Barbara Tylman - Marzyciel

Nie mógł wiedzieć, że to, o czym marzył od dziecka, kiedyś się spełni. Tego zresztą nikt nie wie. Jego marzenie było dość nietypowe. Chciał poczuć się ptakiem i widzieć świat jego oczami. Już jako nastolatek marzył o lataniu. Lubił godzinami leżeć na trawie z lornetką przy oczach i obserwować przelatujące ptaki. W dziecięcej wyobraźni porównywał je do samolotów. Później chciał zostać lotnikiem. Może gdyby jego życie potoczyło się inaczej, dzisiaj byłby pilotem. Samoloty fascynowały go od zawsze, zwłaszcza te nowej generacji. Rozmyślał - jak to jest, że tak długo utrzymują się w powietrzu... Nie mógł tego zrozumieć. Ale póki co, obserwowanie ptaków sprawiało mu wielką przyjemność. Często chodził z głową uniesioną do góry i zdawać by się mogło, że wypatruje tam czegoś, co tylko on był w stanie zauważyć. Mijający go ludzie kiwali głowami, niektórzy nawet znacząco pukali się w czoło, a przecież on odczuwał tylko ogromną tęsknotę za czymś, co jednym przychodziło bardzo łatwo, ale dla niektórych było trudne do osiągnięcia. Nadpobudliwy i nadwrażliwy, spotykał się z wieloma problemami. Starał się zainteresować nimi innych ludzi, lecz nikt jakoś nie kwapił się, aby odpowiedzieć na dręczące go tematy. Szczególnie na te, które dotykały parapsychologii, jasnowidztwa czy śmierci. Nie otrzymawszy odpowiedzi, często wpadał w depresję. Co kierowało tym wrażliwym chłopakiem, że zadawał takie pytania?
Pochłonięty odmiennymi zainteresowaniami, coraz częściej opuszczał szkolne zajęcia. Unikał spotkań z kolegami, stronił od rodziny. Z każdym dniem bardziej zamykał się w swoim, wyimaginowanym świecie. Lubił snuć się samotnie nad brzegami zarośniętych glinianek, zapuszczać się w odludne zakątki zdziczałego parku. Z daleka od ludzi, wiele godzin przesiadywał na powalonych przez wicher pniach drzew. Chodząc ulicami wpatrywał się gdzieś ponad dachy, zupełnie nieobecny pośród stąpających po ziemi. Nawet kiedy stawał przed lustrem, wydawało mu się, że nie widzi w nim swojego odbicia. Chyba coraz bardziej rozumiał, że stroni od kontaktów międzyludzkich. Pogodził się z tym.
W pobliżu miejsca jego zamieszkania rozpoczynano budowę nowego osiedla. Powstawały wieżowce, które swoimi monstrualnymi cielskami intrygowały młodego marzyciela. Coraz częściej widywano go. jak stał wpatrzony w niewidzialną linię dzielącą granicę dachu budynku od nieboskłonu '. Z notesem w dłoni coś zapisywał, obliczał... Mówiono, że rozmawia sam ze sobą. Trwało to od pewnego już czasu i ludzie przyzwyczaili się do widoku tego zaniedbanego, człowieka.
Z młodocianego marzyciela, powoli stawał się dojrzałym mężczyzną. Przez cały ten czas nadal jednak było w nim coś niepokojącego. Przecież powinien założyć rodzinę, mieć dom i zawodową stagnację. A tymczasem stawał się odludkiem, dla którego wszystko co materialne, nie miało żadnego znaczenia.

Pewnego ranka stanął na szczycie jednego ze stojących od kilku lat wieżowców. Głos, który nakłonił go, aby znalazł się w tym miejscu, był rozkazujący i tak bezwzględny, że poddał się temu diabelskiemu podszeptowi. Poczuł ostry powiew wiatru. Spływające z oczu łzy przesłoniły piękny obraz świata. Rozpostarł szeroko ramiona. Wydało mu się, że jest ptakiem. Czuł, że wypełnia się cel jego życia - choć jeden raz unieść się w powietrze jak ptak. Nie mógł wiedzieć, że będzie to jego ostatnie, spełnione marzenie.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież