Ariana Nagórska - Jaśniepaństwo bełkotu

Na temat „euroamerykańskiego raju" szerzej wypowiem się w listopadzie. Teraz jedynie będzie szybka reakcja na artykuł Niewolnicy głupiej mowy z „Akantu" wrześniowego (s. 3), w którym skrajną niewydolność językową Stefan Pastuszewski zobrazował świetnym przykładem młodej matki usiłującej w autobusie wyjaśnić dziecku różnicę między mandatem a biletem. Ponieważ kobieta posiadała w zasobie językowym tylko czasownik mieć, powtarzała stale w kółko, że jak nie będą mieć biletu, to będą mieć mandat. Dziecko słusznie różnicy nie widziało (bo jak nie jedno, to będą mieć drugie) i nie zrozumiało, po co bilet. Dlaczego ludzie operują tylko prostymi schematami językowymi, wyjaśniono jednak też w sposób dość schematyczny: bo są niewykształceni, bo nic nie czytają, jak zwykle wszystkiemu winne są reklamy i aż dziw, że nie pojawił się Internet, jako główny „chłopiec do bicia".
          Mnie jednak bulwersują wcale nie ludzie niewykształceni i nieczytający (którzy spory odsetek w tym kraju stanowili od wieków), tylko fakt, że osoby bez elementarnego słuchu językowego, z zerową inwencją i wyobraźnią, z żenująco niskim zasobem słownictwa, prezentujące nieuctwo wszechstronne, nic nieczytające lub czytające bez zrozumienia treści (analfabetyzm wtórny) – w dzisiejszych czasach nie tylko piszą, ale i wydają sterty książek!
          Z wieloletnich doświadczeń wiem, że jeśli człowiek prosty prosi np. o radę lub wyjaśnienie w sprawie, której nie rozumie (a jest ona dla niego ważna), prędzej czy później zrozumie to, co mu się tłumaczy. Piszący takiego pułapu percepcji NIGDY nie są w stanie osiągnąć. Dziesiątki razy różni tacy pchali się do mnie, bym ich produkcję piśmienniczą (czyli jedyną sprawę na świecie ich interesującą) jakoś ulepszyła lub przynajmniej doradziła, jak ulepszyć. Skorzystać jednak nie zdołali, bo np. po zadaniu pytania gadali dalej, nieciekawi odpowiedzi. Skupić się nie mogli nawet na kilka minut.
         Najlepsza groteska była zawsze wtedy, gdy piszący chcieli mi pokazać, że czytają. Kilka razy nawet chwytali np. „Akant" w mojej obecności i dalejże czytać! Przy okazji odbierali telefony, zerkali w telewizor lub za okno, zagadując mnie co chwilę, mimo że milczałam jak grób, byle sobie czytali bez przeszkód. Końcowy efekt był zawsze jednakowy: – No, już mam przeczytane. – No i co? – No mówię, że mam przeczytane. Czy to nie żałośniejsze, niż rozmowa z synkiem w autobusie owej matki, która przynajmniej próbowała jakąś informację dziecku przekazać?
         Piszący czytający nie martwi się nawet wtedy, gdy z lektury nie zrozumiał nic. Wtedy po prostu uważa, że czytany autor źle napisał. Oprócz spraw seksualnych i własnego pisania niczym innym się nie interesując, siłą rzeczy nie rozumie nawet prostych terminów i sformułowań. Nawet jednak mając pod ręką odpowiednie materiały pomocnicze (np. słowniki, encyklopedie, leksykony), nie sięga do nich, bo i po co? Jak nie rozumie, to nie rozumie, grunt, że ma przeczytane. Analfabetyzm wtórny to coś znacznie gorszego niż nieczytanie, bo taki, co ma przeczytane, niczym od nieczytającego się nie różniąc, uważa się za kogoś lepszego. A jeśli jeszcze przy tym wszystkim pisze – to już elita elit!
         Ponieważ zawsze najchętniej nawiązywałam kontakty w środowiskach nic z literatami niemających wspólnego, mogę zapewnić, że przed nastaniem kapitalizmu piszący wśród nieczytających cieszył się pewną estymą: – Ten to musi mieć łeb!; – Oj, to nie na nasze głowy – mawiano. Właśnie ludzie prości imponowali mi słuszną intuicją, że nie ma nic trudniejszego, jak pisanie wierszy. Istniało nawet odpowiednie, bardzo popularne powiedzonko: Bądź mądry i pisz wiersze, które stosowano wtedy, gdy sytuacja była nie do rozwiązania i zupełnie bez wyjścia. W kapitalizmie natomiast ludzie ci mówią tak: – Wiadomo, że nie czytamy, bo to nie na nasze głowy. Ale też do głów by nam nie przyszło, żeby książki pisać! A tymczasem taki(taka) X, Y, Z niczym się od nas nie różni, a wypuścił(a) już kilka książek. Zawsze odpowiadam wtedy, że różni się od nich zasadniczo: tym, że jest znacznie głupszy(a)! No i korzysta z tego w pełni, bo w kapitalizmie każdy książki „wypuszczać" może, a im głupszy, tym prędzej dostanie dotację, bo przysłowiowego prochu nie wymyśli, jest łatwo przyswajalny, przewidywalny, a tym samym niekontrowersyjnie wygodny dla decydentów. Prostym ludziom nieczytającym wcale się nie dziwię, bo gdyby np. mieli  czytać to, co mi pokazywali jako dzieła swych znajomych, znacznie większy osiągnęli pożytek, biorąc te dzieła na rozpałkę. Z kolei umiejętność wydobycia z hałdy czegoś choć trochę lepiej napisanego (mówię wcale nie o arcydziełach, tylko o literaturze popularnej, która też może być dobrze napisana!) wymagałaby wieloletniej harówy poszukiwawczo-selekcyjnej przy ekstremalnej determinacji. Biedak walczący w kapitalizmie wraz z rodziną o przetrwanie na takie fanaberie czasu mieć nie może!
         Stefan Pastuszewski w zakończeniu artykułu napisał: „Współczuję chłopczykowi z miejskiego autobusu, buntującemu się przeciwko głupocie rozpowszechnianej przez język, bo jego zdrowy bunt nie ma szans powodzenia przy takiej matce". Ja natomiast współczuję tej matce, bo jest bez wyjścia! Gdyby nawet zwróciła się do jakiejś poradni pedagogicznej z prośbą o radę, jak dziecku pewne sprawy tłumaczyć, spotkałaby tam siedzących po znajomości na etatach magistrów, tak samo mądrych językowo jak i ona (choć być może nawet liczne książki „mających w dorobku"!). Chłopczykowi natomiast współczuję, że gdy już będzie uczył się czytać, wcisną mu w „zreformowanej" szkole takie lektury i takie ich interpretacje, że zdolność samodzielnego rozumowania oraz wyobraźnię językową straci.
          
       

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora