Barbara Tylman - DUET PROZATORSKI - realistyczno-nadrealistyczny

TREMA

           Właściwie do dzisiaj nie wie, dlaczego wtedy stchórzyła. Dlaczego zwinęła pomarańczową parasolkę, zarzuciła na ramiona płaszcz i uciekła. Teraz zdaje sobie sprawę, że ucieczka ta definitywnie zniszczyła jej marzenia. Odebrała szansę pokazania się publicznie, z innej strony. Dotąd znana była „z drugiej strony lady". W białym, płóciennym, zawsze wykrochmalonym fartuchu i opasce podtrzymującej długie ciemne włosy, wyróżniała się wśród personelu sklepu. Na ulicy wtapiała się w tłum i była jak inni. Skromna i uśmiechnięta, może za tym uśmiechem ukrywała chęć pokazania wszystkim, że ma w sobie to coś. W czasach, kiedy była jeszcze dzieckiem, uwielbiała tańczyć i śpiewać. Jeśli tylko była ku temu okazja, z chęcią występowała w parafialnych jasełkach, najczęściej przebrana w strój cygański. Na bosaka i z tamburynem w dłoniach, z rozrzuconymi włosami wirowała w tańcu niczym prawdziwa Cyganka, śpiewając: „…my z obozu są Cyganie, patrzcie się panowie, panie…" Lubiła też szkolne akademie, na których często miała okazję pochwalić się wokalizą. Nie znosiła natomiast deklamowania wierszy. To śpiew wyzwalał w niej bardzo pozytywne emocje. Ci, którzy mieli okazję słyszeć jej „domowe koncerty", przepowiadali karierę piosenkarki. Jej wielkim atutem był miły tembr głosu, bardzo dobra dykcja oraz odpowiednia prezencja. Może gdyby wtedy – mając zaledwie siedemnaście lat była bardziej odporna psychicznie, inaczej wyglądałoby jej życie.
           Właśnie w tamtych latach panowała moda na tworzenie się zespołów. Niektóre przetrwały do dzisiaj, z innych wyłowiono solistów, którzy pomimo upływu czasu nadal śpiewają z wielkim powodzeniem. No cóż, wtedy w psychice młodej dziewczyny pojawiła się blokada, która nie pozwoliła jej publicznie wystąpić. Kompletnie sparaliżowana, nie była w stanie sprostać marzeniu. Kiedy stojąc na scenie, przez wąską szparkę w kotarze oddzielającej scenę od widowni ujrzała wypełnioną salę, przeraziła się. Wraz z koleżankami ubranymi w kolorowe sukienki, z równie kolorowymi parasolkami w dłoniach, w bucikach zwanych wówczas kaczuszkami, miała zaprezentować się w piosence „Parasolki". Nie dowiedziała się, czy na widowni był ktoś z bliskich jej osób, kto chciałby widzieć początek jej kariery. Zjadła ją trema.
           Kiedy opuszczała budynek, w którym miała zadebiutować, na dworze padał deszcz. Otworzyła parasolkę i idąc ulicą nuciła piosenkę. A miała ją śpiewać na oświetlonej scenie niczym prawdziwa artystka. Na ulicy nikt jej nie słyszał. Słowa zagłuszone przez samochodowe klaksony i spadające na parasolkę wielkie krople ulatywały w przestrzeń. I tak idąc sobie, nie czuła już ani tremy, ani zażenowania, ani zawstydzenia. To, co odebrało jej życiową szansę, zostało spłukane deszczem.


                                                      
Ariana Nagórska

                                                          SPEŁNIONE MARZENIE
                       Kontynuacja losów bohaterki opowiadania Barbary Tylman pt. Trema

                                                          
           Niespełniona śpiewaczka z opowiadania Trema na emeryturze zastanawiała się nieraz, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby pechowa trema nie zablokowała jej kariery już na starcie. Krępowała się zwierzać z tego znajomym, ale pewnego razu do Klubu Seniora przyszła nowa, nikomu nieznana emerytka tak rozmowna, że wszyscy aż się kłócili i przepychali, byle tylko z nią pogadać. Kilku panów nawet się poturbowało. Ponieważ w tym czasie nasza skromna bohaterka (którą odtąd z racji jej anielskości nazywać będę Angelą) siedziała cicho w kącie, tamta dziarska sama zagadnęła ją luzacko i niezbyt grzecznie: – Te, spokojna, nie siedź jak palant, tylko daj jakiś głos! Wtedy znajomi powiedzieli, że ona umie ładnie śpiewać, ale się wstydzi. – Zapewniam, że nie ma takiego durnia na świecie, który by się wstydził śpiewać ZE MNĄ! – rzekła dziarska prosto z mostu. – A jaki repertuar pani śpiewa? – zapytała nieśmiało Angela i usłyszała w odpowiedzi: – KAŻDY! Do występów jednak na razie nie doszło, bo dziarska zaznaczyła, że gwiazdy nie powinny zaczynać z tak niskiego pułapu, jak osiedlowy Klub Seniora. Gadali więc wszyscy  przez wiele godzin, zupełnie nie wiedząc, z kim gadają. W końcu jakiś wolnoobrotowy dżentelmen zasugerował dziarskiej, że powinna się przedstawić, na co dumnie przedstawiła się słowami z Biblii: Nazywam się Legion. Jako że w słynnym z katolicyzmu kraju wiedza biblijna jest wprost imponująca, wszyscy uznali, że mają przed sobą Anioła Stróża. Pamiętając z pieśni adwentowej, że aniołowie mają przecież imiona (bo przynajmniej jeden nazywał się Gabriel), skłonili w końcu dziarską do przedstawienia się pięknym hebrajskim imieniem żeńskim – Lilith. Wtedy zyskali już stuprocentową pewność, że zstąpił do  nich anioł, bo imię to kojarzyło im się z niewinną, białą lilią. Poważne wątpliwości miała jedynie Angela, lecz naturalnie nie zdobyła się  na odwagę, by je wyjawić.
         Kariera wokalna obu pań rozbłysła w oszałamiającym tempie. Oczywiście szlaki przecierała Lilith, ale myliłby się każdy, kto by sądził, że sama zajmowała się organizacją imprez, gdyż leniwa była jak sam diabeł i Angeli też nakazywała nic nie robić, tylko zdobić! Pracowita dotąd i ruchliwa gospodyni domowa przeżywała istne katusze, nudząc się przed lustrem w zamkniętej fortecy (bo gwiazda nie powinna zbyt często użyczać pospólstwu swego cennego widoku). Lilith natomiast z upodobaniem komenderowała i manipulowała sztabem reklamiarzy i impresariów, nie ruszając się na krok z obstawionego alkoholami i innymi używkami puchowego łoża. Rozkapryszona i manieryczna stanowiła istny postrach krytyków, co zapewniało obu paniom wyłącznie entuzjastyczne recenzje. Ponieważ na występach Angela nadal za nic w świecie nie wyszłaby na scenę pierwsza, wychodziła oczywiście bardziej wystrzałowa (ale tylko pod względem ekstrawagancji, a nie głosu) Lilith, wyśpiewując, co tylko strzeliło jej do zakręconego łba (jazz, arie operowe, piosnki biesiadne, disco-polo, rocka), a gdy słuchacze próbowali chyłkiem się wymykać, zatrzymywała ich okrzykiem: – Co wam tak spieszno w diabły? Niebo wam po  śmierci niepisane, to przynajmniej na Ziemi go zasmakujcie, bo zaraz wystąpi anielska Angela! Tej wzruszeni ludziska mogli z podziwem słuchać godzinami. W końcu jeden z organizatorów występów (nakręcając się w czterech ścianach ponad tydzień) zdołał pokonać paraliżujący strach i wypowiedział się w imieniu wszystkich, że odtąd zainteresowani są wyłącznie występami Angeli, natomiast Lilith już dziękują. Zamiast gromów usłyszał jednak ironiczny głosik: -– Jak się chciałeś partaczu fachowo naćpać, to trzeba było mnie o sposób zapytać, wtedy byś na pewno w maliny nie odleciał i kontaktu z realiami nie stracił! Przecież gdyby Angelę Bóg stworzył do występów samodzielnych, to przy jej talencie byłaby gwiazdą od wczesnej młodości, a nie dopiero w wieku emerytalnym, i to z MOJĄ pomocą! Wystarczyłby jej wtedy nawet przydzielony z nieba aniołek-pierdołek, po diabła  byłoby angażować szefową demonów?

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież