Ariana Nagórska - TURBO!

„Do dzisiaj (…) obowiązuje w polityce rządów globalnych     
zasada, że Ameryka wprawdzie nie jest wszystkim, ale bez
Ameryki wszystko było dotąd niczym."
(źródło podane w tekście, s. 258)

W sierpniowym numerze „Akantu" od razu zwrócił moją uwagę inaugurujący dyskusję artykuł Stefana Pastuszewskiego pt. Człowiek żrący. Bycie lingwistką uważam za wielki dar, bo pozwala on w każdym słowie dostrzegać więcej znaczeń, niż na ogół ludzie widzą.  Dla mnie żrący to przede wszystkim mający takie właściwości, jak niektóre substancje chemiczne (np. regulamin mówi, że zabrania się przewozić w pociągu substancje żrące), a dopiero w drugiej kolejności żrący to konsumujący zbyt dużo i zbyt zachłannie. Choć w przywoływanym szkicu chodzi głównie o znaczenie drugie (konsumpcyjne), moje pierwsze znaczenie (destrukcyjne) też nie jest od treści artykułu zbyt odległe.
Stefan Pastuszewski nazywa naszą cywilizację euroamerykańską, zwracając tym głównie uwagę na aspekt geograficzny. Termin to trafny, jednak pluralizm (którego za zjawisko złe nie uważam) każdego uprawnia do poszukiwania lub tworzenia szczególnie odpowiadających mu określeń. Ponieważ akurat geografia zawsze była i do dziś jest dziedziną niezbyt mnie interesującą, do cywilizacji naszej stosować będę fascynujące mnie od lat określenie związane z fizyką. Sformułował je amerykański ekonomista Edward Luttwak. Brzmi ono: TURBOKAPITALIZM. Przedrostek turbo- oznacza zawsze ruch wirowy i szybkie obroty. Jeśli chodzi o mnie, to kojarzy mi się dodatkowo z możliwością  poturbowania nieostrożnych. Na niepokojące przyspieszenie wskazują wszyscy interpretatorzy zjawiska (motto i cytaty podaję z książki: H.-P. Martin, H. Schumann, Pułapka globalizacji (…), Wrocław  1999).
„(…) konsekwencją niesamowitego przyspieszenia jest wirująca podaż towarów, która zmienia się    tak szybko, że obecnie trzydziestolatkom obcy jest świat konsumpcji niewiele od nich młodszych nastolatków. (…) Przy takim tempie rozwoju w tyle pozostaje coraz więcej ludzi, którzy nie chcą lub nie potrafią zmieniać bez ustanku swego obrazu świata i pracować przez całe życie na maksymalnych obrotach. Niebezpieczna gorączkowość towarzyszy często także fundamentalnym decyzjom (…)" (s. 219). Austriacki myśliciel Franz Köb  apeluje o indywidualne „spowalnianie biegu czasu", natomiast wiedeński ekonomista Ehenfried Natter mówi coś szczególnie mi bliskiego: „W odruchu samoobrony odczuwam w takich czasach jak dzisiejsze sympatię dla niewydolności tu i ówdzie, a nawet dla zwykłego bałaganu" (s. 220).
Choć książek na temat przemian cywilizacyjnych społeczeństw zachodnich mogłabym cytować i analizować wiele, nie chcę, by był to referat naukowy, wrócę więc do własnych obserwacji turbokapitalizmu. Pokręcony pewien świr spytał mnie, co to jest wir? Przyszło mi na myśl, że takie „moce percepcyjne" może mieć nie on jeden, a to w turbokapitalizmie owocuje tylko obijaniem się o ściany i wygrażaniem pięścią w powietrze. Zamiast szukać definicji wiru, najprościej we własnej kuchni włożyć palec do uruchomionego młynka lub miksera. Nawet z gruntu niespostrzegawczy eksperymentator będzie musiał zauważyć mniej lub bardziej zaawansowaną modyfikację palca. Osobnik nie tylko palcem tkwiący w turbokapitalizmie też jest systematycznie modyfikowany. Jakimi sposobami ten piekielny ustrój to czyni, opisał już dokładnie Stefan Pastuszewski na str. 18-19 sierpniowego „Akantu", powtarzanie więc tego samego nie miałoby sensu.
Niewątpliwym novum moich rozważań będzie natomiast wytrwałe dociekanie, czego ten piekielny ustrój od nas chce. Czy chce na przykład, żebyśmy żyli długo, czy krótko? Czy niepracujący emeryt lub rencista jest zakałą pracowitego społeczeństwa, czy też dobrem społecznym, jako posiadający dużo wolnego czasu na konsumpcję? Czy lepszy jest taki obywatel, który zdołał przepracować kilkadziesiąt lat (co oznacza, że musiał się choć trochę oszczędzać), czy też „torpeda" pracująca blisko 24 godziny na dobę, ale za to po trzydziestce będąca już wrakiem? „Torpeda" idąca na złom musi ustąpić miejsca pracy młodszym i silniejszym (to plus dla kapitalizmu), jednak w latach swej świetności zagarnęła tyle kasy, że może nakręcać nią koniunkturę w lecznictwie prywatnym (to też plus) oraz w końcu opłacić najwymyślniejsze usługi pogrzebowe (konsumpcja tych usług jest szczególnie cenna). Wygląda na to, że chciwość jest chyba jedynym nałogiem dla kapitalizmu bezdyskusyjnie przydatnym! Jest to też jedyny nałóg, który NIGDY nie powoduje przedawkowania, a „instynkt samozachowawczy, objawiający się między innymi odruchem wymiotnym, gdy czegoś jest za dużo", okazuje się tu całkowicie zbędny, bo czy kto kiedy widział, by chciwusowi dóbr materialnych i pieniędzy było za dużo? Nie zaszkodzi mu absolutnie żadna dawka!
Pożytek płynący z bardziej typowych nałogów wcale już nie jest dla kapitalizmu aż tak oczywisty: raz występuje, a raz nie. Owszem, ze sprzedaży narkotyków, alkoholu i papierosów tworzą się fortuny, dzięki którym można napędzać zarówno konsumpcję, jak i mniej dochodowe dziedziny produkcji. Klientów rynku tytoniowego (czyli palących) trzeba koniecznie omówić oddzielnie z kilku przyczyn: po pierwsze mogą pracować! Zarabiają więc na swe używki, odprowadzając też składki na fundusz zdrowotny, rentowy i emerytalny. Jeśli prawdą jest, że żyją krócej, robią ojczyźnie prezent, nie dożywając emerytury, na którą płacili. Podlegają jednak takim samym prawidłowościom jak wszyscy, spora ich część ginie więc w wypadkach komunikacyjnych, zanim zdążą umrzeć od palenia papierosów. Część umiera na choroby z paleniem niezwiązane. W przypadku zaś tych, którzy zmarli bezdyskusyjnie na choroby związane z nikotynizmem, trudno przecież przewidzieć, czy gdyby nie palili, w takim samym wieku nie zmarliby z innych przyczyn!
Z narkomanami i alkoholikami sytuacja jest z gruntu inna z jednej przyczyny: na ogół nie nadają się do pracy (a to w turbokapitalizmie najstraszliwszy grzech, bo wstyd nie poddawać się wyzyskowi!). Te grupy mają bardzo dużo czasu na konsumpcję, jednak przy drastycznym braku środków płatniczych rodzić to musi przestępczość prymitywną (bo na ekskluzywną ani alkoholik, ani narkoman nie ma pomysłu). Przestępczość prymitywna raczej nie dotyka chronionych bogaczy, natomiast od biedaków i średniaków nałogowiec zbyt dużo na używki nie zrabuje, musi więc kraść lub napadać często. Kradzież to akurat stresik-duperelka (bo środki płatnicze napędzają konsumpcję niezależnie od tego, w czyim są posiadaniu), ale napadnięty nieraz może doznać uszkodzenia ciała skutkującego niezdolnością do pracy (czyli poważnym problemem dla turbokapitalizmu). Za swą niezdolność do pracy obywatel może zostać z niej zwolniony, bo czekają zdrowi. Taki zwolniony nieraz z beznadziei zacznie pić lub ćpać – i mamy błędne kółko (czyli znowu turbo).W przeciwieństwie do nikotynisty, alkoholik bądź narkoman nie ma pieniędzy nie tylko na leczenie (co nikogo nie obchodzi), ale i na pogrzeb (a to już dla wszystkich poważny kłopot). Leczyć się nie musi, bo w kapitalizmie Każdy sam jest kowalem swego losu, jeśli jednak umrze, to (jakże „mądre") przysłowie niestety traci zastosowanie.
Skupiam się głównie na tematyce zgonów i pochówków z pełną premedytacją. Wiem, że „nowocześniaki" nie lubią nawet wzmianki na ten temat, więc robię im na złość. Podjęcie tematu śmierci od razu pozwala rozpoznać, z kim mamy do czynienia. Jeśli rozmówca zżyma się, bulwersuje, ucieka, zmienia temat, histeryzuje,  omdlewa, wpada w szał, depresję itp. – od razu wiadomo, że już mu turbokapitalizm swój wirnik zainstalował pod deklem. Takie wariactwo może się tylko pogłębiać. W związku z „niby-religią wiecznej młodości, wiecznego życia, wiecznego szczęścia" NEOPOGANIE (bo tak się właśnie nazywają „wyznawcy" tej „religii") wylansowali modę pogrzebową o cechach tragifarsy. Otóż robi się wszystko, by „żegnający zmarłego" broń Boże nie zobaczyli zwłok. Ponieważ (jak już mówiłam) tego rodzaju  wariactwo zawsze się tylko nasila, coraz częściej trafiają się już tacy, którzy twierdzą, że nawet urny czy trumny nie byliby w stanie oglądać. Myślę, że już niedługo pogrzeby będą organizowane bez udziału tak „wrażliwych" krewnych zmarłego. Miejsce pochówku również nie powinno być oznaczone, bo przecież widok grobu także może w neopoganach wzbudzić stresy i depresje wbrew ich niezbywalnemu „prawu do szczęścia".
Gdy o „prawie do szczęścia" mowa, od razu kończę dociekania, czego ten turbokapitalizm ode mnie chce, a zaczynam analizy, czy ten głupi ustrój coś mi „do szczęścia" daje. Ani przez sekundę o niego nie walczyłam, przez całe życie głoszę hasło, że lepiej umrzeć z lenistwa niż z przepracowania. Na dodatek też jestem pewna, że gdyby wszyscy byli takimi konsumentami jak ja, turbokapitalizm przestałby się kręcić w ciągu kilku dni i rozpadłby się w kupę śmieci bez użycia bomb i udziału terrorystów. Z taką postawą na pewno nie jestem wzorem obywatela kapitalistycznego, a jednak ustrój ten nie skąpi mi (i to za darmo!) cennych życiowych nauk. Turbokapitalizm tak wspaniale podsyca i obnaża na co dzień (a nie w warunkach ekstremalnych) wszelkie ludzkie wady, łajdactwa i popędy, że jak żaden inny ustrój uczy znać się na ludziach. A bez takiej wiedzy nie ma ŻADNEJ wolności, ani „obiektywnej", ani nawet „subiektywnej"! –Ludzie będą zawsze dla ciebie źli, dopóki okoliczności nie zmuszą ich do tego, by byli dobrzy – nauczał już przed wiekami mistrz Machiavelli! Jak od każdej reguły, i tu mogą trafić się wyjątki, np. osoba dobra bezinteresownie. Pewne jest jednak, że gdy idealista skupi się nadmiernie na zachwytach nad wyjątkami, dostanie po łbie zgodnie z regułą! Z kolei tworzenie odpowiednich „okoliczności" to umiejętność, która wymagałaby omówienia w kilku tomach. W jednym zdaniu mogę podać tylko strategię najprostszą. Jeśli już tak koniecznie chcesz, by źli byli dla ciebie dobrzy, musisz im uzmysłowić, wmówić, przekonać (sposób jest obojętny, byle był skuteczny), że z twoją osobą wiąże się jakiś ich interes czy korzyść. Tym lepszy jesteś w osiąganiu swych celów, im dłużej zdołasz zmuszać złych do okazywania ci takiego „dobra"!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora