Janusz Orlikowski - Dusza

Ciało stanowi dowód przez ukazanie. Nie dające się zaprzeczyć jego istnienie towarzyszy nam każdego dnia, to narzędzie każdej czynności. Gdy wbijamy gwóźdź w ścianę używamy wprawdzie młotka, lecz aby był on nam posłuszny zaciskamy dłoń na rękojeści i wykonujemy odpowiednie ruchy jedna ręką, drugą przytrzymując ów zaostrzony z jednej strony, z drugiej zakończony płaską powierzchnią, metalowy walec. Częściej dziś wprawdzie posługujemy się palcami na klawiaturze komputera, lecz one również, wraz z całym ciałem, bo i ruchy oczu, głowy, to znów poprawiamy swoją postawę na siedzisku, sięgamy po filiżankę z kawą, stanowią o tym, że narzędzie funkcjonuje. Dowód więc na to, że ono jest. No i wystarczy spojrzeć w lustro. Są ręce, nogi, głowa i tułów. Jego obecność w tym przypadku, tak oczywista nie wymaga nawet krzty wyobraźni. Tylko jak to się dzieje, że ono jest? Cudu narodzin właściwie nie wyjaśnia nam nauka.  Cóż z tego, wiemy i możemy opisać akt zapłodnienia, a dalej obserwować i opisywać rozwój płodu aż pojawi się człowiek, który się porusza. Ale jak to się właściwie stało? Gdyby nie fakt, że tak jest nikt by w to nie uwierzył. Taki eksperyment właśnie przeprowadził św. Justyn starając się dowieść wiarygodności zmartwychwstania. Jeśliby ktoś wam dał  – powiadał – nasienie ludzkie i obraz człowieka, i powiedział, że z pierwszego drugie powstaje, gdybyście tego nie widzieli na własne oczy, to uwierzylibyście? Zmartwychwstaniu brak dowodu przez ukazanie, ale nie o tym tu mowa. Ciało jest, bo widzę, chociaż nie wiem jak to jest, że jest i się porusza. To jednak wystarcza, aby nie móc temu zaprzeczyć. I jak wspomniałem, nie trzeba nawet wyobraźni, aby się o tym przekonać. Jest jego obraz w naszych oczach. Widzimy długowłosą, zgrabną brunetkę, przechodzimy obok niej ulicą i zauważamy, że ma kasztanowe oczy, czy przystojnego blondyna i dostrzegamy, że ma miękki zarys ust. I nie pytamy, jak to jest, że tak jest.
Zupełnie inaczej rzecz ma się z duszą. Problem stanowi brak dowodu przez ukazanie. Takiego dowodu w życiu na ziemi nigdy nie będzie. Więc czy ona jest, czy jej nie ma? Można zawierzyć  Emanuelowi Swedenborgowi, który jak twierdził obcował z duchami, poznał niebo i piekło, i powiedział, że Sąd Ostateczny odbył się w roku 1757, a fundamentalną zasadą jego filozofii jest teza o materialnym charakterze rzeczywistości duchowej. W książce O niebie i piekle, w podrozdziale o znaczący tytule O tym, że każdy człowiek jest duchem co do swego wnętrza pisze, że bez duszy człowiek nie mógłby istnieć, nie mógłby widzieć i słyszeć, i „Z tego widoczne być może, że duch człowieka posiada również postać, i że posiada postać ludzką; że nie mniej cieszy się zmysłami i uczuciami, gdy oddzielony jest od ciała, jak kiedy w nim zostawał, i że każdy objaw życia widzialnego i słyszalnego słowem, każdy objaw życia zmysłowego, nie należy do ciała człowieka, lecz do jego ducha przebywającego w tych zmysłach i w najdrobniejszych ich właściwościach; za tym idzie to, ze duchy widza również, tak jak ludzie, słyszą i czują, lecz dzieje się to po rozłączeniu się z ciałem nie w przyrodzonym świecie, ale w duchowym. Że duch czuł po przyrodzonemu, kiedy zostawał w ciele, działo się z przyczyny materii, która była mu przydana, mimo to jednak czuł wtedy zarazem duchowo, myśląc i chcąc." O tym, że tak jest zaświadczał własną osobą pisząc: „Abym się w tym utwierdził, dano mi sposobność rozmawiania prawie ze wszystkimi, których kiedykolwiek znałem za życia; z niektórymi godzinami, z innymi przez całe tygodnie i miesiące, a jeszcze z innymi przez całe lata i to głównie dlatego, abym się utwierdził w tym i abym zaświadczył." Przyjmując słowa Swedenborga za prawdziwe ten rodzący się esej można by w zasadzie zakończyć. Barbara, którą widzę materialnie, z jej długimi nogami, zgrabną mimo upływu wieku sylwetką, z nie dużymi ale powabnymi piersiami – tak samo wygląda jej dusza.  
Czy to przekonuje? Gdy spoglądam na jej zdjęcia sprzed kilkunastu lat – miała wtedy dłuższe włosy, twarz, patrząc obiektywnie nieco inna, chociaż dziś tak samo piękna. Są jednak różnice.  Która Basia jest obrazem duszy? A może ta jeszcze młodsza, z krótko ściętymi włosami? Albo wygląda jeszcze inaczej?
Wprawdzie ta materialność duszy pozwala Swedenborgowi na wyznaczenie centralnego miejsca miłości dwojga ludzi jak żaden system teozoficzny i jak pisze Czesław Miłosz w Abecadle „ Miłość tu na ziemi nie przybiera u niego kształtów średniowiecznego ascetyzmu czy platońskiej idealizacji. Jest to miłość spełniona w małżeństwie, cielesna, ale ściśle monogamiczna. Taka właśnie jest zapowiedzią nieba, bo w niebie wszystkie anioły były poprzednio ludźmi, i zachowują siłę i piękność czasu swojej młodości, a także płeć, męską albo żeńską. Zachowują też pociąg zmysłowy i mają stale wysoką seksualną potencję. Szczęśliwe ziemskie małżeństwa spotykają się znowu, odmłodzone. Ci, którzy pozostali samotni, znajdują niebiańskiego partnera." I jest to propozycja jak najbardziej kusząca, jednak obraz młodej Basi jako duszy to ten z krótko ściętymi włosami, czy z długimi? Rzecz na pozór by wydawać się mogła trywialna, bo co długość włosów ma do obrazu pneumy? A jednak ma. Bo pamiętam ją wtedy i ładnych kilka lat później, i pomimo bardzo wielu tożsamości są też wskutek wspólnego pożycia zmiany. Takie też mogę zaobserwować u siebie i każdego innego człowieka, którego znam wystarczająco blisko. Zgodzę się z tym, że dusza jest niezmienna i mój obraz to wynik powiązania z ciałem, ale tym samym mamy różne wyobrażenia tej samej duszy. To, że „Seksualność anielska u Swedenborga nie jest (…) pozbawieniem ciała, ucieczką w eteryczne regiony, jakąś ciągłą tęsknotą i marzeniem." nie powoduje, że obraz pneumy jest niezmienny, a taką przecież ona jest, skoro jej obecność niezależna jest od czasu, bowiem Bóg jest wiecznie trwającą aktualnością.
Czy więc dusza pozbawiona jest cielesnej powłoki? To by całkowicie zaprzeczało  zapewnieniom Emanuela Swedenborga, który niejednokrotnie podkreśla w O niebie i piekle o obcowaniu z duchami i ich cielesności, a za tym świadczyłoby również chrześcijańskie przekonanie o chwalebnym ciele człowieka po śmierci w niebie, to zmartwychwstanie ciałem, że będzie ono to samo, ale nie takie samo. Duszy jednak brak dowodu przez ukazanie i problem staje się nie do rozwiązania. Pozostaje nam tylko nasza wyobraźnia.
Dostrzegając pewną niedogodność materialnego obrazu duszy szwedzkiego filozofa, przy której czasowość naszego ziemskiego żywota powoduje zmienność jej obrazu możemy postąpić dwojako. Przyjąć, że duszy nie ma zaprzeczając Objawieniu i przyjąć zapewnienia Swedenborga  jako wymysły jego wybujałej wyobraźni lub też pokusić się o takie spojrzenie, które nie będzie  „(...) ucieczką w eteryczne regiony, jakaś ciągłą tęsknotą i marzeniem."
W pierwszym przypadku wydawać by się mogło, nie ma problemów. Duszy nie ma, jesteśmy tylko i wyłącznie materialnymi tworami, które po śmierci giną na zawsze. Sprawa nie jest jednak tak prosta. W jaki bowiem sposób wytłumaczyć narodziny człowieka; tu ponownie powołuję się na eksperyment myślowy św. Justyna. Co powoduje ruch plemników? Widzimy tylko, że się poruszają. Jak to możliwe, że powstaje człowiek i cechą jego jest ruch? Poza tym już pogański, święty Sokrates zauważył, iż docieranie do poznania prawdy jest możliwe nie od tak, z przypadku, lecz dzięki działaniu daimoniona, który to kieruje duszą człowieka. Na jej obecność wskazywali i wskazują filozofowie. Nie obce też było naukowcom. Oczywiście można przyjąć, że to co nazywamy duszą jest tylko wynikiem ludzkiej, naukowej wciąż niewiedzy i w konsekwencji drogą czysto naukową człowiek dotrze w końcu do prawdy. Ale czyż w istocie, nawet w ten sposób pojmując, mówiąc o niewiedzy nie mamy do czynienia z czymś wyższym od człowieka, czymś czego narzędziem jest ludzkie ciało i dzięki duszy funkcjonujące?
Pokuśmy się zatem teraz o próbę jej unaocznienia. Byłbym skłonny przyjąć stanowisko Emanuela Swedenborga, pod pewnymi wszak warunkami. A więc jednak tak? No przecież nie wyobrażę sobie pneumy jako białej gołębicy fruwającej wewnątrz człowieka lub jakiegoś  stworka z powłóczystą, jaśniejącą poświatą. Przede wszystkim nie spojrzenie wewnątrz, a wychylenie na zewnątrz daje warunki ku temu, by o duszy mówić można. Obudzić ją, bo tak często ona śpi i w tym śnie dając tylko poruszanie się ciała, to znaczy spojrzeć na siebie jak na rzecz zupełnie nam obcą. Jak na to krzesło, na którym nikt nie siedzi, czy kamień przy drodze i widzieć tak, jakby     czas nie istniał, a wszystko cokolwiek się dzieje, działo lub będzie się dziać jest Koniecznością tak zupełnie od nas niezależną, że tylko zwyczajny uśmiech, mimowolny i o nim nawet nie wiemy. Ciało pozbawione świadomości, na ile to możliwe i nie wiemy, że tak jest.
Takiej pneumy nie da się zaobserwować u siebie, bowiem zmysł obserwacji nas samych powoduje ciało, cielesne oko pochodzące z obszaru świadomości. Lecz o tym, że ona jest świadczą  znaki pochodzące z zewnątrz, od naszego daimoniona, który ma z nią kontakt. Jak więc ja unaocznić?  Zapominając o sobie, o swym wewnętrznym „ja", widzieć innych ludzi, a wśród nich znajdą się tacy, których dusza nie śpi. Patrząc w ten sposób na Barbarę już wiem,  że bez względu na to czy jej włosy są długie lub krótkie widzę zmaterializowaną pneumę, której właściwości są niezależne od czasu. Nie kryje się ona w jej wnętrzu, lecz jest nią i to co charakterystyczne to dostrzegalne wychylenie na zewnątrz, które objawia się całą jej postacią.
Zauważony taki obraz drugiego człowieka nosi sobą pewne niebezpieczeństwo pomyłki, fałszu zaobserwowanego krajobrazu. Jest on bowiem dość podobny do nieco analogicznego wychylenia na zewnątrz ludzi, którzy poprzez swe postępowanie „wyglądają" podobnie, ale  oczyma duszy widać cechy ich motywacji, których źródłem zawsze jest ich własne ego. Jest ich wbrew pozorom bardzo dużo i z pozoru wyglądają wręcz na altruistów. Altruizm nie jest cechą konieczną duszy. To zależy od tego jacy zostaliśmy stworzeni przez Stwórcę i od jego zamiarów.  Dusza w swej istocie nie posiada żadnych motywacji, gdyby tak było nie byłaby wolna, a  wolność objawia się tym, że pneuma jest bezinteresowna. Co więcej jest bezkompromisowa, aczkolwiek czegokolwiek doświadcza nazywa Koniecznością.
To ostatnie zdanie wymaga wyjaśnienia. Jak można być bezkompromisowym w działaniu, a jednocześnie pokornym, móc powiedzieć: „ gdy wilk pożera jagnię/ uszy zatykam myślom/ patrzę i tylko widzę// lub gdy dotyka mnie ból/ śmierć czy choroba przypominam jagnię/ tylko widzę"? (z wiersza Wiara i rozum). Przecież bezkompromisowość polega na działaniu, przeciwstawieniu się złu. Tak tylko czy złem można nazwać to co Konieczne? Cz też to co możliwe?  Koniecznością biologii jest ewolucjonizm odkryty przez Karola Darwina. Gdyby nie to, że „wilk pożera jagnię" nasze życie na ziemi byłoby niemożliwe. Będąc nawet wegetarianinem zjadałbym roślinność, która też jest istotą żywą. Możliwe natomiast być może to, że „upoluję" więcej  niż mogę zjeść. Wtedy mogę sobie, niby żartem powiedzieć, że pójdę do Piekła. Każda możliwość, która zawsze wyrasta ponad Konieczność jest złem, bowiem wynika z naszej pożądliwości. I tu jest miejsce na autentyczną bezkompromisowość w działaniu.
Dusza – ją da się widzieć, gdyż jest. O ile się nie leni, bo śpi.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora