Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - Niebezpieczne przysłowia

    Przysłowia, jako mądrość narodu, towarzyszą nam od dzieciństwa, wspomagając owocny proces wychowawczy. Choć z reguły operują przenośnią, czasem mają jednak wydźwięk najzupełniej dosłowny. Nie pchaj palca między drzwi – mówiono w kółko mojej kuzynce, która co chwilę miała palec opuchnięty i siny, nie umiejąc też na dodatek zastosować innego przysłowia: Kto się raz sparzył, ten na zimne dmucha. Gdy babcia ubolewała nad tym faktem, powiedziałam, że Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – ale nie spotkało się to z uznaniem dorosłych.
              Pierwsze przysłowie, z jakim zetknęłam się w życiu, brzmiało: Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. – Przecież ja spać nie lubię i nie umiem ścielić! Ściele mama, bo to ona chce, żebym spała. Na tym etapie machnięto na mnie ręką w przekonaniu, że żadnej przenośni i tak nie zrozumiem wskutek wrodzonego braku wyobraźni. – Po prostu ma umysł ścisły i  fantazjować nie umie. Zawsze trzeba jej będzie wszystko wyjaśniać Kawa na ławę! Byłam dzieckiem śmiertelnie poważnym, co cieszyło stateczną babcię, powtarzającą często, że Poznać głupiego po śmiechu jego. Natomiast dziadek-kawalarz był mą powagą poważnie (!) zaniepokojony, bo przecież Śmiech to zdrowie.
              Mimo swej powagi, jako „humorystka" zabłysłam od razu na szerszym forum, ale niestety wbrew własnej woli (bo chciałam wzbudzić podziw, a nie śmiech), nie rozumiejąc zupełnie, z czego ludzie się śmieją. Spacerując z dziadkiem-kolejarzem po peronie, zauważyłam kran, a nad nim tabliczkę z jakimś napisem. Nie umiałam czytać, ale znałam na pamięć napis na makatce wiszącej nad kranem w naszej kuchni, postanowiłam więc udać, że czytać umiem (Kłamstwo ma krótkie nogi). Wyglądałam na dziecię trzyletnie (choć miałam ok.5 lat), gdy więc zaczęłam udawać, że przygotowuję się do czytania, zebrało się sporo obserwatorów. Kiedy uznałam, że widownia jest wystarczająco liczna, „przeczytałam" głośno i wyraźnie: Świeża woda zdrowia doda. Natychmiast buchnął śmiech, a mój „kawał" podawano sobie z ust do ust. Okazało się, że na tabliczce widniał napis: Woda niezdatna do picia. Dziadek od razu na własnej skórze przekonał się, jak uciążliwe może być przysłowie: Kto pyta, nie błądzi, bo im dokładniej usiłował mi odpowiedzieć, tym trudniejsze kolejne pytanie stawiałam. – Czemu wszyscy się ze mnie śmieją? Dlaczego woda w domu jest zdrowa, a tutaj nie? Od czego jest brudna i co w niej pływa? Co by było, gdybym się jej napiła? (Ciekawość, pierwszy stopień do piekła). Wtedy też po raz pierwszy ujawniły się me ciągoty medyczne: – Czy gdybym była lekarzem i napiła się tej wody, to też musiałabym iść do lekarza? (Lekarzu, ulecz się sam). Udręczony dziadek uciął dywagacje stwierdzeniem, że lekarz nigdy nie napiłby się śmierdzącej wody pełnej robactwa! Tym sposobem uzyskał trochę spokoju, bo choć od razu miałam poważne wątpliwości, nic nie mogłam odpowiedzieć, nie znając jeszcze wtedy przysłowia: Na dwoje babka wróżyła.
              Moje ciągłe gadanie, że zostanę lekarzem, spotykało się w domu z pełną aprobatą, bo zawód ten cieszył się sporym prestiżem. Choć uważano, że właśnie powaga i konkretny umysł dobrze by w tym zawodzie rokowały, edukowano mnie jednak na przyszłego lekarza za pomocą przysłowia najbardziej odlotowego z możliwych: Przez trudy do gwiazd! – Pamiętaj, że aby być lekarzem, trzeba się cierpliwie, dużo i długo uczyć, a dobry lekarz uczy się przez całe życie. – Przecież misia Kajtka już wyleczyłam! – W twoim Kajtku trociny zgniły od zastrzyku z wody, który mu zrobiłaś. – Nieprawda. Zastrzyk był na żołądek i mu pomógł. Dopiero później Kajtek zmarł na serce sam z siebie, a nie od zastrzyku! – Ładny mi to lekarz, który nawet nie wie, że w zastrzyku powinny być lekarstwa, a nie woda! – zażartował dziadek w złą godzinę. Narobił tym niezłego dymu (którego nie ma bez ognia). Poinformowawszy podwórkową służbę zdrowia, że nie wolno zabawkom robić zastrzyków z wody, bo to im szkodzi, błyskawicznie awansowałam na ordynatora. Odtąd w ogródkowym szpitalu nasze maskotki dostawały zastrzyki z prawdziwych lekarstw (płynnych lub rozpuszczonych w wodzie utlenionej), wynoszonych chyłkiem z domu przez każdego z członków medycznego personelu. Bunt pacjentów nie wybuchł chyba tylko dlatego, że najczęściej dostawali Nervosol. Nasz resort zdrowia mógłby prosperować dłużej, gdyby nie zadziałało niebezpieczne przysłowie Im dalej w las, tym więcej drzew. Rozochoceni sukcesami medycy szybko popadli w pychę (Pycha na dno spycha) i rutynę, a tym samym zaczęli nudzić się, wygłupiać i świrować, lekceważąc pacjentów. Na początek ośmioletnia pielęgniarka zaproponowała zakład, że jeśli dam jej oranżadę, to wypije duszkiem pół butelki pewnego syropu, bardzo (jej zdaniem) niesmacznego. Świadoma, że Chciwy podwójnie traci, oranżadę natychmiast jej podarowałam, bo Show must go! Gdy już Kości zostały rzucone, a Rubikon przekroczony, wystartował w konkursie ratownik-równolatek, wypijając tyle samo syropu co pielęgniarka, tyle że bez popijania oranżadą. Choć dostał torsji (Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą), został niedościgłym mistrzem (Na bezrybiu i rak ryba), postanowiłam więc udowodnić mu, że Lepsze jest wrogiem dobrego. Mimo że wypiłam całą butelkę syropu, to w przeciwieństwie do byłego mistrza (Co wolno wojewodzie, to nie tobie narodzie) nie zrobiło mi się niedobrze, tylko wręcz przeciwnie (Przez trudy do gwiazd). Na mój widok aż trzy inne lekarki zgłosiły akces do konkursu, bo Apetyt wzrasta w miarę jedzenia. Ponieważ syropu nie starczyłoby już dla wszystkich, zaczęły się kłócić, a gniew jest złym doradcą. Choć w końcu zmusiłam je, by były cicho (Im ciszej jedziesz, tym dalej zajedziesz), uzyskałam tylko ciszę przed burzą, bo swym wcześniejszym hałasem wywołały wilka z lasu, czyli ściągnęły nam na głowy agresywne oddziały dorosłych. W tamte wakacje nikt z nas nie miał już okazji zaznać medycznego natchnienia (W czasie wojny milczą muzy).
              Przez całą podstawówkę nauczyciele chętnie powtarzali nieco przestarzałe i mętne powiedzonko: Paluszek i główka to szkolna wymówka, a uczniowie zastanawiali się, co autor chciał przez to powiedzieć. Dopiero w ósmej klasie jeden z gorszych uczniów wskutek młodzieńczego  buntu wobec tego przysłowia (a być może też wskutek burzy hormonalnej) został nagle poetą i wyjaśnił: Paluszek z główką nie ma nic wspólnego, bo służy do czegoś zupełnie innego! W tym czasie było już też wiadomo, że Duch tchnie, kędy chce, bo wiele uczennic pisało wierszyki. By nie ośmieszano Ducha, po raz pierwszy ośmieliłam się dodać do znanego  od stuleci powiedzonka własny tekst: Duch tchnie, kędy chce, ale nie chce byle gdzie. Od nestorów rodu, chodzących do szkół na przełomie XIX i XX wieku, znałam też powiedzonko zupełnie już za mej młodości nieaktualne: Choćby cię smażono w smole, nie mów, co się dzieje w szkole. Jak na ironię, w liceum przypomniała je nauczycielka chemii, której  niejedno doświadczenie (że się po swojemu wyrażę) zdryfowało rykoszetem w poprzek instrukcji. Wtedy to stare powiedzonko przerobiłam, dostosowując je do swych szkolnych realiów: Choćby cię smażono w smole, nie mów, że wybuchło w szkole i że groźna u nas chemia jak cholery epidemia! Najlepsza uczennica zwróciła mi wtedy uwagę za pomocą przysłowia Przyganiał kocioł garnkowi, co miało oznaczać, że sama nic z chemii nie umiem, a nauczycielki się czepiam. Ten tok rozumowania wydał mi się kompromitujący nauczycielkę, a zastosowanie przysłowia nietrafne, odrzekłam więc: – Wyglądało na to, że strzeliłaś kulą w płot, ale to za mało, bo chyba wcześniej ktoś ci strzelił sztachetą w półkulę. Tak czy owak, nauczycielka miała dla mnie chyba nie tylko cierpliwość, ale i empatię, bo choć Zemsta jest rozkoszą bogów, zamiast mścić się, zawsze stawiała mi naciąganą tróję, co uzasadniła mojej mamie w taki sposób, że rodzicielka omal nie dostała zawału (bo Strach ma wielkie oczy). – Nie mogę postawić więcej jak słabą tróję, choćbym bardzo chciała. Córka absolutnie NIC nie umie z podręcznika, ale przedmiotu nigdy nie lekceważyła. Nie brak jej ani chęci, ani (przede wszystkim) odwagi.  Zgłasza się do doświadczeń i zawsze próbuje robić je po swojemu, niezależnie od ryzyka. Jak widać, w tamtych czasach odwaga jeszcze nie staniała i każdy mógł bez przeszkód być kowalem swego gwoździa do trumny (jednak nie wszyscy Wybrańcy bogów umierają młodo!).  Gdy ta sympatyczna nauczycielka od niekontrolowanych wybuchów (Nie taki diabeł straszny jak go malują) w doskonałym zdrowiu odeszła na późną emeryturę, samokrytycznie uczciłam ją przysłowiem Baba z wozu, osłom lżej. W domu w tym czasie (z uwagi na aspekt farmaceutyczny) unikano już jak ognia wszelkich zachęt do studiowania medycyny, usiłując z kolei zaakceptować me wielostronne ciągoty artystyczne, czyli z gruntu wstrętne dla starszego pokolenia zapiski, rysunki i śpiewy. – Dochodu przyniesie to mniej niż medycyna, ale pieniądze szczęścia nie dają, a przynajmniej nie będzie więcej miała związku z chemią! – Nie chwalcie dnia przed zachodem słońca – odpowiadałam natychmiast.
              Przysłowia – mądrość narodu, tak w wersji oryginalnej, jak i przekształconej towarzyszą mi do dziś. Ciąg dalszy relacji na ten ekscytujący temat na pewno nastąpi.  U schyłku wakacji świadomie ograniczyłam się tylko do radosnych epizodów dziecięco-młodzieńczych, by swą dorosłością nie psuć ludziom ostatnich dni beztroskiej (mam nadzieję) urlopowej atmosfery. Ponieważ zaczynano mnie edukować od przysłowia Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, dziś na pościelach, ściółkach, snach, letargach, transach, półsnach i relaksach znam się jak mało kto. Niedawno w Trójmieście psychologowie założyli szkołę ćwiczącą różne umiejętności związane ze snem (np. zapamiętywania snów po przebudzeniu, świadomego kontrolowania fazy półsnu itp.).  Chętni do nauki nie tylko solidnie płacą, ale jeszcze muszą czekać na termin kursu w długich kolejkach. Ja podam nieodpłatnie (tak jak zrobiłam to już w Internecie) podstawowe parametry ścielenia i spania:
                                         Jak sobie nie pościelesz – to się źle wyśpisz.
                                         Jak sobie źle pościelesz – to nie zaśniesz wcale.
                                         Jak sobie dobrze pościelesz – to nie wstaniesz na czas do pracy.
                                         Jak sobie za dobrze pościelesz – to nie wstaniesz nigdy!
            

    Również tego autora