Marek Jastrząb - Każdy sobie rzepkę skrobie

Pisarz, to człowiek zajmujący się nie tylko literaturą, ale i diagnozowaniem ludzkiej egzystencji, jej obyczajową ewolucją, przeszłością, przyszłością i obecnym stanem. Nieprzypadkowo to podkreślam, bo w dzisiejszych czasach pisanie o niej z sensem, należy do rzadkości; przede wszystkim zabierają głos ludzie pokroju samozwańczego, uzurpatorzy wiedzy o chybotliwych sądach.
Pisarz nie jest kibicem rzeczywistości; jeżeli widzi zło, powinien o tym mówić. Jeżeli dostrzega niesprawiedliwość, MUSI na nią reagować (w miarę lat zmienia się nasze widzenie, a my razem z nim; Jagiełło  poczułby się nieswojo na widok Krzyżaka z komórką i kolczykiem w nosie.  Ale czy to oznacza, że nie podjąłby z nim walki?).
*
Autorytety odchodzą, okopy i barykady znikają, inżynier dusz także salwuje się ucieczką, literatura traci koronę i robi za wieśniaka, przemowy ex catedra denerwują, to fakty: nie uchodzi taplać się w tej samej rzece. Ale nie można też bez przerwy opowiadać, że jest CACY, że idziemy do przodu, nadganiamy świat. Moim zdaniem gówno prawda, jak mawiał ksiądz Tischner. Bo co mamy w zamian?   
Dusi nas relatywna logika, dwuznaczna przyzwoitość, komercjalizacja życia, nieuprawnione poddawanie w wątpliwość wszystkiego, co było, nuworyszowskie wyważanie otwartych drzwi, wkurza systematyczna praca nad marnotrawieniem kulturalnego dorobku, pedagogiczny obciach z nauczaniem i wychowywaniem, przechodzenie do porządku dziennego nad poznawaniem dotychczasowej roli i historii naszego narodu, strata zbiorowej tożsamości, nadmierna, często niepotrzebna konsumpcja życia, jej zatomizowanie na pojedyncze, egoistyczne osobowości niezdolne do wspólnego działania.  
W literacki krwioobieg wchodzą literaci nie pamiętający życia na kartki, pogoni za niczym, walki o cokolwiek. Słowa takie jak sprawiedliwość, wolność czy niepodległość są dla nich pustymi dźwiękami, mają inne, zbanalizowane znaczenie, dotyczą spraw odległych, abstrakcyjnych, przebrzmiałych. Natomiast literaci odchodzących generacji wolą bezradnie milczeć, pisać w ukryciu, siedzieć po salonowych niszach i zakamarkach przypatrując się obecnym wydarzeniom jak turyści zwiedzający obcy kraj.
Zapanowało luzackie podejście do rzeczywistości, nastąpił powszechny kult młodych lat, dyktat niedojrzałego wieku, zaczęło się więc liczyć dzidziusostwo absurdalnych przekonań, a wiedza i doświadczenie okazały się zbędne; okrzyknięto je mianem nudziarstwa, moralizowania, apodyktycznego gaworzenia. Dawniejsi pisarze miast polemizować z tymi zjawiskami, zamiast sprzeciwiać się im, odpuszczają sobie; nie grają w ataku, lecz na obronie, w drużynie nastawionej na klęskę. Tym samym bronią straconych pozycji, a im bardziej bronią, tym większy jest mój sprzeciw. Moim stetryczałym zdaniem zbyt szybko zeszli do szatni (intelektualnych podziemi czy innych wież z kości słoniowej), bo mecz jeszcze trwa i wiele rzeczy da się naprawić.
Podejrzewam, a jest to podejrzenie na granicy pewności, że nikt W POJEDYNKĘ nie czuje się na siłach do wyrokowania o czymkolwiek, a tym bardziej do naprawiania tych spraw, o których  wyżej. Do tego trzeba wielu ludzi, szerokiej dyskusji, do której wielokrotnie namawiałem. I jak Bóg da, będę robił to dalej.