Rafał Jaworski - Podróż na Kresy A.D. 2013 – bryk sprawozdania, pierwociny konstatacji

Za oknem kolejna burza: - słotna wiosna w czerwcowy wieczór. W ogródku ( na skromnej, małopolskiej ojcowiźnie), wbrew aurze wzrasta lubczyk, pomidory, cynie, moc nagietek i słoneczniki. Patrzę na blat biurka. Zamieszkuje go kamienny okruch krzemienia z Krzemieńca, wołyńsko-sarmackich „Aten" XIX-ego wieku, który za jedyną złotówkę oferował siedmioletni, ukraiński malec o mocno przemoczonych stopach; - bryłka piaskowca wyciągnięta z błota Okopów Trójcy Świętej (tych od „Nie-Boskiej" Krasińskiego) w widłach Dniestru i Zbrucza, obok ruin ziemnej twierdzy i kamiennej bastionowej bramy zwanej Lwowską; - oraz wirtualny odszczerbek bazaltu z bruków królewskiego Lwowa. Odszczerbek domniemany, bo nie miałem ze sobą młotka, aby trzy dni temu tę fantazję urzeczywistnić i przemycić w granice Eurokołochzu ( a tu na granicy Polacy pilnują kontrabandy jak za pokrewnej komuny, nawet z wyrywkowym otwieraniem walizek turystów, aby nie przewieźli jednej flaszki więcej niż mówi unijne prawo). Wszak byłem w nieomal mitycznym „Tam" z profesjonalnym biurem usług dla powierzchownych zwiedzaczy zagranicznych krain i akcesoria typu: - radź sobie sam, nie były mi niezbędne. Ale jakaś Trójca, czyli doskonałość, jednak zaistniała. Oczywiście w sensie czysto poznawczo-symbolicznym, na poziomie emocji przeżyć, jeśli teraz ją widzę i nie jest całkiem ulotna w mdławym świetle ekranu komputera. Polska tradycja rani czystość modernizacji bytu narodu Ukrainy, który zaistniał z nasienia zbiegłych pańszczyźnianych chłopów i szlachty upadłej wobec prawa Rzeczpospolitej.
Zacznijmy od wyrazistej symboliki rodem z „literackiej stajni": - twierdza Okopy Świętej Trójcy (na miejscu Wałów cesarza Trajana) była zbudowana w roku 1692 przez hetmana Stanisława Jana Jabłonowskiego jako kontr-umocnienia obronne dla zajętego przez Turków pobliskiego Chocimia. Tutaj w roku 1769 ósmego marca przed „sojuszniczym" dla „Króla Stasia" wojskiem Moskali broni tej narodowej relikwii Kazimierz Pułaski, barski konfederata ( aż dwustu zabitych po stronie polskiej w trzy godziny). Barska konfederacja, to trzeba przypominać, była pierwszym powstaniem narodowym, wyzwoleńczym mimo, że jeszcze nominalnie Rzeczpospolita funkcjonowała jako samodzielny twór państwowy, królestwo. To, że Kazimierz Pułaski usiłował porwać króla, który został wybrany demokratycznie (pod presją rosyjskich bagnetów stacjonujących na terenie wolnej Rzeczpospolitej), świadczy o determinacji prawdziwych patriotów. Ta ziemia, Ziemia „Okopów" spłynęła realną krwią, którą osąd historyczny przekształcił w prawdę ojczyźniano-mityczną i to w sposób, i na sposób, wprost mistyczny, tzn. korelujący się z prawdą w jej autentyzmie przeżytym przez zbiór osób, nie tłum. Polacy odbudowali kościół, w którym spalono żywcem część konfederatów, ale UPA w roku 1943 raczyła go spalić ponownie wraz z uciekinierami przed ich wizją narodową. A dzisiaj w każdym mieście i miasteczku jest ulica poświęcona tymże barbarzyńcom spod znaku Bandery(o mentalności Krzywonosa, który zburzył górny zamek we Lwowie w 1648 na czele gardzącej śmiercią i kulturą swołoczą naddniestrzańską). Polityczna poprawność (również w filmie Hofmana) bardzo się stara unikać faktu, że pucz Chmielnickiego miał również wymiar antysemicki i takiej rzezi miejscowi Żydzi nie doznali, aż do wkroczenia wojsk Adolfa Hitlera, z którymi to weszli w układ ukraińscy szowiniści.
Dla przeciwwagi tych mrocznych oczywistości przytoczmy dumny fragment
„Pieśni konfederatów":
Nigdy z królami nie będziem w aliansach,
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,
Bo u Chrystusa my na ordynansach,
Słudzy Maryi. (…)

Bo kto zaufał Chrystusowi Panu
I szedł na święte Kraju werbowanie,
Ten, de profundis, z ciemnego kurhanu
Na trąbę wstanie.
 
Spotykamy tutaj panią Anielę Biela, 89-letnią Polkę, ubraną w kuchenny fartuch, którego krój pamiętam z lat dziecinnych, córkę oficera Korpusu Ochrony Pogranicza z okresu międzywojennego. Ojciec pochodził z małopolski, konkretnie z podkrakowskich Myślenic. Pani Aniela pokazuje nam ksero jego zdjęć i bardzo dobrze posługuje się po latach polskim językiem, równie dobrze jak nasz przewodnik ze Lwowa, który ukończył Politechnikę, a poglądy ma jaskrawo prawicowe, choć jako funkcjonariusz Biura akcentuje swą apolityczność i zadziwia nas znajomością realiów polskich, politycznych, gospodarczych w końcu. Wie np., że Pani Kopacz przekopała ziemię smoleńską na jeden metr i że patomorfolodzy pracowali z rosyjskimi ramię w ramię. Pani Aniela to ostatni, żywy przyczółek polskości w ostępach tej krainy. Jej siostra, którą się opiekuje, nie może już chodzić samodzielnie. W 1928 roku tutaj stworzono stanicę KOP-u i wtedy przyjechał bronić Kresów jej ojciec (niczym Jerzy Wołodyjowski). Jest ostatnią Sarmatką – nie ma już innych Polaków. Z upragnieniem czeka na Mszę Św. w polskim odbudowywanym obecnie kościele (prezbiterium przykryte dachówką). Niestety, wśród naszych turystów odezwały się głosy typu: -. Po co łożyć na remont Kościoła w Okopach, skoro Pani Aniela niedługo umrze?
Nie sposób też, mówiąc o wsi zwanej dzisiaj „Okopy", nie wspomnieć o tym, że tu urodził się Izrael z Międzyborza. Jeśli ta ziemia zrodziła naturalnego mistyka, nieświadomego założyciela chasydyzmu, świadczy to o nadprzyrodzonej proweniencji bezkresu tej nieograniczonej mentalnie przestrzeni. Izrael jest znany jako Baal Szem-Tob, Pan Dobrego Imienia. Głosił, że Bóg jest obecny w każdej rzeczy jako praistota, ale dostrzec mogą Go tylko najgłębsze siły duszy. Taki mistycyzm generuje niewątpliwie przyroda tej ziemi.
Przez te dziewięć dni odwykłem od klawiatury komputera. Objazdówka ma swoje twarde prawa. Zresztą po Zbarażach, Podhorcach, Oleskach i Chocimiach nie miewa się cugu do spożywania elektronicznego przekazu.
          Na Łyczakowie „przeżyłem" w majowym deszczu, grób Herbertów i usłyszałem od przewodnika wskazówkę, że tutaj leżałby Zbyszek Herbert gdyby nie uciekł spod sowieckiego bata. Żył w czasach, kiedy poezja miała jeszcze wpływ na ludzkie postawy, zdarzenia społeczne. O ile Polska kultura, solidarnościowy bunt byłyby bardziej nijakie, gdyby Herbert pozostał we Lwowie, tego nie wiemy. Na ulicy Łyczakowskiej pod nr 55 tablica informuje, że tutaj żył, a niedaleko posadowiony jest kościół św. Antoniego (jedyny katolicki we Lwowie obok Katedry łacińskiej), gdzie Pan Cogito został ochrzczony. Okrążaliśmy go autobusem trzy razy i przewodnik wspominał o Zbyszku, który „szamotał się z walizkami".
 We Lwowie byłem 10 lat temu, jeden dzień – „szlakiem przemytniczych mrówek" i wtedy skonstatowałem tę bytność emocjonalnym wierszem, gdzie m. in. zanotowałem:
„Nie chodzi o podróż
wyłącznie romantyczną: - z tej ziemi
wygnano moją matkę.

 Oprócz realnej struktury poznania
 trzeba się wpisać w mit,
 który na tę inwektywę
 nie zasłużył.

Szkoda, że nie jestem poetą
          poeta nie musi jechać do Lwowa,
          dla poety Lwów jest
          wszędzie."

Zadwórz, a właściwie te parę grobów na cmentarzu Orląt, poruszył moją wyobraźnię. Wspomnienie o Polskich Termopilach, rodzi refleksję, że już takich Polaków, po prostu, nie uświadczysz.- „Najlepszych z nas wybito, a reszcie mało trzeba" – cytuję tekst z pieśni św. pamięci Przemysława Gintrowskiego.
            W Olesku, na przeszłej twierdzy, wciąż pękał, w mej imaginacji, zaginiony stół, na którym matka, Zofia Teofila z Daniłowiczów, rodzi w oprawie letniej burzy wnuka Stanisława Żółkiewskiego, który pozostał w pamięci wielu narodów jako Jan III Sobieski. Taka rekomendacja krwi i Tradycji poraża, rozjaśnia, onieśmiela. Trzeba powiedzieć, że na zamku oleskim jest kilka dobrej klasy ikon. Takiej klasy, której nie spotkasz w nowych cerkwiach.
Kiedy przyjechałem do Polski, od razu otworzyłem tom IV „Architektury Polskiej XVII-ego wieku" prof. Adama Miłobędzkiego i tam przejrzałem kilka kapitalnych zdjęć, (czarno-białych) wnętrz pałacu w Podhorcach. Istne muzeum – takich nie ma we współczesnej Polsce, nawet na Wawelu. Zbyt wielu najeźdźców chciało się dzielić z nami dobrami kultury, których nie byli w stanie wytworzyć, zmagazynować. Pałac w Podhorcach to hańba i Sowietów, i współczesnej Ukrainy i III RP. Wejścia strzeże sołdat „ojczyźnianej wojny" z pepeszą oburącz ściskaną, stosownie wywindowany kilka metrów wzwyż na betonowym postumencie. Koniecpolscy przewracają się w grobach. Ministerstwo Kultury RP milczy. Szkoda, że za tym pomnikiem nie ma drugiego postumentu NKWU-dzisty, który czuwa, aby ten „gieroj" nie zbiegł z trasy ataku i ewentualnie powiększył grono zimnych bohaterów.
Trzeba też, dla zwykłej uczciwości wobec obecnych, post-kozackich administratorów tej krainy, powiedzieć, że przepowiednia fatimska o nawróceniu się Rusi spełniła się w sposób zadziwiająco trafny. Nad każdą miejscowością teraźniejszej Ukrainy góruje nowa Cerkiew. Są to budowle bardzo schematyczne, bez polotu architektonicznego, kalka religijna, tzn. plan Krzyża, jedna kopuła symbolizująca Boga Ojca i cztery mniejsze, okalające główną, jako materializacja postaci czterech Ewangelistów. Budowane w okolicy zwykłej biedy świadczą o tym, że duchowe aspiracje miejscowej ludności są autentyczne, a jednocześnie jej materialność jest na pozycji zapewne nie pierwszej
Spotkaliśmy wiele pomników Adama Mickiewicza, z tym sztandarowo pięknym we Lwowie. Ale o innych wieszczach cichutko. Oprócz dworku Słowackiego w Krzemieńcu i tablicy w miejscu domu gdzie się urodził ani śladu po osobie, która opiewała „ducha wiecznego rewolucjonistę". Nie ma śladu o „arystokracie" słowa prawdy z Opinogóry. Choć trzeba przyznać, że Słowacki dzięki „duchowi rewolucjonisty" nie został z tych terenów fizycznie rugowany w okresie sowieckiego panowania. I to w czasie, gdy w kościele dominikanów we Lwowie było Muzeum Zabobonu i gdzie jak opowiadał nam pilot wycieczki ( będący kiedyś pracownikiem ambasady polskiej), że eksponatem tegoż muzeum była wypchana sianem suka imieniem „Łajka", która sowieckim kuratorom ekspozycji powiedziała: - „byłam w kosmosie, boga nie widziałam", co oczywiście muzealnicy starannie wyeksponowali.
Podolska Skała – tutaj przebiegała granica II RP z Sowietami w okresie międzywojennym. Tu rzeka Zbrucz maluje krajobraz przełomu. Zamek Stanisława Lanckorońskiego jawi się jako ruina pełna rozkładu. Był zdobywany przez Turków, potem Maksyma Krzywonosa, a następnie wojska Rakoczego. Nie były to militarne zabory dla zachowania obiektu, ale dla mordu i grabieży. W pobliżu urokliwych ruin zamku jest usypany kurhan i tablica, która głosi „Wieczna chwała synom i córkom Ukrainy zabitych i zakatowanych w więzieniach i obozach 1939-1955". Teoretycznie O.K. Trzeba jednak pewnej interpretacji tego prostego tekstu. W większości chodzi o mieszkańców Podolskiej Skały spod znaku UPA, którzy przynależeli fizycznie i duchowo raczej do wołyńskiej Rzezi, niż serwowanemu aktualnie oporowi przeciwko Sowietom. Wynika to z dat śmierci, nie trzeba żadnych analiz stricte historycznych.
Krzemieniec rozczarowuje jako miasto. Jednak dworek Słowackiego budzi pozytywne emocje. Nie trzeba dodawać, że to za polskie finanse ta starannie przemyślana ekspozycja, jest podzielona na kolejne etapy życia poety, co staje się bardzo czytelne i efektywne dydaktycznie. Na ścianie jednego z pokojów dworku jest podany do kontemplacji tekst „Mojego testamentu" wieszcza:
Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień - z duchami -
A jak gdyby tu szczęście było - idę smętny. (…)

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic... tylko czoło zdobi:
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba - w aniołów przerobi.

       Trzeba powiedzieć, że ta ziemia nasączyła się krwią, jej żyzność jest zatem podejrzana. Podam przykład krzemieniecki. 3 lipca 1941 r., dzień po zajęciu miasta przez Wermacht, w mieście doszło do antysemickiego pogromu, dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich. Zamordowano tu 400-tu Żydów. Pretekstem była zbrodnicza odprawa w wieczność, dokonana przez funkcjonariuszy NKWD w krzemienieckim więzieniu na 100-150 więźniów (Ukraińców, także Polaków) tuż przed wycofaniem się Sowietów z miasta. Takie historie są przypisane do każdego tutejszego miasta i osady.
      Tręmbowla – to symbol zdrowego „feminizmu" XVII –wieku. Stoi tu pomnik Anny czy też Zofii Chrzanowskiej, kobiety z dwoma nożami za pazuchą (z których na pomniku jeden chuligani ułamali dla hecy lub zysku typu skup złomu). To ona wymusiła na mężu bohaterstwo obrony zamku przed Turkami. Kobiety polskie, przeszłych wieków, to znaczny koloryt naszej martyrologii i pełni chwały. Pamiętajmy o wdowach styczniowych, kobietach polskiej szlachty idących za mężami na sybirskie zasłanie lub w Ojczyźnie dzielnie zarządzające majątkami.
          Rzeczka Smotrycz wciąż okrąża i ocala Kamienieckie Przedmurze, „bramę do Polski" - Podolski Kamieniec, przedmurze chrześcijaństwa. Najbardziej wzruszająca i budująca duchowość kościoła „wojującego", stanica polskości i chrześcijaństwa. Zaraz przy wejściu widzimy Basztę Papieską, Juliańską ozdobioną herbem Della Rovere. To dlatego, że papież Juliusz II wspierał rozbudowę twierdzy finansowo w interesie chrześcijańskiej Europy, zjednoczonej w łacińskim języku. Podczas ewakuacji zamku, w trakcie poddania go przez Potockiego Turkom, nastąpił przypadkowy wybuch w prochowni, co interpretowano później jako gest rozpaczy majora artylerii kamienieckiej Hejkinga (sienkiewiczowskiego Ketlinga), który miał podpalić 200 beczek prochu, zabijając przy tym 500 do 800 ludzi, głównie Kozaków. W wybuchu zginął m.in. komendant obrony zamku, pułkownik Jerzy Wołodyjowski. W latach 1818-1823 był więziony tutaj Karamanuk, ukraiński Janosik, który nikomu nic nie rozdawał tylko łupił bogatych. Usiłuje się zrobić z niego bohatera narodu ukraińskiego.
W Drohobyczu miejsca związane z Brunonem Schulzem robią smutne wrażenie, jeśli nie nałoży się ich na „Traktat o manekinach". Te miejsca nie przystają do atmosfery „Sanatorium pod klepsydrą". Natomiast łaciński kościół z wmurowanymi akcesoriami „ręka, noga, mózg na ścianie" jest zapładniający intelektualnie. Na tym miejscu stała kiedyś pogańska świątynia. Kiedy kopano fundamenty pod obecny kościół natrafiono na stopę, dłoń i głowę bożka z okresu przedchrześcijańskiego. Te elementy umieszczono wysoko na ceglanych murach świątyni, stąd powiedzenie, które przytoczyłem wyżej.
 1648 r. wymordowano zgromadzonych tutaj łacinników, których pochowano koło kościoła, gdzie teraz stoi kaplica. Tutejszy Polak, osiemdziesięciodwuletni opiekun gotyckiej fary opowiada, że „przed 1939 rokiem kościół był pięknie rozmalowany, miał 9 ołtarzy i piękną galerię, na której stały trzyćwierciowe organy, które pierwszy sekretarz w 1950 roku sprzedał Gruzinom za 300 rubli. A tutaj widzicie nagrobek Katarzyny Ramułtowej, żony żupnika, który władał drohobycką żupą. Była młodą kobietą, pomagała dzieciom, młodym ludziom. Zmarła bardzo młodo, on bardzo ją kochał i ufundował jej ten piękny nagrobek. W 1944 roku weszli Sowieci, nasi księża wyjechali i kościół został bez gospodarzy. My, ludzie, którzy nie wyjechali do Polski jeszcze pięć lat przychodziliśmy tutaj i modlili się, odmawiali różaniec i litanie do Matki Boskiej. W 1949 roku wpada NKWD, wypędzają nas, kościół zamykają i więcej nas tutaj nie wpuszczono. Ja tu przychodziłem pod te drzwi i myślałem kiedy się doczekam... ale to ciągnęło się do 1989 roku. A wcześniej był tu magazyn" Trzeba koniecznie dodać, że w Drohobyczu jest 250-ciu katolików. I jak rewitalizować Obiekt tak wielki, wielki gabarytowo, ale i wielki swą historią i wymiarem artystycznym?
I ewenement: - Poczajów, poczajowska Ławra. Moc złotych kopuł, ikony w typie obowiązującym po reformie patriarchy Nikona z XVII-ego wieku. Nasze kobiety zgodnie z tutejszym zwyczajem były ubrane w długie spódnice i chusty na głowach. Przewodnik półgłosem tłumaczył wystrój i historię cerkwi. Ale nas stąd wyproszono, bo odbywało się nabożeństwo, mimo że inni turyści, może białoruscy pielgrzymi, też w tym czasie zwiedzali obiekt.
W końcu, przez uzdrowiska Jaremczy i Truskawca, przez Stanisławów trzeba wrócić do Lwowa, zamknąć pętlę podróży. Lwów trzeba zobaczyć. Trudno o nim tylko pisać. Tu trzeba przyjechać, poczuć jego klimat i historię. W katedrze ormiańskiej wielkie wrażenie artystyczne wywołuje fresk Jana Rozena – żydowskiego przechrzty na kalwinizm - „Pogrzeb Świętego Odolona". W dość mrocznym wnętrzu przypomina Giotta i Cimabue (właściwie Cenni di Pepo).
Tutaj nasz przewodnik mówi, że we Lwowie jest harmonia jeśli chodzi o sprawy wyznaniowe. Typ czynienia znaku krzyża Chrystusa nie wywołuje żadnej emocji, czy to w cerkwi unickiej, katedrze łacińskiej, ormiańskiej czy cerkwi kijowskiej.
Prawda przegrywa, na tej ziemi przeakcentowanie faktów jest bolesne dla Polaków, którzy z polskością chcą mieć autentyczne relacje. Z osadem historycznej goryczy w ustach opuszczałem Kresy, czy jak to zwą Zachodnią Ukrainę. Pewnie już tu nie wrócę, ale będzie we mnie jakaś mistyczna cząstka jej wielkości i upadku Rzeczpospolitej Trzech Narodów.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora