Ariana Nagórska - Oferta eksperta

Znam pewne sympatyczne (naprawdę!) środowisko, gdzie nikt nic nie czyta, jednak wszyscy żywią przekonanie, że ci, co piszą, przynajmniej w jednym są przydatni: znają się na ludziach lepiej od wszystkich jasnowidzów, wróżbitów i psychologów razem wziętych! Od lat tłumaczę, że to bzdura, bo nigdy i nigdzie nie spotkałam osób mniej znających się na ludziach jak literaci, rozmówcy jednak myślą sobie: – Gadaj zdrowa, a my i tak wiemy swoje! Ileż to razy chciałam przyjechać do nich z jakim bądź literatem, by przekonali się naocznie, jak dalece są w błędzie, nikt nie wyrażał jednak ochoty, by obcego gościć. – Jeden swój i sprawdzony na naszą małą społeczność wystarczy! Jesteśmy zadowoleni z twoich ekspertyz i innych literatów nam nie potrzeba. Tak więc już od dawna jedna jaskółka czyni im wiosnę jak rok długi.
          Na jakież to ekspertyzy literata może być popyt wśród nieczytających? Lubią oni nieraz wyrażać się górnolotnie, ekspertyzami nazywają więc precyzyjne odpowiedzi na różne ważne w życiu codziennym pytania. Ważne, więc z literaturą zupełnie niezwiązane. Oto garść przykładów: 1) Czy jeśli na wspólnika wezmę pana X, to jest ryzyko, że mnie oszuka?; 2) Czy moja dziewczyna kłamie?; 3) Jeśli ta sąsiadka, którą znasz, znów zacznie mnie wyzywać, to jak rozzłoszczę ją bardziej: kłócąc się, wyśmiewając, czy lekceważąc?; 4) Jak pani sądzi, podobam się Waldkowi naprawdę, czy tylko tak gada, żeby mi w głowie namieszać?; 5) Jeśli L. się obraziła, to czy już na stałe, czy też jej przejdzie? A jeśli tak, to kiedy?; 6) Wybieram się na dwutygodniowe wczasy z Gosią. Które jej cechy będą dla mnie najtrudniejsze do zniesienia?; 7) Dlaczego rodzina Z. chętniej imprezuje z rodziną F. niż z moją? Itp., Itd. Starczyłoby tych pytań na solidną księgę.
          Zawsze informowałam, że mogę udzielać odpowiedzi tylko co do osób, które znam i wydawało mi się, że dla pytających też jest to oczywistość. Okazało się jednak, że nie, bo „apetyt wzrasta w miarę jedzenia". Od razu przypomniał mi się zawodnik (też z Gdańska), który w programie „Mam talent" układał kostki Rubika. Jak błyskawicznie ułożył dziesięć, to już potem musiał więcej z zawiązanymi oczami, jak ułożył z zawiązanymi oczami, to musiał, by publiczności nie rozczarować, coraz to nowe utrudnienia sobie narzucać, aż w końcu wyglądało na to, że przesadził, ale jednak wybrnął! Była to dla mnie nauka, że nie ma rzeczy niemożliwych, ale tylko dla takiego, co już startuje z górnego pułapu! Tymczasem moje audytorium ani na starcie, ani też nigdy później nie uważało mnie za żadnego mistrza, tylko za TYPOWĄ przedstawicielkę grupy, w której KAŻDY takie umiejętności mieć musi, bo inaczej by nie przetrwał. – Literat przecież nie może znać się tylko na znajomych! Pewnie, że ci są najniebezpieczniejsi, ale jak piszący jest trochę znany, to i nieznajomi robiliby mu koło pióra, gdyby się na nich nie znał. Taki co się nie zna, nigdy przecież nie umie przewidzieć, czego się spodziewać! W wyniku takiej wiedzy o literatach otrzymałam zlecenie, by ocenić, czy młodzieniec, którego ujrzę po raz pierwszy w życiu, nadawałby się do zawodu mechanika w warsztacie samochodowym. Zleceniodawca powiedział mi tak: – Tyle już nazatrudniałem nieuków i nierobów, że na pewno się na ludziach nie znam! Ten nowy jest kuzynem sąsiadów, który niedawno przyjechał do nich z drugiego końca Polski, nikt więc go nie zna, a sąsiedzi – wiadomo, chwalą pod niebiosa, dziurę mi w brzuchu wiercąc, bym go do roboty przyjął. Sam gówniarz też za mną łazi i się naprzykrza. – A czy przyznał może otwarcie, że się na tej pracy nie zna, ale chciałby wszystkiego się nauczyć? – Niestety, nic takiego nie powiedział. –  Chwała Bogu, bo gdyby tak powiedział, to nici z ekspertyzy! W żaden sposób nie dałoby się bez zatrudnienia go ustalić, czy mówi prawdę. To zupełnie tak, jak na literackich warsztatach. Gdy delikwent od razu mówi, że jest tylko skromnym, niedoświadczonym amatorem, ale chciałby nauczyć się pisać jak najlepiej, musisz niestety zmarnować czas na pracę z nim, by się przekonać,że na ogół jest niewyuczalny. – A widzi pani! Takie rzeczy może wiedzieć tylko literat. A jak wie takie, będzie i inne wiedział! – Czy w takim razie chwalił się panu ten młodzieniec, że na pracy w warsztacie się zna? – O nie! Na to jest za sprytny, bo wie, że ja się znam! Jakbym go o coś konkretnego zapytał, toby zaraz wpadł. – No to po co w ogóle myśleć o jego zatrudnieniu? – Bo mnie zbajerował czymś innym. Stale gada, że samochody i ich naprawa to jego tak wielka pasja od dziecka, że niczym więcej nie byłby już w stanie się interesować. Gdy tu przyjechał, od razu zorientował się, że mój warsztat ma największą renomę w okolicy i odtąd marzy, by mógł swą przyszłość z moją firmą związać. Pewnie, że trochę kadzi, ale wiem też, że prawdziwa pasja jest w nauce każdego zawodu najważniejsza. Problem w tym, że nie umiem określić, czy rzeczywiście ma tę pasję, czy tylko udaje. – W takim razie jesteśmy do przodu, bo to akurat będę wiedziała mniej więcej w 15 minut. Musi pan tylko przez cały ten czas rozmawiać z entuzjastą o PRZEDMIOCIE jego pasji (na którym pan się zna, a ja nie). Ja natomiast będę obserwować waszą rozmowę, bo w przeciwieństwie do pana znam się na samej pasji i jej przejawach. Warunek podstawowy jest taki, by pan ani na chwilę nie zboczył z tematu.
          Gdy doszło do „konfrontacji", jeszcze przed upływem kwadransa dałam niefortunnemu pracodawcy znak, że nie ma sensu dłużej ciągnąć gadaniny. Ekspertyza brzmiała: To stuprocentowy oszust. Zero pasji. Droga do takiego wniosku wcale nie była wyboista. Ładny mi to pasjonat, który po trzech minutach rozmowy o jego pasji próbuje zmienić temat na obojętnie jaki, byle tylko nie mówić o tym, co go pasjonuje. Po wygłoszeniu kilku wyuczonych na pamięć sloganów, nic więcej w zakresie rzekomego przedmiotu swej pasji do powiedzenia nie miał. Na dodatek od razu wykazał główne cechy nierozwojowca: szybkie znużenie i niezdolność do skupienia uwagi, a tym samym umysł niechłonny, zakorkowany na wszelkie nowe informacje. Nie słuchał uważnie tego, co mówi jego rozmówca i o co pyta, a przecież temat poruszany miał go ponoć fascynować najbardziej z wszystkich możliwych. Gapił się w okno, chrupał ciastka, grzebał po kieszeniach wyjmując i chowając telefon komórkowy, trzy razy bez sensu wstał i usiadł – zupełnie jak „pasjonaci poezji" przychodzący do mnie, by rzekomo na ten temat porozmawiać. Wiedzy i entuzjazmu starcza im mniej więcej na trzy zdania, a cierpliwości na pięć minut.
          Aż tu pewnego razu w owym sympatycznym środowisku po latach zaprzeczania nagle gremialnie przyznano mi rację, że jednak piszący nie zawsze na ludziach się zna. Gdy w swej słynnej już skromności dumałam, która z moich ekspertyz mogła nie wypalić, okazało się, że wcale nie chodzi o mnie. W sąsiedniej miejscowości wydała tomik pewna emerytka, jako „znawczyni ludzi" będąca pośmiewiskiem całej okolicy.  Najpierw wsławiła się tym, że z wszystkich osób, co do których była pewna, że będą jej książkę sponsorować, nikt nie dał ani grosza. Później skompromitowała się błędnym przekonaniem, że książka będzie kupowana. Z kolei znajomy dziennikarz, o którym mówiła, że napisze z jej książki recenzję, na wieść o tym zerwał znajomość. Na koniec wyrolował ją nieletni wnuk, zabierając całą paczkę książek do miasta rzekomo w celu promocji, a faktycznie na makulaturę, co pozwoliło mu zakupić upragnioną puszkę piwa.
          Wiedziałam, że chcą mnie o coś w związku z tą autorką zapytać, ale tym razem nie szło im łatwo. Zastrzegali, że na aż tak trudne pytanie nie muszę odpowiedzieć i nikt nie uzna tego za porażkę. Mogę też, jeśli trzeba, zastanawiać się nad odpowiedzią nawet wiele dni. Pytanie brzmiało: – Jaka jest książka tej baby: ekstra, średnia, czy do d…? I czy umiałabym na to odpowiedzieć bez czytania? Z tej ekspertyzy (choć dokonałam jej w sekundę) nie czułam żadnej dumy, bo trudność pytania była taka, jakby mistrzowi w podnoszeniu ciężarów kazano podnieść laskowy orzeszek. Jednak szok, podziw i aplauz zleceniodawców przewyższył wszelkie splendory, jakich dotąd zaznałam. Ponieważ okazywali też euforyczną wprost radość, pochwaliłam ich, że postępują jak rasowi literaci, ciesząc się z cudzej klęski. Jednak ta akurat ekspertyza była nietrafna, bo cieszyli się z czegoś całkiem innego. Nie z tego, że książka owej baby jest klapą (bo było im to najzupełniej obojętne), ani też z tego, że jej autorka nie zna się na ludziach (bo woleliby, aby „jak wszyscy literaci" też się znała), tylko z tego, że na długo przed zwróceniem się do mnie z owym najtrudniejszym pytaniem, wszyscy bez wyjątku odpowiedzieli sobie na nie tak samo jak ja. – Bez czytania, a jednak przewidzieliśmy, choć nie jesteśmy literatami! O kurde! Nareszcie się na ludziach znamy! Niestety, ostudziłam ich zapał. – Na razie znacie się TYLKO NA LITERATURZE, co przy jakości współczesnej produkcji literackiej wcale nie jest bez czytania takie znów trudne!
         

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora