Kalina Izabela Zioła - OKRUCHY PRAWDY

Niedawno Jerzy Szatkowski podarował mi swoją książkę pt. Epistoły, uznaną w Bydgoszczy za książkę roku i nagrodzoną Strzałą Łuczniczki. Zaczęłam więc czytać, ale szło mi opornie i pomyślałam, że ją odłożę, nie dokończywszy lektury. Denerwowała mnie swoista narracja, długie zdania, zakończone kropką, ale bez żadnych znaków przestankowych, powtórzenia wyrazów lub nawet całych kwestii. Ale po kilku minutach okazało się, że to, co początkowo wydawało się wadą książki, jest jej największą zaletą. To proza o cudownych właściwościach poetyckich. Autor za pomocą prostych, pozornie nieudolnych sformułowań przekazuje czytelnikowi głębokie treści, wprowadza w niezwykły świat, widziany z perspektywy wrażliwego, niewinnego nastolatka, dla którego dobro jest dobrem, a zło zawsze należy potępiać. Ten jakże plastycznie ukazany świat, nieprawdziwy trochę, złożony ze wspomnień własnych i wspomnień rodziców, dziadków, przyjaciół, rządzi się swoimi prawami, nie uznaje kompromisów i półcieni. Epistoły to początkowo szkolne wypracowania, w pocie czoła odrabiane zadania domowe „na temat", a później listy pisane do byłej Pani Wychowawczyni, szczególnej polonistki. Bohater tomu – Szymek – od samego początku ma problemy z przystosowaniem się do środowiska, w którym żyje. Sierota, wychowywany przez ukochaną Babcię, z ogromnym bagażem okupacyjnej przeszłości, nadwrażliwy, zbyt uczciwy, inny. W szkole wyśmiewany za wszystko: że jest dużo starszy od innych uczniów, „przerośnięty", za pocerowane skarpety, za niemodną kurtkę... Za słabe pojmowanie matematyki, za niezbyt składne pisanie... Chodzi do szkoły, ale  jakby wbrew samemu sobie. Robi to przede wszystkim dla Babci, której bardzo zależy na edukacji wnuka. Dla zbuntowanego, aroganckiego Szymka wielkim autorytetem jest polonistka – tylko ją darzy zaufaniem, jej pragnie powierzać swe najskrytsze tajemnice, tylko od niej spodziewa się odpowiedzi na dręczące go pytania.  

Jest to po części także intymny pamiętnik Jerzego Szatkowskiego. W pisanych do nauczycielki tekstach opisał autor wiele lat życia, nie tylko swojego, ale i bliskich mu osób. Z pewnością nie wszystkie fakty są prawdziwe, to przecież książka fabularna a nie dokumentalna, jednak wiele w niej szczerości i rzeczywistych wydarzeń. A już na pewno prawdziwe są poglądy, przekonania autora, jego sposób patrzenia na świat i ludzi. W stylizowanych na dziecinne listach autor odkrywa i omawia  wiele bardzo ważnych spraw. Wspominając Anulę Cabanównę pisze o przemocy domowej, o biciu dzieci, głodzeniu ich, braku opieki, okrucieństwie, wreszcie o kazirodczym gwałcie na nieletniej córce. Pisze o tym w sposób bezpośredni, relacjonując tylko zdarzenia, ale ta spokojna relacja powoduje, że są jeszcze bardziej wstrząsające: Biedna Anula. Nie dość że ta przeklęta pała to jeszcze rżnięcie na rzyć od ojca.... A stare Cabanisko bezwstydnik obskurny ... w rzadkich chwilach trzeźwości zabiera się za jak sam to mówi dobre wychowanie swoich cabaniątek pydą tylko i głosem który żadnym słowem ale wyciem charczeniem i bełkotem jest. Bije bez opamiętania nie patrzy nawet czy chłopak czy dziewczynka uderza gdzie popadnie. Strasznie mi żal Anuli właśnie.... jak lanie dostanie to nie zakwili nawet i ani łezki nie popuści tylko z bólu siusiu.  Często fakty są tutaj pomieszane, nachodzą jedne na drugie, tak jak snują się myśli w głowie, nie kontrolowane, wymykające się ciągle gdzieś w różne strony. Opowieść o bitej przez ojca Anuli przechodzi w rozważania o patriotycznych pieśniach, które śpiewał Dziadek lub w opowieść o bohaterskich czynach polskiej młodzieży podczas wojny. Lecz wszystko to pełne jest gorzkiej prawdy, którą pisarz chce przekazać czytelnikowi: Bo jak już napisałem dla mnie liczy się treść a tu aż gęsto od treści właśnie. I to jakiej. Samo życie. I co najważniejsze gęsto w tej treści od mojej prawdy którą nieraz trzeba wykrzyczeć aż do bólu nie zważając na konsekwencje. Tak robię i tak będzie do końca. Do ostatniej jak dociągnę kropki. Bo każda może być ostatnią. Nawet ta którą przed chwilą chwileczką postawiłem. Nikt nie zna dnia ani godziny. Pisząc prawdę, autor czasem używa niecenzuralnych wyrazów, ale choć jestem przeciwna wszelkim wulgaryzmom w literaturze, w tej książce mnie one nie rażą. Nie są bowiem używane po to, by czytelnika zaszokować, zniesmaczyć, lecz tak naturalnie przenikają do pisanych treści że prawie się ich nie zauważa. Zresztą sam autor nie pochwala epatowania wulgarnymi słowami i tłumaczy się: O brzydkich wyrazach coś już tu pisałem. Powtarzam nie ma w życiu bez takich wyrazów. One już tu w tym moim pisaniu padły. Pojawiły się. Jasne. Obok brzydkich wyrazów są jeszcze wyrazy obrzydliwe wulgarne. A wyrazy brzydkie i wyrazy wulgarne i wyjątkowo obrzydliwe w ustach dzieciaka czy nie daj boże dziewczynki to już naprawdę coś okropnego. A taki właśnie wyjątkowo wulgarny wyraz pojawia się tu po raz pierwszy....  Używa więc Szatkowski czasem tych „wyrazów obrzydliwie wulgarnych", lecz pomimo tego jest w jego opowieści czystość i niewinność, i prawda szczera aż do bólu. Bo autor brzydzi się kłamstwem, uważa je nie tylko za przywarę, ale wprost za chorobę, kalectwo: Bo ja uważam że człowiek który kłamie albo przemilcza prawdę to też kaleką jest. Z wyboru. Z konieczności. Z różnych innych względów. Ale zawsze. I nawet gdyby prawda czy kłamstwo nigdy nie wyszły na jaw to pozostając w sumieniu czyniłyby z kłamcy czy prawdokrywcy kalekę. I co z tego że byłoby to kalectwo ukryte albo tylko wstydliwie maskowany znak szczególny.

Opowiada  na przykład o życiu biednych dzieci, które każdą przyjemność musiały opłacać ciężką pracą: Cyrk. Wesołe miasteczko. To dopiero było wydarzenie... Karuzela. Pamiętam. Nigdy nie zapomnę... Było bo tak że przejażdżkę karuzelą można było odpracować na kieracie. I to się cholera nazywało za darmo. To było istne piekło. Nie dla słabeuszy. Tu lały się przysłowiowe siódme poty i nie tylko. Zrzucało się ciuchy i w samych gaciach stawało się przy kieracie. Ósemka chłopaków podrostków. Trzy tury pod rząd. Mordęga... W kieracie. Gdzie gorąco i okropnie duszno. A spod bosych stóp buchają kłęby gęstego kurzu i pyłu wciskającego się w oczy i szeroko najszerzej otwarte usta łapiące powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Ale pcha się te drągi do przodu czyli w kółko. Z całych sił. Zdarza się że ktoś straci przytomność. Ale chętnych na przejażdżkę wiadomo już za darmochę nigdy nie brakuje. Stoją nawet w kolejce... Więc żeby za to cholerne za darmo przejechać się karuzelą to z kieratu wychodziło się na chwiejnych obolałych a nawet nadwerężonych nogach. I nie tylko nogach zresztą. Przedstawia też w bardzo ciepły sposób portret prostytutki, z przedmieścia, którą ludzie szanowali, bo była piękna i dobra – niosła ludziom radość. No, może kobiety nie bardzo ją lubiły, ale nikt złego słowa na nią nie powiedział. Bo miała swoje niezłomne zasady i honorowa była. Kochała dzieci, obdarowywała je zawsze słodyczami, a własnego potomstwa po nieudanej operacji nie miała. Autor tak ją ocenia: Jak Panna Emilka Piękna opowiadała o tym to aż się płaczem zanosiła i łzy rozmazywały jej tusz na rzęsach ale nawet wtedy była piękna przepiękna Panna Emilka Piękna. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać że ona Panna Emilka Piękna była panienką lekkich obyczajów z zasadami których się trzymała twardo. Bez wyjątku w regule. Przykład. Jak przyuważyła klienta z krzyżykiem albo medalikiem na piersi to go z mety odprawiała z kwitkiem raz na zawsze. Bez szansy na ewentualne drugie podejście już bez krzyżyka albo medalika. Ale i też Panna Emilka Piękna na swój sposób patriotką była nad wyraz odważną bardzo. Okupantom tylko nie dawała. Zgodnie z porzekadłem nie dla psa kiełbasa... I słusznie. A to już naprawdę szalona odwaga. I godność. I honor... Ostatnim słowem panienka lekkich obyczajów z zasadami. Pełny szacunek.. Nie potępia więc Szatkowski owej panienki za jej profesję, tylko szanuje za charakter, patriotyzm i ściśle określone zasady.

Jakże obrazowo opisuje autor warunki panujące w zakładzie poprawczym, gdzie widok z okna pocięty jest grubymi kratownicami, szef jest tyranem i władcą absolutnym , a współtowarzysze niedoli potrafią być bardziej okrutni niż najgorsi wrogowie. Gdzie straszna jest bezosobowość, unifikacja  zamkniętych tam młodych ludzi i ich otoczenia: Tu gdzie wszystko jednakowe i podobne do siebie jak dwie łzy albo jak nadzy z tyłu bo przecież w każdym oknie te same kraty i wyra też i nasze lumpy od skarpet do gaci włącznie i nawet kubki i talerze identyko i tak dalej na co tylko spojrzeć...  A co najgorsze, najtrudniejsze do zniesienia, to samo zamknięcie, brak wolności. Tęsknota za rozległymi przestrzeniami, gdy zadowolić się trzeba kilkoma metrami kwadratowymi, w dodatku dzielonymi z innymi ludźmi, bardzo różnymi, często zupełnie do siebie nie pasującymi. Tę niezmierną tęsknotę za wolnością ukazał autor w bardzo ciekawy sposób – nie jako płaczliwe narzekanie, lecz jako doskonały opis szalejącego żywiołu, który dostarczyć mógł, choć przez chwilę, nieco świeżego powiewu: ...w nocy to ja długo zasnąć nie mogłem. W przestworze przewalała się wichura iście taka o której mówią że ktoś się powiesił ale jak o tym nie myśleć tylko tak z zamkniętymi oczami wsłuchać się to albo w oszalały zachwyt albo też w paniczną trwogę wpaść. Bo też wszystko w niej jest co tylko zobaczyć czy usłyszeć pragniesz razem z duchem samej wichury i duszami wszystkich wisielców którzy ją rozpętali że teraz nieokiełznana bez kagańca naga i wyzywająca urąga wszystkim i wszystkiemu i w samej sobie się zatraca bez opamiętania. Ja cały rozdygotany byłem. I serce rąbało w pręty żeber jak duch wichury w na palec grubą kratownicę w oknie. Ja taki mały znikomy nędzny jak drobina kurzu pod kopytem ogiera tęskniłem za tą wolną przestrzenią za oknem a duch wichury taki olbrzymi potężny i mocarny jakby mu wszystkiego mało jeszcze w zachłannej zazdrości zawładnąć chciał tą nisko sklepioną ciasną i wiecznie śmierdzącą salką. I kiedy tak do szyb dobijał się ...podniosłem się z łoża. Otworzyłem okno i wpuściłem go do siebie. A on obdarował mnie masą świeżego powietrza. Mnie i wszystkich w tej salce w głębokim śnie oddychających. Zamknięci w zakładzie poprawczym młodzi mężczyźni tęsknili równie mocno za kobietami i za miłością. Jakże piękny i romantyczny jest tutaj opis miłosnej tęsknoty: z tą z którą kochał się na śniegu wśród nagrobków i w pełnym słońcu na piaszczystej plaży i pod nocy namiotem gwiaździstym o księżyca pełni w której się na zabój zadurzył która go zauroczyła bez reszty i którą być może nadal miłuje i po stokroć mocniej namiętniej niż przedtem bo tak ją sobie oblubienicę bardzo upodobał a której to fotografię nosi wetkniętą w serduszko odpustowego lusterka niby najdroższe pieścidełko jakieś czy też z tą o której w największym w najskrytszym sekrecie śmie marzyć tylko ale
o której aż do łez piekących gorących niepowstrzymanych a skrywanych tęskni.

 

Pisze Jerzy Szatkowski w swoich „Epistołach" sporo o niesprawiedliwości, o karze za nie popełnioną winę, o wyrzutach sumienia które doprowadzić mogą prawie do obłędu. O ludzkiej złośliwości, mściwości, o niezrozumieniu człowieka przez człowieka...
O śmierci niepotrzebnej czasami, spowodowanej okrucieństwem i głupotą. Pojawiają się na kartach tej powieści wady i winy, ale i dobroci też wiele,  i tolerancji dla człowieczej słabości. Pisanie prawdy nie jest łatwe. W ogóle dobre pisanie czegokolwiek przychodzi
z trudem, trzeba się napracować nie tylko intelektualnie, ale i fizycznie, jak zauważa autor:
I tak sobie teraz przez tę moją prawicę bolącą myślę i od razu notuję że gdybym ja takim co książki pisze był pisarzem poetą to bym obie ręce moje w sztuce pisania wyćwiczył bo to przecież bardzo niesprawiedliwie jest żeby jedna ręka pisała aż do bólu a druga tylko sobie tak bezwstydnie aż wstyd leżała. I jedna ręka jedną stroniczkę by pisała a druga drugą i znów raz prawa raz lewa. Tylko że ja takim co książki pisze pisarzem poetą nigdy nie będę a ręce moje obie biegłe w różnych sztukach mam a jeszcze w innych ćwiczę.
I jeszcze jeden fragment na ten temat:  A teraz muszę się Pani szczerze przyznać że już tym pisaniem zmęczony jestem. Nigdy nie trenowałem pisania. Kark boli. Tyłek swędzi.
W głowie kręcić się zaczyna. Myśli się plączą. Litery w oczach skaczą przewracają się
 i nawet chwilami są jakby zamazane były. Na palcach to będę miał odciski bo już czuję pieczenie. A całą rękę i dalej aż do przedramienia zaczynają łapać skurcze. Ja jednak się do tego nie nadaję do pisania. Ale muszę przyznać teraz z doświadczenia już że takie skrobanie piórem to też jest ciężka praca fizyczna. I mam tego na długi czas dość.
Mam nadzieję, że jednak nie na długo Jerzy Szatkowski będzie miał dość pisania i kolejne jego książki trafią do czytelników. Naprawdę rzadko zdarzają na naszym rynku księgarskim takie literackie perełki, jak Epistoły – dzieło otwarte i zarazem zamknięte, pełne twórczej pasji i prawdy o naszym skomplikowanym świecie.
____________
Jerzy Szatkowski Epistoły, Biblioteka „Tematu", Warszawa 2012, s. 158.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org