STANISŁAW GRABOWSKI - „Nie wiem, czy potrafię gdzieś dojść"

Ty, który nie masz dwudziestu lat
Kimże jesteś, że wyciągasz dłoń do steru
a nie wiesz nawet dokąd płynie ten okręt
Wierzysz w swą szczęśliwą gwiazdę
Ale co pozostanie, gdy skończy się noc?

Napierają na mnie, otaczają mnie słowa, wizje, metafory, które stworzył JAROSŁAW ZIELIŃSKI. Dużo ich. Zadziwia ilość pytań, które poeta stawia sobie, ale i czytelnikowi. Jest bezlitosny w ich zadawaniu. To właśnie, zdaje się sugerować, odróżnia poezję od prozy. Nieustanna wiwisekcja. Kim jesteśmy, dokąd idziemy, czego pragniemy. Kim jestem – ja, kim jesteś – ty, kim jesteśmy – my, wy, oni.
Dlatego lektura tomu Słowa i linie Jarosława Zielińskiego to bolesna lekcja dla wszystkich, którzy się z nim zetkną. Daty pod wierszami w tej książce nie są przypadkowe. Świadczą na przykład, że poeta już jako czternastolatek (tak jest) posiadał wysoką samoświadomość, że spoglądał na świat uważnie, bardzo uważnie, czuł się jego obywatelem, niektórzy mówią: kosmopolitą, co ma być niby pejoratywną oceną. Bo posłuchajmy owego czternastolatka:

 

Kiedy zamkną przed tobą drzwi domu radości
staniesz zamyślona wśród tanecznego kręgu
wejdź do ogrodu smutku
Tu każdy krzak nosi imię twych marzeń
Powiew wiatru rozprasza skłębione myśli
Każde drzewo odpowiada szelestem westchnień
        [...]

Czyż nie ma tu altruizmu, i to w najczystszej postaci. I początku miłosnego dialogu, jaki przewija się przez cały ten tom. Miłość niejedno ma imię, jakaż to banalna konstatacja wobec ogromu tych słów, jakie poeta złożył w jej ofierze. Tworząc jej obrazy nie dość że wyrafinowane, to krystaliczne, szczere, chciałoby się rzec: uczciwe. Ja i ty. Niby tak niewiele, a to cały świat, jaki rozgrywać się może w słowach, gestach, spojrzeniach. Między dwojgiem ludzi. Są tacy, którzy porównują miłość do gry, autor nie chciał w tym uczestniczyć. Jego miłość napędzały emocje, wiara, może i naiwna dla obserwatorów z boku, ideały z epoki romantyzmu, bo przecież ten obraz nie mógł być z XXI wieku:

Ciągle stoisz
ze starym kwiatem w dłoni
Ciągle patrzysz na moje okno
        [...]
myślisz o tobie i mnie
samotny na ulicy

Tak, Jarosława Zielińskiego można by nazwać ostatnim romantykiem i poetą szczęśliwym (poetae felix). Urodzony w 1971 roku był przecież kimś najzupełniej innym niż jego poprzednicy, choćby najwięksi. Nie musiał na przykład ani dnia służyć politycznym celom, czy koteriom. Pewnie też nie chciałby, co w PRL-u spychałoby go na margines, odcinało np. od państwowego mecenatu.
Jeśli jednak ktoś ceni wolność tworzenia musi zdawać sobie sprawę, że cena za nią należy do najwyższych. Jarosław Zieliński był orędownikiem takiej postawy, na co mamy dowody w jego poezji aż nadto wyraźne i częste.
Zacytowany na początku tej recenzji fragment pochodzi z wiersza zatytułowanego Idź i patrz. Czy sugeruje polemikę z herbertowskim, jakże patetycznie brzmiącym: „Idź bo tylko tak zostaniesz przyjęty do grona zimnych czaszek do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda obrońców królestwa bezkresu i miasta popiołów". Przepraszam za ten przydługi cytat. Nowym pokoleniom wydaje się być niepotrzebny ten antyczny sztafaż. Cenią konkret, ścisłość i prostotę wypowiedzi. Reprezentują już inną wrażliwość, inne przesłania im towarzyszą. Stąd to krótkie „Idź i patrz". Rozglądaj się uważnie. Przypatruj. Nie ufaj tylko słowom, przyglądaj się rzeczywistości. A onaż nie tylko  s k r z e c z y,  jak chciał inny poeta. Ona jest niezwykle bogata i skomplikowana. Napływa ku nam nieustannie z Twitterów, internetowych serwisów informacyjnych, telewizji i radia, z billboardów na ulicach, atakuje w tysiącach innych miejsc, otacza nas niby... noc. A „noc" jest jednym z kluczowych słów w poezji Zielińskiego. Noc to symbol zamącenia, niepokoju, tajemnic, postępków, których nie czynimy za dnia.
W wierszu Annabel słowo „noc" nieprzypadkowo powtarza się aż cztery razy:

pomyślałem – noc w twych ramionach
        [...]

Smak pierwszej nocy
        [...]

Noc jest krótka
        [...]

noc już się skończyła

Zresztą, to wiersz niejako „klasyczny" dla poetyki Zielińskiego, w której mamy cały wachlarz słów związanych z nocą: ciemność, poranek, cień...
Bo słowa-klucze wiodą nas wyraźnie ku określonym postawom i emocjom, pejzażom i metaforom. A oto kilka innych z kręgu nocy obecnych w omawianym tomiku: mrok, latarnia, świeca, całun, pochodnia, ciemne ulice, księżyc, czerń, cień, gwiazda, sen, zmierzch...
Zresztą już tytułami swoich wierszy wywołuje określony klimat, budzi określone refleksje: Lot do gwiazd, W blasku świateł, Wieczór, Wieczorne morze, Zachód słońca, Pieśń o zmroku, Spór o brzasku, Księżniczka mówi dobranoc, W zachodzącym słońcu, Gdy zmierzch, Cień wspaniały, Noc, Noce, Rankiem...  
Gdybym jednak tę poezję chciał ograniczyć tylko do tego wątku, bardzo bym ją zubożył. Inne ważne słowo-klucz w tym tomie to słowo „podróż". Już starożytni twierdzili: Navigare necesse est, vivere non est necesse. Nie wiem na ile poeta przejął się tą maksymą, niemniej motyw podróży jest obecny w całym tomie, o czym świadczą nie tylko podpisy pod wierszami. Podróż, a przykład dał Homer, to przecież zasadniczy wątek ludzkiej egzystencji i kultury. Nie wszyscy piszący zostali zapamiętani, jak np. Kerouac ze swoim W drodze, jednak podróżować trzeba koniecznie...
Jarosław Zieliński w wierszu Podróże po skarby, niejako programowym, pisze:

Musimy podróżować
rozglądać się na wszystkie strony
obejmować wzrokiem w posiadanie
nowe skarby
[...]

Musimy rozglądać się na wszystkie strony
podczas podróży nie zapominać
że nie może zakończyć się
wraz z rozpakowaniem walizek
         [...]

Czy, poza miłością, to jest właśnie to dla czego warto żyć?
Dlaczego, co nas napędza w podróży po świecie, co zmusza do wyrzeczeń, czyż nie poszukiwanie tego drugiego, tej drugiej osoby, kogoś myślącego i czującego jak my. W Biciu serca czytamy:

Jesteśmy samotni i bezradni
pośród doskonałej maszyny świata
Potrzebujemy płonących głowni wskazujących
drogę
i nocy pełnych tłumnych okrzyków
by wejść w nią bezboleśnie
uwierzyć, że na zewnątrz kłębi się zło

Tak, dziś piekło to nie my. To właśnie obrona przed samotnością skazuje nas na poszukiwanie miłości, na nieustanną podróż do źródła. I dużo o niej pisze Jarosław Zieliński:  

A może jestem tylko samotnym wędrowcem
ciemną sylwetką w świetle latarń
        [...]

(z wiersza Ja)

Cóż to znaczy
odnaleźć się w wędrówce
Patrzeć na kurz zapisany śladami
wielkich czarnych samochodów
        [...]

(z wiersza Reportaż)

idę ścieżką tajemniczego ogrodu
pod rękę z kolorowymi snami
        [...]
samotny poznaję ogród

(z wiersza Serce ogrodu)

Noc, miłość, podróż, to trzy toposy, bodaj najbardziej wyraziste, w liryce Zielińskiego. Sięga też do innych, jak: dom, zabawa (taniec), woda... Zwłaszcza ten ostatni wiąże się z bachelardowską symboliką, co podpowiadają obecne prawie w każdym liryku takie słowa jak: burza, płacz, deszcz, rzeka, strumień, studnia, wino, krew, okręt, rana, port, plaża, fale, morze, mgła, brzeg, łzy, stocznia...  
Słowa i linie, to zbiór utworów poetyckich, które zostały podzielone na dwanaście rozdziałów (każdemu z nich towarzyszy trafna grafika), do lektury których należy wielokrotnie powracać; tyle tu wątków, znaków zapytań, tropów, motywów i przesłań, które podpowiada kondensacja treści, wręcz ich aforystyczna precyzja. Poeta pisze zwięźle, oszczędza nam zbędnych epitetów, nie nadużywa metafory, nie unika ironii, czy też prozaizmów, jakby sygnalizując tym, że pragnie być jak najbliżej ludzi i ich spraw, że angażuje się w obronę podstawowych imponderabiliów, za którymi stoi tradycja, rozsądek, prawda, szacunek do drugiego człowieka, stała potrzeba kontaktu z nim, zrozumienia go.
Należy jeszcze dodać, że poezja nie była dla niego biegiem po zaszczyty, ordery czy sławę. Traktował ją bardzo osobiście, intymnie. Twierdził, że słowa zapisane w strofki mogą być „najdoskonalszym pamiętnikiem, bo czytając je mogę zobaczyć siebie samego z przeszłości, zobaczyć, ile się zmieniłem. Czy napisałbym jeszcze raz to samo? Często już nie. Czy zaprzeczyłbym temu, co mówi ten wiersz? Byłaby to najgorsza rzecz, która mogłaby mi się zdarzyć".  
Wielka, ogromna szkoda, że już nie przeczytamy nowych wierszy Jarosława Zielińskiego. Poeta zmarł niespodziewanie w sierpniu 2012 roku. Miał 42 lata. Od najmłodszych lat mieszkał na warszawskim Ursynowie. Ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim. Był politologiem, informatykiem, polonistą, redaktorem, wykładowcą uniwersyteckim. I od szkolnych lat pisał wiersze, których jednak w prasie nie publikował. W 1994 roku wyszedł jego pierwszy tom wierszy pt. Słowa i linie.
Wydany w listopadzie 2012 roku recenzowany przeze mnie tom o tym samym tytule przynosi wiersze z tej pierwszej książki, ale i wiele nowych, nieznanych wcześniej poza internetem. Gdyż, jak napisał Piotr Matywiecki we wstępie do tej poetyckiej księgi, Jarosław Zieliński „był uczestnikiem, najbardziej może w dziejach kultury szerokiej wspólnoty czytelniczej – wspólnoty internetu. Tam nawiązywał istotne rozmowy o poezji i literaturze [...]".
Informatyka, poza poezją, była chyba jego główną pasją i miał spore osiągnięcia z nią związane. Był znany jako autor i redaktor w takich internetowych domenach jak: Nieoznaczone.net, Wikipedia; Labirynty.net; Poszukiwania.net; Blogosferey.pl; Altamagusta.pl; Slowa.art.pl; Winter.pl. Pracował w takich firmach informatycznych jak: Hewlett-Packard Polska, Compaq Computer, Digital Equipment Polska czy Lotus Development Polska. Tyle w największym skrócie o poecie, który pięknie wydanej książki, którą mam przed sobą, już nie zobaczył, choć do końca pracował nad jej koncepcją.
W wierszu List ze złego poranka czytamy:

zatrzymałem się
Nie wiem już dokąd iść
którędy
Nie wiem, czy potrafię gdzieś dojść

Tak pisał we wrześniu 1990 roku. Wielokrotnie jeszcze szedł dalej, podróżował, kochał i pisał. Aż do sierpniowego dnia 2012 roku.

Pamiętajcie o nas – nasłuchujemy w oddali
czy nie skrzypią schody do dzwonnicy.
______________________
Jarosław Zieliński, Słowa i linie, okładka i ilustracje Barbara Kuropiejska-Przybyszewska, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2012.


GAŁCZYŃSKIEGO JARMARK CUDÓW

Ze strony Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego ciągle spotykają nas niespodzianki. Na dodatek, mimo przedwojennego rodowodu, bardzo ponętne i atrakcyjne. Zajrzyjmy do ostatnio wydanej książki z jego satyrą pt. A bałwan ciągle stoi. Wystarczy przeczytać:

    Ach, cóż za dzień uroczysty!
    Zupełnie, panie, jak w raju:
Wstają z fotelów ministry
i znowu na nich siadają;

    każdy przysięga na nowo:
„Że się poprawię, że zmienię"...
    O, stare sny w noc majową,
O, piękne przesilenie!

by bez trudu odnaleźć analogie ze współczesnością. I to jakie, niektóre wprost prorocze. Skumbrie w tomacie, które otwierają ten tom, podobnie jak inne arcydzieła zamieszczone w książce takie jak np. Strasna zaba, Pomnik studenta, Ballada o trzęsących się portkach, teksty z Teatrzyku „Zielona Gęś" mają się świetnie. Ich ponadczasowy, uniwersalny charakter nie ulega wątpliwości.
Autorka Posłowia przypomina, że satyry Gałczyńskiego piętnowały nieśmiertelność polskich kłótni, dominację kleru, głupotę wysokich urzędników państwowych, niechęć do myślących inaczej i w inny sposób żyjących, panoszenie się grafomaństwa, pustosłowie dyskusji etc. etc. I po sześćdziesięciu latach od śmierci poety widać jak te teksty w dalszym ciągu są aktualne, i to aż zanadto!
Zarówno przed wojną, jak i po wojnie, Gałczyński miał wielu konkurentów w satyrycznym fachu. Nie wymieniam nazwisk, ale nie trudno zauważyć, że zakasował ich wszystkich, bił od nich celniej i odważniej w polskie przywary, w naszą ukochaną sarmacką tromtadrację, w swojskie „jakoś to będzie", nie darował kolegom po fachu, także tym największym, nie tolerował „świętych krów".
Czy ktoś potrafił zastąpić mistrza? Cisną się na usta nazwiska, ale znaczących jest niewielu. Z perspektywy czasu wyraźnie widać, że tak wszechstronnego artysty jak Gałczyński nie było i nie ma. Autor Ludowej zabawy dysponował ogromnym repertuarem konwencji, korzystał swobodnie z różnych technik stylistycznych, także z obcych doświadczeń, głównie podpatrywanych u Anglików, których podziwiał za pure nonsense, groteskę, autoironię…      
Żywość umysłu, inteligencja o niebo wyższa od konkurentów, zdolność błyskawicznego kojarzenia, maestria słowa, ogromna erudycja, znakomita orientacja w świecie polityki, kultury i sztuki, odwaga i nowatorstwo... długo by można wymieniać zalety Gałczyńskiego.
Nieco gorzej było z jego poglądami. Od młodzieńczych lat skazany wyłącznie na siebie, traktował literaturę jako sposób zarobkowania, z czego zresztą często podrwiwał. Zmuszało go to jednak do kompromisów, do produkcji literackiej, gdzie jakość nie zawsze łączyła się z ilością. A jednak przed wojną potrafił zerwać z obozem „humoru rządowego", czego dowodem była jego współpraca z „Cyrulikiem Warszawskim", choć cena była wysoka (bezrobocie i pójście na zasiłek), a z kolei w opozycji antysanacyjnej także miał własne zdanie; tak że wielu szyderstw literaci po wojnie nigdy mu nie zapomnieli, przykładem Jastrun.
W książce A bałwan ciągle stoi, którą poprzedził podobny tom pt. Chcieliście Polski, no to ją macie. Skumbrie w tomacie (2005), znalazły się satyry polityczne, społeczne i obyczajowe, zarówno wierszowane, jak i prozatorskie, które doskonale znamy, ale i takie, które w formie książkowej opublikowane zostały po raz pierwszy. Np. Bal na Kremlu. Prof. Ossowski pisze, że w „tej zjadliwej satyrze antybolszewickiej" „wyraźnie słychać pogłos dykcji Mickiewiczowych Dziadów i nade wszystko drwiący stosunek do komunizmu radzieckiego". Przytoczmy fragment Balu...:

    Ambasadorskie gwiazdy, gorsy
    i cała Moskwa dama kier!
    Za sto tysięcy carskiej forsy
    wydaje bal Z.S.R.R.

Rechocą żonki komisarzy,
strojne w paryskie, drogie kiecki.
Krasnoarmiejców stu na straży
murem osłania bal sowiecki.
[...]

Wiersz ze zrozumiałych powodów nie mógł się ukazać przed 1989 rokiem. Był jednak znany wtajemniczonym, krążył w odpisach, podobnie jak wiersze z „Prosto z mostu". Kiedy chciano poecie dokuczyć te drugie trafiały do określonych a ważnych osób w PRL-u. I jak tu się dziwić „gorliwości" K.I.G. po ataku na niego Ważyka. Ale im bardziej Gałczyński chciał dorównać Woroszylskim, Wirpszom czy Mandalianom tym bardziej nijakie były jego utwory. Sytuacja bez wyjścia. I tylko wielka szkoda, że poeta nie doczekał polskiego Października, ach, jakież byłoby jego zdziwienie, jakby przecierał oczy, czytając np. Ważykowy Poemat dla dorosłych, czy gniewne strofy wczorajszych „pryszczatych".
A wyobraźmy sobie, że poeta doczekał nieprzytomnego karnawału „Solidarności", stanu wojennego i okrągłego stołu, naszego wejścia do Unii Europejskiej, wyprzedaży polskiego przemysłu i polskich banków, niebotycznego zadłużenia, totalnego bezrobocia młodych wykształconych ludzi, współczesnej sejmokracji i partyjnictwa, Wałęsy, co z chłopa został królem, władzy Brukseli nad polskim ogórkiem... No, bo dlaczego ogórek nie śpiewa? Jak by wtedy reagował, ile nowych arcydzieł popełnił? Jakże cudownie czułby się, łowiąc swoim wiecznym piórem wypełnionym zielonym atramentem takie słowa i słówka jak: „Wojna polsko-polska", „seans nienawiści", „filozofia TKM: teraz, k..., my", „ciemnogród", „polowanie na czarownice", „moherowe berety", „kolega po etosie", „etosiarz", „styropian", „judecja", „UWole", „mebelgate", „komuch", „solidaruch", „pisior"... Wystarczy. Wyraźnie widać, jak bardzo nam dziś brakuje kogoś takiego jak Konstanty Ildefons Gałczyński.
Inne „zapomniane" wiersze w recenzowanej książce to: Stosunki w Sowietach; Pardon, ZSRR; Sport w Rosji Sowieckiej.
Wymagają obszernych omówień, na co brakuje miejsca, aleć nie mogę się oprzeć, by nie zacytować pierwszej zwrotki z wiersza Pardon ZSRR, dedykowanego Michałowi Tyszkiewiczowi:

    Za parę lat i tak pod stienku
    i trach – tarach! Mon cher –
    tymczasem Marksa mamy w denku –
pardon, ZSRR.

I rzeczywiście, po 17 września 1939 roku pod steinku poszły dziesiątki tysięcy polskich żołnierzy, nie wspominając cywili. Jednak Gałczyńskiego, szeregowego z cenzusem, którego na Kresach zgarnęli czerwonoarmiści i trafił do Kozielska, po kilku miesiącach Rosjanie przekazali Niemcom. W ten sposób rozpoczęła się droga poety przez niemieckie obozy, o czym wiemy z różnych źródeł w tym z głośnego Notatnika (2008).
    Czytając Bałwana... trudno nie zwrócić uwagi na takie postaci jak student Bresz, czy Kazimierz Kulwieć. A kogóż to nam Kulwieć przypomina, gdy peroruje: „Największy kłopot, pani prezesowo, mam z nazwą mojego ruchu: Kulwiecizm, Kulwiećczycy, Grupa Kulwiecia, Front-Kulwieć? Może po prostu – Kulwieć". A zapytany o partyjny program gładko odpowiada: „Program przepracowaliśmy z Sołowiejczykiem do ostatniego punktu. Teza naczelna: Każdy Polak właścicielem samochodu [...]".
Jakich utworów, moim zdaniem, zabrakło? Np. Strasznego dworu, pierwodruk – bagatela – w nr 16 z 1926 roku „Cyrulika Warszawskiego", wiersz jest obecny np. w pięciotomowych Dziełach (1979), a zaczyna się tak:

O północy, gdy słychać zawodzenie fletu,
gdy wśród księżyca ruin puchają puchacze,
gdy w diabelskim kominie wiatr kurantem płacze,
stary Miecznik powoli wychodzi z portretu.
        [...]

Dlaczego i po co wychodzi? Co go do tego przymusiło? Rozwiązanie zagadki zostawiam tym czytelnikom, którzy nie znają wiersza. Podobną sytuację zarysował Rimbaud w Przykucnięciach:

    Późno już bólem brzucha ze snu wyrwany,
    Brat Kalotus księżowskie swe porusza ciało
    [...]

     Stąd nie bardzo rozumiem Ossowskiego, który brata Kalotusa wspomnianego w Strasznym dworze („Miecznik jak brat Kalotus czyni przykucnięcia") włącza „do konkretyzacji ducha satyr Krasickiego"? Ale poza tym jakaż to radość dla inteligentnych czytelników, odkrywać w tym utworze pokrewieństwo z Balladami i romansami, zaśmiewać się z „demistyfikacji koturnu romantyczno-szlacheckiego". Tak, to jeszcze jedna trudność z Gałczyńskim. Jego satyry wymagają erudycji, nikomu nie schlebiają, choć adresowane są niby do prostego czytelnika (ale któż to taki ten „prosty czytelnik"?).
W posłowiu Kira Gałczyńska pisze m.in.: „Na co chciałabym zwrócić Państwa uwagę? Na cały tom, oczywiście, na ową nutę niezgody na polską bylejakość, na ową nachalnie akceptowaną łatwość bycia jednocześnie papistą i trochę marksistą, na gorzkie nuty wielu jakże poważnie brzmiących wierszy; na chore pomysły wykrzyżowania polskiej mocarstwowej ryby; ale także na nowe tu utwory, o istnieniu których dzisiejszy czytelnik ma dość blade pojęcie". Dlaczego? Zachęcam do lektury. Ona wszystko wyjaśni.
Konstanty Ildefons Gałczyński zmarł 60 lat temu, 6 grudnia 1953 roku.
    
Stanisław Grabowski
__________________
Konstanty Ildefons Gałczyński, A bałwan ciągle stoi, wybór i oprac. Kira Gałczyńska, oprac. graf. i projekt okładki Barbara Kuropiejska-Przybyszewska, wydawcy: Akademia Humanistyczna im. A. Gieysztora w Pułtusku, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2012.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież