także bezżenni, którzy ze względu na królestwo niebieskie, sami zostali bezżenni." i tylko tyle. Budda natomiast oprócz tego, że czynem zaświadcza celibat (mógł przecież obudzić śpiących żonę i syna, i zabrać ich ze sobą), jak wskazują podania mówi: „Dwa są krańce, których unikać musi wędrowiec. Jakie dwa? Służenie pożądaniom i rozkoszy, która się z pożądań wyłania; to jest życie nędzne i podłe, wiodące do powtórnych narodzin, haniebne, pozbawione wszelkiej wartości. I oddawanie się cierpieniom i udręczeniu, co jest bolesne, a przy tym też haniebne i pozbawione wszelkiej wartości." Jasno więc określa własną drogę i swoich uczniów, a może lepiej naśladowców, gdyż  mówił że  takich nie ma, buddyjskich mnichów. Apostołowie natomiast żony mogli posiadać. Objawiona religia chrześcijańska tego nie zabrania. Ta różnica jest wynikiem osobliwej analogii jaka istnieje między doktryną trzech „ciał" Buddy a teologią Trójcy, o której pisze Adam Szostkiewicz przedstawiając tę doktrynę. „Budda wciela się w postać ludzką, by przynieść ludziom dobrą nowinę o wyzwoleniu od cierpienia. Ale różnica jest oczywista: Budda nie cierpi, by odkupić, nie składa z siebie ofiary za nich. Nie ma grzechu, więc nie ma odkupienia. Złem nie jest grzech, ale udręka istnienia. Ratunkiem jest wyzwolenie dzięki zbawczemu wysiłkowi Buddy." Chrześcijaństwo  zakłada niemożliwość wyzbycia się cierpienia w życiu na ziemi. To właśnie pożądanie jest jego bezpośrednią przyczyną, własne, nieujarzmione „ja". Skoro zatem tak, to dlaczego osoby duchowne  nie mogą się żenić? Przecież miłość, ta szczęśliwa, to nie jest to samo co pożądanie. Pisałem o tym szerzej w eseju Pożądanie i miłość, dlatego tu tylko, na zasadzie podsumowania, słów kilka.
Nasze ego pożąda i jest to rzecz oczywista. Zagłębione w swoim wnętrzu, myśli tylko o sobie. Z egocentryka, którym jest małe dziecko, rodzi się egoista kreślący wszystko wokół własnej osoby czyniąc w rezultacie cierpienie temu co na zewnątrz i tym samym uderzając w siebie, bowiem owo „zewnątrz" jest mu oporne. Brak pokory i skruchy nie pozwala, by miłość stała się faktem. Aby popatrzeć na siebie „tak jak się patrzy na obce nam rzeczy" jak pisał Czesław Miłosz w wierszu Miłość. Aby nie kochać samej możliwości kochania, jak z kolei wskazywał św. Augustyn, nie zatapiać się w marzenia lub wspomnienia, które cierpienie powodowane przez ego jeszcze rozjątrzają. Bóg jako wiecznie trwająca aktualność to czas i miejsce na miłość. Tu odsyłam do mojego eseju Wokół czasu. Miłość to tchnienie (ponownie esej Pożądanie i miłość), co nie zaprzecza jej cielesności, a ją uwzniośla. Tej możliwości postrzegania tegoż uczucia są duchowni pozbawieni. Miłość szczęśliwa, ta o której w swym głębszym znaczeniu mówi wiersz Wisławy Szymborskiej, jest im całkowicie obca. To nawet nie jak więzień, który mówi o wolności, bo ten wie o czym mówi. Celibat  niejako twierdzi, że osoby mające być duchownymi nie są zdolne do takiego pojmowania miłości. A przecież to one są najlepiej zaznajomione z pojmowaniem czasu jako wieczny, je charakteryzuje pokora i skrucha wobec czasu ziemskiego jako cząstki wieczności, ale rozumianej jako zawsze teraz, są wychyleni na zewnątrz. Odcinając ich od cielesności, się ich tej możliwości pozbawia.
Rzecz następna, która się tu nieuchronnie nasuwa. Caelbes zakazuje tego, czego tak w istocie zakazać się nie da, pożądania. Nakazuje natomiast cierpieć z tego powodu i to bez możliwości jakichkolwiek działań pneumy, miłości ziemskiej tej dążącej do szczęścia. To zaprzecza duchowemu doskonaleniu się, gdyż pozbawia cierpienia wynikającego z tych działań. Miłość będąca wynikiem tylko pożądania jest cierpieniem i ma niewiele wspólnego z rozumianą przeze mnie cielesną miłością. Ta nie zna pustki po fizycznym zaspokojeniu. Osoby duchowne będące tego pozbawione skazane są tym samym na brak, są więźniami, a nie osobami wolnymi, która to wolność jest podstawą wszelkiej, prawdziwej miłości. Cierpią poprzez zakaz, a nie na skutek tego, że ich miłość tu na ziemi nie jest doskonała, bo taka być nie może. Ale przecież poprzez pokorę, sygnalizowanie nie swemu ego ku temu dąży. To, czy, że się tak wyrażę, stosunki cielesne u księży będą wynikiem li tylko pożądania, czy też o wiele bardziej czymś wzniosłym niech to będzie ich domeną, krystalizowania się ich osobowości. Poprzez lepsze obznajomienie spraw ducha mają ku temu, by tak powiedzieć, większe predyspozycje niż tzw. przeciętny człowiek.
„(...) są także bezżenni, którzy ze względu na królestwo niebieskie, sami zostali bezżenni"  mówi ewangelia św. Mateusza słowami Jezusa. „sami zostali", czyli nikt ich do tego nie zmuszał. Taka była ich wola. Być może poprzez to faktycznie chcieli być bliżej Boga, tak nakazywał im to ich daimonion. Rezultatem tego, tego zapisu, było jednak coraz bardziej powszechne i spontaniczne przyjmowanie drogi celibatu, co też w konsekwencji doprowadziło do zakazu na Soborze Trydenckim. O ważniejszych przesłankach i motywach pisałem wcześniej. Jednak należy tu wziąć pod rozwagę, czy czasem owa spontaniczność, oprócz osób których faktycznie poprowadził ich duch, nie była również wynikiem, że się tak brzydko wyrażę, pewnego pędu owczego. Nie była rezultatem specyficznego myślenia: jeżeli będę żył w celibacie, w ten sposób bardziej przypodobam się Bogu, będę zbawiony. Poprzez celibat jestem lepszy i milszy Wszechmogącemu. Ten brak pokory, to nasze ego.
„ (...)są także bezżenni (...)" wśród duchownych, czy to nie byłoby OK?

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora