Waldemar Smaszcz - Kreska horyzontu widziana zza przymrużonych powiek

„Zza przymrużonych powiek / lepiej patrzeć na kreskę horyzontu…" – napisał w jednym ze swoich zwiewnych liryków Witold Stawski. Nie mamy wątpliwości, że to na pozór zwyczajne zdanie – jakby je zakwalifikowali językoznawcy – oznajmujące, pozbawione wyszukanych słów, przynależy do poezji. I nie tylko dlatego, że wyróżnia się dyskretną linią melodyczną, że jest w nim mowa o czymś tak nieuchwytnym, jak horyzont, że wreszcie jego semantyka oparta została na paradoksie, jednym z najważniejszych środków wyrazu poezji o przesłaniu filozoficznym. Wszystko to razem wszakże sprawia, że ów dwuwiersz zawiera w sobie jakieś niedopowiedzenie, właściwe jedynie poezji, niedopowiedzenie będące nie brakiem, lecz przeciwnie, pogłębieniem ukazywanych sensów.
Pamiętam mądre zdanie Anny Kamieńskiej, wybitnej poetki i eseistki, że wielka metafora musi wyrastać z konkretu, gdyż w przeciwnym razie byłaby nieczytelna. Tylko niespełnieni poeci wymyślają metafory, prawdziwi wydobywają je z języka poprzez zestawiania słów, które – by odwołać się do starego Boileau – „dziwią się", że znalazły się obok siebie i właśnie to zdziwienie jest progiem poezji. Stąd język poetycki przemawia tylko do ludzi wrażliwych, wyróżniających się szczególnymi dyspozycjami, słuchem poetyckim, podobnie jak odbiorcy muzyki słuchem muzycznym. „Ci wrażliwi – powiedział kiedyś jeden z najpowszechniej czytanych poetów współczesnych, ks. Jan Twardowski – mogą być nieliczni, ale ponieważ są wrażliwi, są bardzo ważni, ważniejsi od licznych niewrażliwych."  
Przekonanie, że „zza przymrużonych powiek lepiej patrzeć…" wydaje się kłócić ze zdrowym rozsądkiem, co niejako potwierdza znane powiedzenie „miej oczy szeroko otwarte". Kiedy jednak patrzymy na przykład w stronę słońca, odruchowo mrużymy oczy, nie tylko po to, by uchronić nasz wzrok przed porażającym blaskiem, ale żeby cokolwiek zobaczyć.
Ten trop interpretacyjny potwierdza dalsza wypowiedź poety:

Zza przymrużonych powiek
lepiej patrzeć na kreskę horyzontu
rozmazaną łzą plamę pól.
Ciepłym kocem
trzeba otulić wspomnienia.
A wiatr?
Nie zawsze niszczy,
czasem przynosi zapachy nadziei
i popycha do przodu.

    Nie mamy wątpliwości, że cały ten liryk to rozbudowana metafora, nabrzmiała wręcz od znaczeń. Z kolejnego wersu wynika, iż przymrużenie powiek związane jest nie tylko z wpatrywaniem się w umykający horyzont, ale i potrzebą ukrycia łzy, jaka napłynęła do oczu. To ona sprawia, że sięgające „kreski horyzontu" pola są „rozmazaną plamą".
    Motyw łzy jest tu niezwykle istotny. Liczba pojedyncza mówi wiele o emocjach poety. Władysław Broniewski, który łatwo ulegał wzruszeniom, pisał o „łzach niemęskich". Pojedyncza zaś łza nie ma z tym nic wspólnego. Podkreśla raczej opanowanie emocjonalne, niż poddanie się wzruszeniom, niemniej jednak określa charakter przeżyć zapisanych w tym wierszu. Nie zaskakuje już nas „ciepły koc" którym „trzeba otulić wspomnienia".
    Spróbujmy określić sytuację liryczną tej części wiersza Witolda Stawskiego:
W jakiejś mniej lub bardziej konkretnej sytuacji, będącej zwykle progiem w życiu człowieka, bohater przywołuje wspomnienia, odległe, zza linii   horyzontu. Horyzont nieodłącznie kojarzy się nam z tym, co „po drugiej stronie", gdzie możemy wprawdzie sięgnąć myślą, wyobraźnią, pamięcią wreszcie, ale nie możemy „zamieszkać" choćby na krótko. To tak, jak z płomieniem świecy: możemy go przeciąć ręką, poczuć ciepło, ale nie możemy w nim pozostać.
    A jednak przynajmniej niektórzy z nas wynieśli z dzieciństwa inne doświadczenie horyzontu. Wiele razy biegliśmy w jego kierunku przekonani, że byleby dobiec, a znajdziemy się jeżeli nie w niebie, to w jakiejś tajemniczej krainie. I – czego mamy niemało świadectw w baśniach oraz poezji – nierzadko się to udawało!
    W naszej tradycji – to spostrzeżenie Adama Mickiewicza – najczęściej linię widnokręgu wyznaczał las. Zanurzając się w jego tajemniczym wnętrzu – tu najlepiej odwołać się do książek z dzieciństwa, na przykład Marii Konopnickiej (Na jagody, O krasnoludkach i sierotce Marysi) – przekraczaliśmy niejako horyzont i trafialiśmy w zupełnie inną rzeczywistość, nierealną i realną zarazem jak choćby… wspomnienia.
Wspomnienia przywołane w tym wierszu należą do szczęśliwych, chociaż autor tego wprost nie ujawnia. Nieoczekiwanie zaś wprowadza do zarysowanego świata poetyckiego motyw wiatru, co może wydać się zaskakujące. Wprawdzie nietrudno byłoby wskazać bardzo konkretną przesłankę tego zabiegu – choćby znane powiedzenie o wietrze wiejącym w oczy, jednakże byłoby to zbyt proste. Oddajmy więc raz jeszcze głos autorowi: „Nie zawsze niszczy, / czasem przynosi zapachy nadziei / i popycha do przodu."
    Zakończenie to przełamuje nostalgiczną tonację pierwszej części. Wspomnienia nie zamykają bohatera w przeszłości, raczej dodają mu siły w przyjmowaniu nowych doświadczeń.
    W modlitewnej Pieśni wędrowca poeta otwarcie ujawnia swoje marzenia niekoniecznie ukryte za „kreską horyzontu":

Daj mi Boże zasmakować kropel rosy
gdzie na łące tylko drzewo i baśniowy zamek
gdzie w kamień zaklęte stada owiec
Pełnym haustem lawendy wypełnić płuca
zerwać kwiat w zaczarowanym ogrodzie
lub na popiołach wulkanu
Daj chwilę wytchnienia na strzępach skał
wyrosłych z bezmiaru morza
Doprowadź mnie ścieżką wiatru na koniec świata
by tam z rzucić z urwiska nieważne myśli
Pomóż odnaleźć w zamarłych kamieniach ślady do furtki
za którą ukryty świat dziecięcych bajek
[…]

A kiedy zatracę się w rozmyślaniach
nad zanikającym śladem
podnieś mnie z pochylenia
bo droga jeszcze przede mną
W taflach szkła przesłoniętych firaną błękitu
przejrzę się niczym w weneckim lustrze
a Ty ucieszysz się że jestem po właściwej stronie.

    Cała ta – nazwijmy ją tak – wyprawa w istocie ma jeden cel: odnalezienie „śladów do furtki / za którą ukryty świat dziecięcych bajek".
Autor, co ujawniają jego inne wiersze, podejmuje podróże „na koniec świata" nie tylko metaforycznie, ale i jak najbardziej realnie, by przywołać Świt nad Colca z dalekiego Peru nad kanionem uważanym za najgłębszy na ziemi (dwa razy głębszym od Wielkiego Kanionu Kolorado!).
Poeta znalazł się w tym niezwykłym miejscu nocą, równie głęboką jak sam kanion. Czeka więc „na pierwszą szczelinę / w skorupie mroku, / na błysk kreski na horyzoncie", by zobaczyć „dno […] i drogę do dna" i zostawić tam swoje smutki: „niech się zgubią, / nim wzejdzie słońce…"  Nie powinna ujść naszej uwadze niemal powtórzona z omawianego wcześniej wiersza „kreska na horyzoncie" oraz przekonanie, że wszelkie lęki, niby złe duchy, znikają wraz z pojawieniem się światła.
Tak jest też w Białych nocach, gdzie „noc / z szeptami lęków / błądzi beztrosko za horyzontem", nie mając przystępu do świata spowitego światłem „marzeń / połączonych mostami z mlecznych jaskrów", w którym  „ludzkie dusze [są] / czyste jak płatki rumianków". Horyzont wyznacza nieprzekraczalną granicę między – ujmując rzecz skrótowo – dobrem a złem. Warto podkreślić, że Białe noce cechuje jakiś wręcz święty bezczas, „gdy wokół nikogo / gdy czas zgubił zegarek", co z kolei przypomina krajobraz poetycki z początkowej części Pieśni wędrowca.

    *     *     *
    Poezja Witolda Stawskiego „dzieje się" na nieuchwytnej granicy między zapamiętaną przeszłością a przyjmowaną – powtórzmy – z nadzieją przyszłością. Jego przeszłość – jakby powiedział Cyprian Norwid – „to dziś, tylko cokolwiek dalej", niemniej jednak jest coś, co różni te dwa światy. Wspomnienia otacza nie tylko szczególna aura, ale i – co się z tym wiąże – zwolniony czas. To naturalne, że zanurzywszy się w naszym ziemskim raju, pragniemy pozostawać w nim jak najdłużej. W każdym najmniejszym kamyku gotowi jesteśmy widzieć perłę, oglądamy go z różnych stron, pocieramy, w końcu uznawszy nawet, że to istotnie tylko kamyk, chowamy niby coś bardzo cennego.
    Tak jest w jednym z piękniejszych wierszy zatytułowanym Belzacka, a dedykowanym Aleksandrze Fidziańskiej:

Jest taka ulica,
która prowadzi wzdłuż wspomnień,
gdzie nie ma zgiełku ani neonów
i można spotkać tulących się zakochanych.

Z ogrodów pełnych niekoszonej trawy,
zza płotów bez bram,
wybiegają umorusane wiosennym błotem
drobne kamyki niesione deszczem.

Po niekształtnym bruku
przerośniętym mleczem
leniwie toczą się koła samotnego auta.
[…]

    „Ulica, która prowadzi wzdłuż wspomnień…" – to wyjątkowo piękna metafora, a przy tym – jak w cytowanym liryku „Zza przymrużonych powiek…" – najzupełniej zwyczajne zdanie. Niestety, niby wzruszające wspomnienie, może zniknąć za horyzontem:

Znowu mierzą w milczeniu.
Będą ją kroić, aż zniknie.
Belzacka? – to tam gdzie szkoła czy „kwadrat"?
Nie? To jest jeszcze inna Belzacka?

W koronach drzew przysiadło słońce.
Cisza! Ci-sza…
Tylko szmer bucików Janeczki i Oli…
Tylko mruczando czarnego kota…

    Nawet jeżeli w niczym już nie będzie przypominać dawnej ulicy, dla poety, Janeczki i Oli pozostanie zapamiętaną z dzieciństwa Belzacką.
    Wielu z nas chciałoby mieć taką ulicę wspomnień. Witold Stawski wydaje się mówić: nic prostszego, wystarczy spojrzeć za okno:  
    
A za oknem złote liście
przetrącone pierwszym przymrozkiem.
A za oknem podeptany żółty piach
przywieziony znad rzeki, której już dawno nie ma.
A za oknem staruszek za szybą
podglądający sąsiada.
A za oknem fruwające wspomnienia…
Idę je złapać, zanim odlecą do ciepłych krajów.

    Autor – o czym już pisałem – ma świadomość, że nie można zamknąć się choćby w najpiękniejszej przeszłości. W końcu wspomnienia wysnuwamy z utrwalonych w pamięci zdarzeń, jakie przynosił nam czas. To on przemieniał, i wciąż to robi, przyszłość w przeszłość, przełamując je na progu teraźniejszości, jak załamuje się promień światła biegnący przez przezroczystą bryłę, gdy napotka na swojej drodze bryłę o innej gęstości optycznej.
„Bo jest w człowieku taka dwoistość…" – czytamy w jednym z wierszy:

Bo jest w człowieku taka dwoistość
niejednoznaczność
Chcę być tu gdzie jestem
i choć na chwilę całkiem gdzie indziej
Być tym kim jestem
i nie być sobą – bez żalu
Cofnąć się w młodość
ale z ty co nazbierałem przez lata
Kochać miłością trwałą-mocną-jedyną
i zakochiwać się beztrosko
Zaznaczyć coś wśród tłumu
i umieć zniknąć w nim anonimowo
Mieć mądrość i nie wiedzieć tego
czego bym nie chciał wiedzieć
    To już prawdziwa publiczna spowiedź, na która nie każdy by się zdobył. Niech jednak – powtórzmy za Biblią – rzuci kamieniem ktoś, kto mógłby powiedzieć, że tak nie jest. Wiersz ten – jestem przekonany – może dotrzeć także do ludzi, którzy od czasów szkolnych nigdy do poezji nie sięgnęli.     

                                       *     *     *

    Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę na nurt, mówiąc najogólniej, metafizyczny w poezji Witolda Stawskiego. I nie mam na myśli jedynie utworów religijnych, ale pewien rodzaj wierszy, które rozpoznajemy już po pierwszej frazie i wręcz odruchowo wyciszamy się, by pozwolić w pełni wybrzmieć poetyckiej dykcji. Do takich liryków należy niewątpliwie Sen:

Przyszła do mnie we śnie
Basia z nieba
Nie chciała nic mówić
Przyszła się uśmiechnąć
Przyniosła w dłoniach ciepło
schowane w rękawach swetra

Była do świtu
odeszła zanim zadzwonił budzik
Nie używaliśmy słów
czułem radość w spojrzeniu
Po co pytać anioła
czym oddycha się w niebie
Wiem że można mówić bez słów
ale czy można czytać to co nienapisane

    Cały wiersz jest najlepszym świadectwem, że można, trzeba tylko… przekroczyć próg nieba. Niektórym to się udaje, choćby we śnie.
    Ile oddalibyśmy za taki sen! Przypomnijmy arcydzieło liryczne ojca polskiej poezji, wielkiego Jana z Czarnolasu, Tren XIX albo Sen z jakże głębokim przesłaniem: „…jeden jest Pan smutku i nagrody".
To, co po ludzku wydaje się niepojęte, sen potrafi zupełnie odmienić. Przeżyta utrata zaś sprawia, że nasze oczekiwania nabierają innego charakteru. Wystarczy bycie razem, nawet bez słów, jakbyśmy przebywali już w innym świecie, gdzie słowa stają się zbędne, bo przenikamy się nawzajem, czujemy – powtórzmy za poetą – „radość w spojrzeniu." Nawet odejście kochanej osoby niczego już nie zmienia, bo spotkanie przekreśla niejako rozłąkę.

*     *     *

    W poezji Witolda Stawskiego znalazłem też wiersz, który wydaje się doskonale puentować jego twórczość:

czasami rozmawiam ze sobą przez zamknięte drzwi
wtedy trzeba mówić wolno i starannie
bo każde słowo waży w ciszy po drugiej stronie
i nie wypada tych słów mnożyć
    
    Poeta, choćby nie rozstawał się z myślą o odbiorcach, tak naprawdę zawsze rozmawia „przez zamknięte drzwi". Mówienie zaś „wolno i starannie", ze świadomością, że „każde słowo waży […] i nie wypada […] słów mnożyć" jest najprostszą drogą do czytelników.


Witold Stawski: KOLOROWE PRZYSTANKI. Nauczycielskie Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe NASTOK, Piotrków Trybunalski 2012.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież