Ariana Nagórska - Bezsilna potęga

Media uchodzą u nas za manipulującą potęgę, której żaden obywatel (choć przecież raczej każdy zalicza siebie do istot rozumnych) nie jest w stanie się oprzeć. Istna trąba powietrzna miotająca każdym tam, gdzie sama zechce. Jednak w przeciwieństwie do żywiołów przyrody jest to taka trąba (lub rycząca tuba), która zdolna jest miotać wyłącznie tymi, którzy chcą być zrobieni w trąbę! Wygodniej przecież mieć pomyślunek zaprogramowany z zewnątrz, niż trudzić się myśleniem samodzielnym. Ktoś, kto na przykład oburza się wtedy, gdy każą mu się oburzać, a cieszy wtedy, gdy usłyszy od „opiniotwórców", iż jest jakiś powód do uciechy – nie ryzykuje, że jego oburzenie będzie niepoprawne, a uciecha chybiona.
         Nawet w sprawach ekstremalnie nieważnych najbardziej niewłaściwy jest taki obywatel, który nie zamierza (lub nie umie) kłamać. Oto przykład. – Czy znasz literata o nazwisku Niewiadomski? – pyta mnie znajoma. – Osobiście na szczęście nie – odpowiadam zgodnie z prawdą. – A co o jego twórczości słyszałaś? – Absolutnie nic, ale to dlatego, że po prostu nie słuchałam. Widziałam natomiast trzy jego wiersze w antologii, którą nabyłam ze względu na siebie i dziesięcioro innych autorów. Jednak do tej złotej dziesiątki Niewiadomski mi się nie załapał. Dlaczego twoim skromnym zdaniem powinnam jego twórczość znać? – Bo w radiu już kilka razy mówili, że jako jedyny został nominowany do Nagrody Literackiej Gdyni AŻ W DWÓCH KATEGORIACH: i poezji, i eseju! – W takim razie to nominujący muszą jego twórczość znać, a nie ja! Zapewniam, że u mnie nic w tej kwestii się nie zmieni, nawet gdyby podwójną Nagrodę Literacką Gdyni otrzymał. – Ale przecież w telewizji też raz o nim mówili! – No to idź do telewizji, może ci tam coś więcej powiedzą. Być może jednak daną im informację po prostu przeczytali z kartki. Jeśli więc kartkę już wyrzucili, nawet w telewizji niczego się nie dowiesz.. – Nie jestem aż tak nawiedzona, by z takim głupstwem łazić do telewizji! Może w końcu jakiś mniej ważny będzie coś tam wiedział. – Najpewniejszym źródłem informacji mógłby być główny juror tego konkursu w Gdyni, ale on mieszka w metropolii bardzo dalekiej od Trójmiasta. Nawet gdyby jednak nad Bałtykiem zagościł, uczciwie cię przestrzegam przed zagadywaniem go, bo jest nie tylko niesympatyczny, ale i niebezpieczny! Kilka lat temu w swym rodzinnym mieście drogą intryg i kumoterstwa pozbawił sporą grupę pisarzy miłego miejsca wieloletnich spotkań i sam je ze swymi kolesiami zajął, tłumacząc publicznie, że chodziło mu o podwyższenie poziomu. Na twój miły widok poziom też może mu wzrosnąć, a wtedy kto wie, czy cię czegoś nie pozbawi lub ci jakiegoś miejsca nie zajmie.  
          Rozmowa ta odbyła się w maju, sądzę więc, że do chwili obecnej wszyscy zainteresowani dowiedzieli się już z mediów, kto w Gdyni dostał nagrodę. Moje tracenie czasu na poszukiwanie i przekazywanie tej informacji byłoby więc NADAL najzupełniej bezcelowe.
         Niesłuchanie tego, co huczy w tubie lub szumi w kanałach TV, to najprostsza metoda odtrutki dla uzależnionych od dołującego i kołującego obywateli medialnego narkotyku. Natomiast nieuzależniony może czerpać niemałą frajdę ze swych reakcji PRZECIWSTAWNYCH do tego, co usiłowano mu wmówić lub zaprogramować. Poniżej podam wybrane przykłady.
        Od lat działała (znów w Gdyni) Polska Fundacja Pomocy Dzieciom „Maciuś", zajmująca się biedą w rodzinach wielodzietnych oraz problemami niedożywionych i głodnych dzieci. Wysyłała na adresy domowe informacje o potrzebach podopiecznych i swej działalności charytatywnej, wraz z przekazami, na które każdy mógł (ale przecież nie musiał!) wpłacać dowolne sumy. Kto wpłacał, otrzymywał kalendarze, pocztówki, życzenia i podziękowania od dzieci oraz różne drobne pamiątki. Gdy jednak na początku 2013 roku fundacja ta ogłosiła raport, że w kraju około 800 tysięcy dzieci głoduje, rozpoczęła się nagonka ze strony beneficjentów pełnego koryta. Najbardziej wkurzała się partia rządząca, ofiarnie zapewniająca przecież powszechny dobrobyt. Władcy postanowili jak najprędzej położyć na łopatki fundację, co śmiała rzucić takie „kalumnie" na kraj mlekiem i miodem płynący. Najenergiczniej włączył się w akcję pomorski wojewoda, zarządzając w fundacji ostrą kontrolę, blokując jej konta i wydając zakaz wysyłania jakichkolwiek materiałów do prywatnych mieszkań.
         Pewnego ranka miałam zaszczyt usłyszeć z radia pełen troski i rozterki głos wojewody, skierowany m.in. do mnie (jako że przez wiele lat też byłam tej fundacji darczyńcą). Władca regionu nie posiadał się z oburzenia, że „oszuści" wykorzystali hojność i dobre serduszka obywateli takich jak ja, czerpiąc ponoć (bo nikt tego dotąd nie udowodnił) prywatne korzyści z ofiarowanych na biedne dzieci datków. Panisko współczuło dzieciom i darczyńcom oraz obiecywało wyciągnięcie jak najsurowszych konsekwencji. Cały przekaz miał wywołać rozgoryczenie bądź wściekłość „oszukanych", pragnienie kary dla „winnych" oraz przekonanie, że demokratyczna władza dla dobra obywateli nigdy nie śpi na posterunku. Jednak żadne w życiu drinki, balangi ni używki nie dostarczyły mi większej radości, jak moja spontaniczna i z gruntu niestandardowa reakcja na słowa wojewody. – Też mi się znalazł sprawiedliwy! – pomyślałam od razu na wstępie, a gdy wojewoda zapewniał o zarządzeniu kontroli w fundacji, zastanawiałam się, gdzie też w swoim otoczeniu zdoła on znaleźć osoby zdolne taką kontrolę uczciwie przeprowadzić. Współczułam nie sobie (jako „oszukanej"), tylko nieszczęsnej fundacji. Gdy wojewoda zaapelował do obywateli, by więcej ani grosza na konto tej fundacji nie przekazywać i poinformował przy tym, że nie ma ona prawa swych materiałów rozsyłać po domach – nawet nie czekając aż boss zamilknie, z rzadką u siebie dziarskością rzuciłam się do telefonu, by (świadoma, że na mój adres żadne przesyłki od fundacji przyjść już nie mogą) dowiedzieć się, gdzie można teraz pieniądze im wysłać, co chciałam uczynić NATYCHMIAST po orędziu wojewody. Niestety, po raz pierwszy nie udało mi się do fundacji dodzwonić, co wskazywało, że pewnie reżim odciął im linię lub zaplombował wejście do siedziby. Mimo wszystko radość ma, duma i frajda wciąż rosły z tej przyczyny, że potwierdzało się to, co od młodości wbijałam wszystkim do głów, mianowicie, że z siedmiu grzechów głównych mam zaszczyt być zdolną tylko do pięciu, bo chciwości ni zazdrości nie zdołałby we mnie wzbudzić nawet sam Lucyfer, tym bardziej więc nie miał tej mocy wojewoda, usiłujący jątrzyć, że moja ciężko zarobiona forsa ofiarowana na biedne dzieci, została zagarnięta i zmarnotrawiona na jakieś prywatne przyjemności stokroć i tak bogatszych ode mnie działaczy fundacji. Ponieważ dobrze wiedziałam, że autentyczną działalność charytatywną też prowadzili, wcale nie wkurzałoby mnie, gdyby i siebie przy okazji trochę na boku dofinansowali. Nie uważałam tego za pewnik, tylko za oczywistą możliwość, bo przecież trudno chyba, abym po latach rządów obecnej ekipy mogła jeszcze bez wątpliwości, naiwnie gdziekolwiek liczyć na uczciwość bezwzględną. – Nawet jeśli nie byli w pełni uczciwi, i tak zrobili dla biednych rodzin sto razy więcej niż wojewoda i jego sługusy – brzmiała ma konkluzja. – Dobrze, że jeszcze na krótko przed wybuchem afery zdążyłam tej fundacji trochę forsy wysłać, cieszyłam się, wznosząc toast w kierunku płynącego z radia stękania wojewody i jazgotu sekundujących mu dziennikarzy, u których władca regionu zgodnie ze swym planem wywołał słuszny gniew. Jako że gniew nie jest grzechem mi obcym, wojewoda wzbudził go i we mnie, tyle że na siebie, a nie na szykanowaną fundację. Tym samym dalsze moje refleksje o wojewodzie nie nadają się już do publikacji…
         Nieco później, w pierwszy upalny dzień połowy maja, znów poprzez media zesłano mi radość o poranku. Grobowy głos z radia poinformował, że hakerzy zniszczyli wszystko, co zapisał na jakiejś tam swej stronie w Internecie prezydent miasta Sopotu. – Jaki pisarz, taka strata! – roześmiałam się od razu. Gdy jednak dał głos sam włodarz kurortu, ubolewając, że utracił swą własność, świadoma, że własność to cel i sens życia kapitalisty, od razu w myślach optymistycznie pocieszałam pechowca: – Ciesz się, dobry człowieku, że nie straciłeś na przykład rodzinnych klejnotów, forsy z kont lub nieruchomości. Własność intelektualna w twym wypadku to naprawdę nieduży kapitał. Przynajmniej będziesz wiedział na przyszłość, że lepiej ją trzymać w hermetycznym sejfie swej czaszki, niż rzucać sztuczne perły w zasięg pazurów hakerskich orłów.
         Wreszcie zafundowano mi clou programu, czyli wiadomość, że hakerzy na dodatek sobie zażartowali i w miejscu zniszczonych zapisków prezydenta Sopotu zamieścili informację, że córka Tuska kupiła sopockie molo! Gdy w eter płynęły protesty, jęki i wyrazy oburzenia, że szykanuje się rodzinę głowy państwa, ja od razu zaczęłam myśleć pozytywnie: – Przecież sopockie molo to obiekt tak sławny i prestiżowy, że żart o jego kupnie takiej rodzinie przynieść może chyba tylko splendor! Gdzie w tym żarcie są szykany? – dumałam w pocie czoła. W końcu wygłówkowałam, iż może chodzić o sugestie, że pannica dysponuje podejrzanie dużą kasą, co uznano za głoszenie nieprawdy. Jeśli nawet kasy na kupno mola nie ma, dziewczę nie jest przecież byle kim, tylko gwiazdą (o czym świadczył choćby udział w programie Taniec z gwiazdami), dlatego też przede wszystkim jej fani powinni zadbać o godny gwiazdy status! Zamiast wkurzać się, że bezczelni hakerzy z gwiazdy żartują, należy sprawić, by nie było im do śmiechu. Zapowiadane oddanie sprawy do sądu cały żart tylko rozdmucha i dalsze śmiechy pobudzi. Tymczasem można tym hakerom zamknąć roześmiane gęby, powołując np. fundację „Molo dla gwiazdy", na której konto rzesze fanów wpłacą realne środki na zakup owego mola. Przy tak szlachetnym celu przynajmniej nie groziłaby fundacji kontrola ze strony wojewody. A potęga mediów mogłaby ogłosić tę inicjatywę największym wydarzeniem kulturalnym Trójmiasta od czasu upadku komuny. Oczywiście ogłosić NA POWAŻNIE. Bo wobec śmiechu potęga ta jest bezsilna!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora