Marek Jastrząb - Inteligencja na prąd

Generalnie jest tak: literatura niepiękna, czyli podobna do „Trędowatej" puszy się na górnych półkach, a „Czarodziejska góra" dogorywa na dolnych. O ile nie wala się po piwnicach i zapleczach. Generalnie, gdyż niekiedy zdarzają się wyjątki: z rzadka trafiają się książnice wyposażone w lektury dla ludzi o wyrobionym smaku.
Utrzymuję, że jak świat światem, wybitna nigdy nie była masowa, tylko elitarna. A twórca i czytelnik zamieszkiwali dwie nieodległe planety; na pierwszej bytowali twórcy, drugą zaludniali adresaci. I żyło się im kompatybilnie; powinnością autora było pisanie, rolą konsumenta – interpretacja, refleksja, burza myśli wzbogacających mu obraz rzeczywistości. Jak czytelnik chciał podzielić się z autorem swoimi przemyśleniami, mógł napisać do niego list. Teraz się pomieszało i zamiast dwóch planet, mamy jedną.
Prawdą jest, że za czasów dyktatury ciemniaków czytało się więcej „Ulissesów" aniżeli harlequinów, albowiem nie było wyboru. Jednakowoż z chwilą, gdy nastała wariacka komercja i strzeliliśmy wolności w stopę, półeczki zaroiły się od zakalców z książkopodobnymi przetworami, więc mamy, co mamy: tryumfalny powrót do kiczowatej twórczości dla kucharek.
Z tym, że współczesna kucharka ma większe aspiracje: nie walczy o prawo do stania przy droższych garach, ale jest wyemancypowana, sfeminizowana, jeździ po zagranicach i ubiega się o stanowiska w biznesie nazywanym rząd.
A niekiedy wychodzi spod szafy na mole niczym jamnik udający dobermana. Przyobleka się w sztuczne gronostaje i zamienia wałek do ciasta na klawiaturę z weną. Uzbrojona w klikające gęsie pióro, zasiada do komputera wklepując mu w trzewia co gorsze płody poronionych myśli. W ten sposób powstały w Internecie różne literackie quodlibety i Stowarzyszenia Popierania Byle Czego (tu ośmielę się rzec: popieralnictwo jest potrzebne, a nawet nieodzowne, ponieważ pojedynczy, marny tekścik sam się nie obroni i trzeba go podeprzeć jak największą liczbą entuzjastycznych wpisów typu cacy).
Komentarze pochodzą od zaprzyjaźnionych tekściarzy i są pewnego rodzaju opiniotwórczym rewanżem powstającym wedle netykietowego prawa: ja ci komcia, ty mi komcia; ty  życzliwa, ja ci też.
Albo życzliwy. Celowo zmieniłem kobiety na mężczyzn, gdyż obskurancką niesprawiedliwością byłoby zawęzić obecność pisarskich kuchcików do brzydszej płci; wszak i tu obowiązuje równouprawnienie: powszechny dostęp do kultury, to demokratyczna zdobycz jesieni naszego średniowiecza i nie ma to tamto.
Poprzednio twierdzono, że nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Teraz mówi się, że kulturalnym człowiekiem może być każda/y łachmyta. Ani wiedza i praca nad sobą, ani jakiś tam idiotyczny profesjonalizm i rozeznanie w Historii dorobku kulturalnego, nie stanowią już o człowieku, ale wewnętrzne przekonanie, że się umi i się wi; reszta jest fraszką, jak powiedział Hamlet. Toteż wśród wielu czytelników przeważa zgubny sąd, że artystą być, to małe piwo.
*
Mamy trzecie tysiąclecie. Gazety są wypierane z istnienia. Tradycyjne wydawnictwa cierpią na niestrawność. Włada nami Jaśnie Nieoświecony Internet wykuwający czytelniczy gust, układający listy wydawniczej popularności. Ludzie wyedukowani na wierze w jego wszechmoc, idą do księgarń i poszukują pisanych stylem, do którego nawykli w WIELKIEJ CZYTELNI, jaką jest.
Niemniej jednak trzeba uświadomić sobie, że jego wszechmoc, to iluzja. Wystarczy uzmysłowić sobie, że padnie prąd, urwie się kabelek, sfajczą laptopowe baterie, nagle przestanie działać Word zaprogramowany na względnie poprawną pisownię  tudzież znikną słowniki i rozmaite Wikipedie. Z mety nastąpi odsiew prawdziwych pisarzy od gryzipiórków. Z punktu okaże się, że bycie artystą nie należy do fraszek i bez literackiego przygotowania jest się ciemnym jak tabaka w rogu, a prócz tego, że się umi i wi, trzeba odstać swoje w kolejce po um.
Usprawiedliwienie
Niemrawym uchem wyobraźni słyszę docierające pomruki oburzenia pod adresem moich wypowiedzi, istne kaskady pretensji na temat malkontenctwa, goryczy, przejaskrawień i dosadności. Żem w swoich tekstach zbyt ostry, napastliwy a zwłaszcza – kasandryczny i niesprawiedliwy. Lecz czy mogę być inny, kiedy zaczynam konfrontować naszą rozmydloną rzeczywistość z zaprzepaszczonymi ideałami? Wyrażam się w ten sposób o ludziach, którzy godzą się na kulturalne idiotyzmy. Przy sposobności oświadczam z dumą, że wolę być frustratem, niż zwolennikiem uśmiechania się przez łzy, robienia dobrej miny do złej gry, zamknięcia się w wieży ze słoniowej kości, wejścia do getta dla wybranych i siedzenia na ksobnym przypiecku.
Nie rozumiem egoistycznej filozofii rezygnacji z pomnażania dostępu do powszechnego dobra. Nie mogę przystać na aprobujące traktowanie obecnych zjawisk. Zgodzić się na planowe niszczenie programów lektur i likwidację i przeprofilowanie wydawnictw, tudzież kulturalnych czasopism.
Zaślepiła nas pogoń za zyskiem. Wszystko, co robimy, musi być rentowne. Niszczy nas dochodowe, koniecznie opłacalne, biznesowe patrzenie na kulturę; mam wrażenie, iż rozmnożona ponad miarę administracyjna rzesza niekompetentnych ludzi z Ministerstwa Kultury, uczyniła dbanie o nią ubocznym, a szkodzenie jej, swoim głównym zajęciem.
Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mam się cieszyć z faktu, że gdzie nie zagadam o sprawie dotacji na rzecz kultury lub udzielania stypendialnej pomocy zdolnym twórcom, tam słyszę o rokrocznych obniżkach wydatków na nią.
Odwiedzam niejedną poczekalnię, pokornie zaglądam do ministerialnych sekretariatów i dziwię się, że tak ozdobne, upstrzone palmami, marmurami i niklem urzędy nie mają pieniędzy na bankrutującą kulturę, naukę, oświatę, że ledwie zipią i w zasadzie same powinny pójść na żebry. Dziwię się, bo to z moich składek i dziesięcin urzędnicy mają za co zbijać bąki, stroić odmowne miny i pokazywać mi, gdzie są drzwi.
Nadzwyczajny dodatek
Nie można umieć na 100%. Człowiek pobieżny, uważający się za erudycyjnego macho, popełnia śmiertelny grzech pychy, ma skażone, toksyczne, ograniczone pole manewru, dysponuje chybotliwym zestawem argumentów, które są w zasadzie słuszne, niejako  właściwe i ogólnie wyznawane, dopóki nie trzaśnie się w łeb i nie odkryje nowych.
Im mniej wie, tym łatwiej mu lawirować pomiędzy interpretacjami. Orientuje się co prawda, że komuś biją dzwony, lecz co to za powód do dumy, skoro nie zna ich znaczenia dla samotności dzwonnika, ma blade rozeznanie o jego rodzinie i jeszcze skromniejsze pojęcie o ilości spróchniałych schodów prowadzących na wieżę, gdzie mieszka, nie mówiąc o ewolucji ludwisarstwa w Kolumbii.
Lecz kiedy już nareszcie przekopał się przez encyklopedyczną wiedzę o kraju, skąd bije dzwon, i gdy stał się niekwestionowanym autorytetem w temacie „Kolumbia", jedzie po mapie spłoszonym wzrokiem i widzi, że tuż  obok rozciąga się Wenezuela, jego następna,  rozdzwoniona ignorancja, kolejna przestrzeń nasycona sidłami dylematów, przestrzeń w której dzwony stanowią ledwie szczyt góry lodowej, bo oto pojawiają się przed nim dodatkowe, towarzyszące zagadnienia związane z dziejami metalurgii podczas wypraw krzyżowych. A gdy przebrnął przez problemy związane z dzwonami, dowiaduje się, że w Hiszpanii, krainie byków i Picassa, też jest co nieco do przyswojenia i tam też można popisać się nieuctwem.


 
Katharsis po szkopsku
Wprowadzenie
Ze Wschodu na Zachód i z Zachodu na Wschód przewalały się przez naszą ziemię orężne bandy wyzwolicieli. W skrzynkach, pakach i tobołach, ze Wschodu na Zachód wędrowały zdobyczne trofea, obrazy, rzeźby i meble, kolekcje znaczków, monet, arcydzieł znanych, lub nie. Książki, foliały, starodruki pisane ręcznie, kunsztowne rzemiosło dawnych mistrzów, schowane pod ziemią, ukryte w piwnicy, wyszarpane niemieckimi, radzieckimi, napoleońskimi szponami, zasilają muzealne zbiory naszych najeźdźców.
Pierwszy, główny kanibal Francuskiej Rewolucji, początkowo jej gorliwy wyznawca, późniejszymi laty zaś – cyniczny Cesarz, cwałował po Europie ze słowem o równości, wolności i braterstwie, a gdzie nie zawitał, tam zostawiał po sobie – śmierć, ruiny, zniszczenie. Drugi, osobnik o złowrogim nazwisku, znalazł się w naszym kraju z powodu zbrodniczej idei polegającej na ukatrupieniu wszystkich, których nie lubił. A jako, że w jego pazernej drużynie nie brakowało koneserów – złodziei w rodzaju Goeringa, zbieracza cymesów nie tylko żydowskiego pochodzenia, kanalie te całymi pociągami towarowymi wysyłały do swojego kraju wszystkie zdobyczne precjoza. Trzecim, zbrojnie odwiedzającym Polskę było wąsate słoneczko; wyzwoliło nas od pacykarza, lecz, w podzięce za ten czyn, traktowało jak swój zniewolony naród, a mianowicie zabijając i więżąc w syberyjskich bezkresach.
Wszystkie te wojownicze truchła przewłóczyły się po naszym kraju już dawno temu, ale ich szemrana obecność jest w nas ciągle żywa. Spustoszenia poczynione przez Napoleona, Hitlera czy Stalina kiedyś może ulegną erozji pamięci i kiedyś może będziemy cieszyć się, że dano nam w pysk. Ale jeszcze (mam nadzieję) nie zdurnieliśmy z kretesem, jeszcze pamiętamy że, jak mawiał kapelan w „Damach i Huzarach" Fredry, na widok bezeceństwa: kraść NIE UCHODZI. Uczestnicy, świadkowie tamtych dni, przestają być liczni, a na ich miejsce przychodzą zastępy ludzi, którym swobodnie powiewa to, co było, gdy ICH nie było. Bo na areny naszego świata coraz tłumniej przychodzą ci, którym zależy nie na tym, by być, tylko na tym, by MIEĆ.
Prawda drugiej świeżości
W ramach jątrzenia, zadrażniania i odwracania kotka ogonkiem, w akompaniamencie medialnych petard, uroczyście, skwapliwie i entuzjastycznie, w porze największej oglądalności, został nadany przez naszą TV fabularny wytrysk myśli niemieckiej o wzruszającej nazwie „Nasze matki, nasi ojcowie". Ale nie to jest istotne, że pokazano go W OGÓLE. Istotne jest to, że owo poronione dzieło znalazło się w najlepszym czasie antenowym. Podczas gdy programy telewizyjne warte jak najszerszego upowszechnienia, emitowane są w późnych godzinach nocnych, gdy tak zwana oglądalność bliska jest zeru.
W efekcie pokazano nam historyczny landszaft: umiejętnie wypaczony i celowo rozmywający niemiecką odpowiedzialność za wywołanie wojny. Nie można oglądać go inaczej, niż jako jeszcze jednej, bezpardonowej próby wysondowania społecznych nastrojów. Sprawdzenia, czy już można bezkarnie gwałcić historię i czy nie spotka się to ze zdecydowanym protestem gwałconego narodu. Pod tym względem niemiecki eksperyment się powiódł: daliśmy się sprowokować do płaczliwego tłumaczenia; zamiast z punktu wysłać do diabła wszystkie te fabularne androny i nie certolić się z pokrętnym przesłaniem nawiedzonych producentów, sprowadzamy go migiem, usłużnie i naprędce czynimy wokół niego medialny łoskot, nadajemy sześciokrotnie w ciągu trzech dni, zapraszamy do  rozmowy na jego temat. Czyli reagujemy jak frajerzy; jak zazwyczaj. Podobnie słabiutko, jak kiedy złośliwie dźgają nas POLSKIMI OBOZAMI KONCENTRACYJNYMI.
Tu naiwny wtręt: jak długo wypada debatować, ile jest dwa dodać dwa? Pół sekundy na poziomie matematycznym. Natomiast na etapie akademicko – przedszkolnym nie starczyłoby tygodnia bełkotliwych rozważań prowadzonych w stylu dyskusji o niczym. Czy uchodzi toczyć namiętne spory, rozważać jakieś opcje i alternatywy na temat tego, co jest oczywiste i zrozumiałe dla każdego Polaka? Sprzeczać się z nowymi generacjami baśniowych historyków, spekulować, skrzykiwać kongresy, edukacyjne nasiadówy, sofistyczne igrce, by uzasadnić, że wojnę wywołali Niemcy i przyszła stamtąd?
Uchodzi, i to jak najbardziej, gdyż tego rodzaju deliberacje są właśnie teraz konieczne. Nieodzowne, gdyż dopóki są jeszcze naoczni świadkowie tamtych wydarzeń trzeba, można i warto dementować, wyjaśniać, tłumaczyć, co i jak oraz dlaczego. Pomimo to byłem rozczarowany, zawiedziony, pełen obaw o nadchodzącą przyszłość, gdyż po wyświetleniu wspomnianego gniota rozpoczęła się fachowo nijaka dyskusja na temat filmu. Właściwie nie tyle dyskusja, co teoretyczny mamrot zaproszonych gości przerywany oracjami konsultanta zachwyconego własną niewiedzą; podczas szklanej erystyki odnosiłem wrażenie, że uczestnicy nie są przekonani, czy mówią o tych samych wydarzeniach: zabrakło mi w niej postaci formatu Ireny Sendlerowej, Marka Edelmana czy Władysława Bartoszewskiego. A z historyków z prawdziwego zdarzenia – Normana Daviesa.
*
Pewnik: producent chce na swojej produkcji zarobić. Toteż profilaktycznie angażuje konsultanta po to, by nie być narażonym na plajtę i zażenowany śmiech pustawej sali. W moim pokrętnym rozumieniu słowo konsultant oznacza kogoś, kto się doskonale zna na przedmiocie swojej konsultacji. Zna i potrafi wyłuskać ze scenariusza wszelkie nieścisłości czy przekłamania. Jeżeli się nie zna, nie ma prawa należeć do cechu, bo tylko się błaźni sprawiając wrażenie ślepca tokującego o kolorach, bo w trosce o zdrowie psychiczne widza powinno się go izolować od publicznego zabierania głosu.
Film miał być wojenny. Lecz rzeczony profesjonalista zapomniał o tym, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy w odróżnieniu od niego byli na wojnie. Jeżeli w tej telewizyjnej dyskusji słyszę, że „film budzi sympatię", zastanawiam się, czyją. Bo z pewnością nie ojców i matek pomordowanych dzieci. Nie Polaków. Albo Żydów ocalonych z zagłady, siedzących po obozach, chwytających za broń i walczących z   Bogu ducha winnymi Niemcami.  
Tak rzec może tylko człowiek młodej daty, ktoś, kto wie o wojnie mniej niż niewiele, czyli ekspert dysponujący wiedzą gorszą od beznadziejnej. Otóż nie sympatię film ten budzi, ale obrzydzenie. Szczególnie wśród jeszcze żyjących ofiar i dzieci uratowanych od śmierci lub zatłuczonych przez niemieckich, „sympatycznych" zwyrodnialców. Ale nie w kraju Goethego! Tam odwrotnie, tam nie prawda się liczy, ale metodyczne wypieranie jej ze świadomości.
Lecz i u nas zdarzają się zwolennicy chowania głowy w piasek. Podczas lektury licznych wypowiedzi na ten temat, natykam się na takie oto perełki:
To sprawnie zrobiony film, oglądałam go z prawdziwym zainteresowaniem pomimo rozmaitych błędów. Zresztą trudno nie obejrzeć komuś, kto tak kocha historię XX wieku jak ja…
Lub:
Zamiast tracić energię na bezproduktywne oburzenia, że Niemcy zrobili serial, który w złym świetle przedstawia polską historię i Armię Krajową, powinniśmy – wspólnym głosem mediów, polityków, a zwłaszcza widzów – wymusić na polskich stacjach telewizyjnych, by robiły seriale, w których historia naszego kraju będzie pokazywana w sposób, który nie będzie nam ubliżał.
Pogląd na czasie, lecz zaraz po nim jego autor się zagalopował i, mówiąc po młodzieżowemu, pojechał po bandzie: nie jest obowiązkiem Niemców zajmować się historią Polski, musimy to robić sami.
Faktycznie, musimy. Ale musimy też stale podkreślać, że w przyrodzie nie występuje historia inna niż jedna, oparta na faktach i nie ma w niej miejsca na gołosłowne przypuszczenia. Że na nic się zda fabrykowanie jakiś fikcyjnych wersji a la Hollywood: jest wojna i wiadomo, kto atakował, a kto odpowiadał na atak. Kto był katem, a kto ofiarą. Nie może być tak, że jedna wersja przeczy drugiej: niemiecka będzie mówić o bandytach z AK, a polska da na to pozwolenie i założy jakieś samobójcze być może tak było.
I na koniec festiwalu internetowych komentarzy:
Scena w której oddział AK z pogardą w oczach skazuje na śmierć potwornie skrzywdzonych, głodnych, chorych i przerażonych Żydów – więźniów obozu koncentracyjnego, to był skandal po którym moim zdaniem w sprawę powinien się zaangażować MSZ lub IPN – i to te instytucje powinny w oficjalnej nocie spytać producentów lub dystrybutora filmu: "Czy jest jakikolwiek dowód historyczny na takie wydarzenie?" Niemcy twierdzą, że żołnierze AK rozstrzeliwali Żydów, skazywali ich na śmierć głodową a za ich ratowanie wymierzali karę śmierci.
Zgoda, zdarzali się hitlerowcy odmawiający wykonywania  zbrodniczych rozkazów. Lecz była ich garstka i z nimi warto nawiązać dialog. Natomiast większość ochoczo, gorliwie i z entuzjazmem uczestniczyła w ludobójstwie. I z nimi nie ma o czym gadać. I o tym nie uchodzi zapominać.
To by było na tyle względem wprowadzenia.
*
Ostatni mój artykulik kończyły słowa: „maluczko, a Niemcy zaczną hopsać po Historii i udowadniać, że to my zrobiliśmy światową zadymę; niedługo, a Putin uderzy w hucpiarski dzwon i będzie się od nas domagać przeprosin za Katyń." Co prawda Putin jeszcze nie ruszył do boju , ale bądźmy złej myśli: wszystko przed nami.
Na razie pojawili się ukrzywdzeni z Niemiec montując własną lekcję Historii, dając Polakom instrukcję prawidłowego rozumienia dziejów drugiej Wojny Światowej; widziana liberalnymi oczętami współczesnego Europejczyka, przedstawia ciężki los oprawcy w zażydzonym kraju nad Wisłą.
Przedstawiono nam film wybitnie propagandowy i zdecydowanie rasistowski. Z tym, że to Polacy są plugawymi antysemitami, natomiast uczciwi hitlerowcy zostali wmanewrowani w niechcianą wojnę. Z całego serca wzdragają się przed mordowaniem, torturowaniem, a w przerwach od wypełniania okrutnych rozkazów, zaciekle walczą o honor Żydów, stając w ich obronie przed bandytami z AK...
Taki przekaz zionie z ekranu. I na podstawie jego zafałszowanej treści finguje się współczesne poglądy na  przeszłość. Film jest rozbrajająco głupi i do tego stopnia masakruje znane fakty, że aż wyrządza szkodę. Jest szkodliwy, bo adresowany do tych, co nie przeżyli wojny, a więc do pokolenia dzieci zbrodniarzy. Szkodliwy, bo nie trzyma się udokumentowanej rzeczywistości, a jego wyemitowanie w Polsce, miast zabliźniać wojenne rany, z powodzeniem je odświeża. Jest produktem schorowanej wyobraźni historycznego bajkopisarza, czyli cherlawego relatywisty w masce  Europejczyka: to błazeński potworek fabularny sprzeczny z niepodważalnymi faktami, potworek sprytnie i tendencyjnie buszujący po wypaczonych realiach. Uplasowany w absurdalnych sceneriach i sztucznych sytuacjach, w sceneriach oderwanych od wszelkiego prawdopodobieństwa, miał przekonywać widza, że i diabeł ma wieloaspektową duszę i jemu też należy się współczucie, wyrozumiałość, odpuszczenie i rozgrzeszenie...
*
Gdyby zdarzył się cud i nagle zaczęlibyśmy inwestować w wykształcenie, byłaby to (dla wielu grup rozdających stołki) – tragedia. Nagle bylibyśmy narodem otwartym na zrozumienie innych ludzi, a więc narodem tolerancyjnym dla WSZYSTKICH grup społecznych, narodem mniej zgorzkniałym i zaściankowym.
Lecz nie ma się czego bać: to na razie utopia; nauka doinwestowana i oświata opłacalna, wynalazczość przynosząca wymierne korzyści, byłyby to nader groźne pomysły na państwowy dobrobyt, pomysły ryzykowne, bo na cóż wtedy byśmy narzekali? Gdzie by się podziało pokazywanie nas palcami, szydzenie z naszej ciasnoty umysłowej ksenofobii? Jak, przy wzroście świadomości społecznej, w otoczeniu ludzi światłych mielibyśmy utrzymać jaskiniowe przekonania na tematy takie, jak historia, moralne i militarne skutki Powstania w Warszawie? Gdzie by się podziało wmawianie nam, że jesteśmy jojczącym narodem gamoni, ludźmi skazanymi na niepowodzenia i wieczne rozpamiętywanie klęsk?

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież