Anna Błachucka - Wywiad z Jerzym Świątkowskim

Anna Błachucka: Jak się Pan znalazł na tym zakręconym padole?
Jerzy Świątkowski: Mój ojciec brał udział w kampanii wrześniowej pod rozkazami generała Bortnowskiego. Armia Pomorze nad Bzurą walczyła do ostatniego naboju. Część armii dostała się do niewoli, a druga duża, walcząc na bagnety, przedarła się na Węgry, gdzie została rozwiązana. Wszyscy ci żołnierze, którzy mieli rodziny, na rozkaz musieli wracać, więc mój ojciec wrócił i dobrze, bo matka z moim starszym bratem i siostrą byli w łagrze. Z tego to powodu mogłem się urodzić i ja w Grudziądzu. Tyle zabiegów musiało nastąpić, żebym mógł oglądać ten Wasz ciągle zacofany świat. Po wojnie była bieda z nędzą i wtedy tylko Grudziądz z Warszawą za zniszczenia wojenne dostali Krzyż Grunwaldu. Rocznik 42 zaciążył mi jak kamień na szyi, ponieważ prawie wszędzie byłem pomijany i odtrącany jak trędowaty. M.in. nie wzięto mojej kandydatury pod uwagę przy naborze adeptów do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ponieważ powiedziano mi wyraźnie, że ASP należy do młodzieży Polski Ludowej, więc roczniki wojenne odpadają i mój odpadł. Na szczęście odpadł, bo okazało się, że ASP była szkołą ubeckich czyścibutów.
A. B. Jak zatem przebiegała Pana edukacja?
J. Ś. Do szkoły chodziłem normalnie, z tym że po nocach douczały mnie arystokratki i nawet dyrektorem szkoły była bona od Czartoryskich, która często mnie wyróżniała. Na moje wykształcenie także pozytywnie wpłynął Ryszard Malczewski – Bruno, który zabierał mnie jako obstawę na prawie wszystkie zjazdy poetów, twórców Polski północnej i ogólnopolskie, jak np. Wiosna Poetycka w Bydgoszczy, Świnoujściu – Bursztynowa Fregata, Szczecinek – Klucz do Zamku i Warszawa – Orientacje w Hybrydach, Poznań – Literackie Koziołki. Na tych zjazdach literatów przysłuchiwałem się dyskusjom na temat literatury światowej i polskiej i takim poetom, jak: Iwaszkiewicz, Ważyk, Grochowiak, Nowicki, Mach i inni wybitni.
Przez cały czas do 65 r. rano chodziłem do fabryki, wieczorem do szkoły, a w nocy na randki z mądrzejszymi ode mnie dziewczynami, bo m.in. szlachetnie urodzonymi.
A. B. A edukacja plastyczna?
J. Ś. Jeśli chodzi o edukację plastyczną, to miałem szczęście uczyć się od dziecka, ponieważ moje sąsiadki arystokratki miały zawodowego nauczyciela, a mnie tam, jako miłego gościa chętnie widziano i edukowano razem z córkami hrabiego. Życie było ciekawe i przebiegało zachęcająco, gdyby nie to, że Milicja Obywatelska, która jako organizacja przestępcza na każdym kroku katowała m.in. Bruna i Stachurę, a także i mnie dla zasady. Mnie odpuścili dopiero wtedy, gdy zacząłem nosić legitymację dziennikarską międzynarodową, która dla nich była tabu, bo napisana we wszystkich językach świata, a tylko nie po polsku.
A. B. Pana doświadczenia życiowe są ciekawe, nawet intrygujące.
J. Ś. W tamtych czasach do przykrych spraw należał wypadek, jaki miałem w GZPG w Grudziądzu (teraz STOMIL) z winy pracodawcy, z 6 paragrafów, przez co jeszcze bardziej poplątały się moje dążenia zostania artystą malarzem (było to w 1961 r.). Firma ta jako pierwsza na tym padole zaczęła się znęcać nad moją osobą za to, że ośmieliłem się występować sądownie o odszkodowanie. Było to odszkodowanie symboliczne, a pomimo tego faktu raz mi płacili, a dużo razy nie, a obecnie zaniechali płacenia i znajomości, zapewne dla lubieżnego poznęcania się nad ofiarą.
A. B. Jak Pan się znalazł w Warszawie?
J. Ś. Kilka lat mieszkałem w Świnoujściu, gdzie miałem wystawy, ale spotkałem tam prawdziwych Warszawiaków, którzy przeszli przez Wrocław jako absolwenci Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Utknęli kolonią w Świnoujściu, jak przy bramie do innego świata. Powiedzieli, że do Warszawy nie wrócą, bo w stolicy są sami ubecy i ich bękarty( jako Prawo i Sprawiedliwość). Ja też bym nie wrócił do Warszawy, gdybym wiedział, że ten kryzys jest z góry zaplanowany na 100 lat, a może i więcej, ale wróciłem z powodów niezależnych ode mnie i dzielę los tu gnębionych.
Akademików prawie wszystkich znam, bo poznałem ich w Ognisku Plastycznym przygotowującym kandydatów na studia w WSP. Prawie wszyscy byli nieudacznikami itp.
Większa ich grupa, ledwo co skończywszy studia, poumierała albo oślepła i wylądowała w wariatkowie. Niektórzy z nich zostali profesorami na ASP, bo dobrze profesorom w randze generała lub pułkownika UB czyścili buty. Akademicy po studiach przepoczwarzyli się w kanalie, bo m.in. w ramach pierwszeństwa moje obrazy na wystawach wieszali jako swoje. Bezprawie totalne.
A. B. Smutne to wszystko. Może czasy późniejsze były lepsze, co przyniósł dla Pana rok 1989?
J. Ś. Okrągły Stół 1989 r. okazał się bandyckim ciosem, który nie tylko mnie okradł, ale całe środowisko artystyczne w Polsce powalił na kolana przez zabranie podstawy prawnej działalności artystycznej, jakim był cennik przy prawie autorskim. Denominacja wykazała, że były to grosze in plus. Więc tę złotówkę lub dwa złote zamieniono na zero. Jak na razie transformacja ukradła mi 20 lat życia. Miał powstać rynek sztuki, ale projekt w sejmie upadł, bo posłowie hurtem uznali, że się na tym nie znają, więc może w przyszłości jakoś się to ułoży i samo się zrobi.
A. B. A inni ludzie, osoby panu bliskie, znajomi malarze?
J. Ś. Bandycki system polityczny pokazał jadowite kły i barbarzyńskie oblicze dla tej jednej oszukanej grupy. Dzięki Bogu nie miałem ubeckich profesorów, ale miałem za nauczycieli wybitnych artystów, jak: K. Cander, Z. Cygańska, T. Rumuński, z którymi współpracowałem, i Geno [Eugeniusz Małkowski „Geno"], który uparł się, że z grafika zrobi ze mnie malarza po to, żebym z jego grupą „Świat" uczestniczył w cyklu wystaw pt. SZTUKA w BIEDZIE, DŻUMA w PRZEMIANIE, KONIEC WIEKU i w innych.
A. B.  Wstąpił Pan do Związku Polskich Artystów Plastyków. Ktoś pana promował?
J. Ś. Do Związku Polskich Artystów Plastyków Okręg Warszawski zostałem przyjęty na podstawie dorobku artystycznego i wprowadzało mnie pięciu promotorów m.in. sławna śp. Z. M. Cygańska i również sławny śp. Krzysztof Cander.
A. B. Były przyjemne następstwa tego wydarzenia?
J. Ś. Były. Miałem m.in. w Warszawie w Domu Artysty Plastyka dwie duże wystawy, w 1995 – 150 obrazów i w 2007 – 300 obrazów, i wydaje mi się, że przez te obrazy zauważyła mnie Międzynarodowa Akademia, do której należę, i Cambridge, ale dokładnie, kto mi pomógł, to tego nie wiem.
A. B. Wróćmy na chwilę do grupy „Świat".
J. Ś. Spalenie obrazów grupy „ŚWIAT" w młodzieżowym klubie „FUGAZI" na Woli spowodowało, że dowiedziałem się o fakcie, iż Okrągły Stół zamiast wolności zafundował nam, mnie, zniewolenie brakiem pieniędzy i pracy. Wszystkie inne tłumaczenia nie wchodzą w rachubę, gdyż „OS" brutalnie odrzucił kulturę i sztukę w kąt. Powiedział wyraźnie, że w miejsce artystów potrzebni są sami politycy jako karierowicze tego okrągłego mebla, który nota bene przemienił się w rogaty.
A. B. Ale przecież ciągle Pan pracuje, tworzy, koresponduje, dyskutuje…
J. Ś. Obecnie przygotowuję się do jeszcze jednej dużej wystawy życiowej, więc poświęcam na ten cel po około 10 godz. dziennie, pomimo że na każdym kroku bandycki terror policyjno-administracyjny nie daje mi spokoju. Żeby poznać moje życie malarza i grafika, to należałoby przeczytać moją autobiograficzną powieść, którą napisałem, ale z powodów ekonomicznych jeszcze jej nie wydałem.
A. B. Życzę Panu realizacji planów malarskich i literackich. Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież