• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ewa Klajman-Gomolińska - Wiesław

    Spośród wszystkich utworów artystów polskich na „ K", czyli np. Kraszewskiego, Krasickiego i Krasińskiego, Wiesław najlepiej zna teksty Stefana Karwowskiego z „ Czterdziestolatka", tak jak z „ Czterech pancernych" najlepiej zna psa, z „ Małego Księcia" problemy niskich ludzi, z „ Quo Vadis" nie zna języków obcych, a z „ Nad Niemnem" nazwisko Czesława Niemena. Wiesław ma różowe wiadro na śmieci do różowych dresów, a gdy beknie w kościele, mówi przepraszam księdzu. Co innego, jak zakosi tacę...Wtedy na takie ceregiele nie ma czasu. Ale to tylko na wieczornych mszach, jak mrok na dworze. Wiesław od zawsze był najlepszym przyjacielem Stefana. Zamiast do wróżki Stefan chadzał do Wiesława. Wiesiek czuł sprawę, macał sytuację jak krowie wymiona, miał do tego nosa jak Pinokio. Na przykład kiedyś Wiesław ucinał sobie popapierosową drzemkę i nagle pojawia mu się w głowie myśl „ Wiesław, ty masz chłopie dużo spraw papierkowych do załatwienia", po czym do drzwi ktoś puka. Wiesław natychmiast wyciąga sobie gacie z dupy i idzie otworzyć drzwi, bo matka mu mówiła „ nie pozwól, chamie, by gość długo stał u drzwi"...Otwiera, a tam kobiecina maciupka stoi i pyta:
    -    Sorki wielkie, pan Wiesław?
    -    Tak, ja jestem Wiesław Antoni Marian Dziąsło. Czym mogę szanownej służyć?
    Tu obcina kobiecinę wzrokiem obślizgłym, mimo że nie ma co obcinać, ale ojciec uczył Wiesława mówiąc tak:
    -    Wiesiuchna, synku kochany, szanuj każdą dziurę, bo chłop pierdolić coś musi...
    Zaszkliły się oczy Wiesława, bo pamięć o hektolitrach bimbru wypitego z ojcem wzruszyły go ogromnie. Nie ma już takich chlorów, jak jego ojciec – Antek Dziąsło, zwany na osiedlu poufale Tośkiem. Teraz chłopaki to jakieś panienki; to wrzody to, raki wątroby, to przełyku...ech...
    -    Panie Wiesławie, bo ja przyszłam panu powiedzieć, że pan ma dużo spraw papierkowych do załatwienia.
    Po czym kobiecina dygnęła, odwróciła się na pięcie, zerknęła do skrzynki na listy i zajęczymi skokami dobrnęła do drzwi klatkowych. Wiesław jedynie zdążył krzyknąć za nią:
    -    Dzięki! Ty, Łanio, wpadnij kiedyś do mnie na stronga!
    Tosiek Dziąsło uczył syna:
    - Wiesiuchna, o kobietę trzeba zabiegać. Na twój krzywy ryj, synku, żadna nie pójdzie. Musisz bajerować; kupić paczkę papierosów, płaszcz przeciwdeszczowy...Kumasz, Wiechu?
    Wiesław potencjał intelektualny miał w genach po rodzicach, więc kumał, a swojej narzeczonej przez pierwsze dwa tygodnie pożycia nawet drzwi do ubikacji otwierał. Później to już nie, bo to rura była; kiedyś na imprezie Wiesława drzemka schwyciła przy stole, po paru minutach Wiesław się ocknął patrzy, a jego narzeczona chwyta za jaja Stefana. Stefan jak brat, ale uczucie było jeszcze zbyt świeże – tylko dwutygodniowe. Jak się Wiesław postawił dumą mężczyzny, to narzeczona następne dwa tygodnie gębę opuchniętą jak świnia miała. A jak już chodzić mogła z kulasem w szynie gipsowej, to wyprowadziła się do Stefana. Ponoć jakaś chemia między nią a Stefanem poszła w trakcie tego ściskania za jaja. Zresztą matka Wiesława – Zdzisława Dziasło z domu Rogalik tak synowi mówiła, gdy już winko wspólnie sączyli:
    -    Ty, Wiesiuchna, honor musisz mieć. Ty jesteś chłop, nigdy się synu między wódkę a zakąskę nie pchaj. Honorowy bądź, bo ty Dziąsło jesteś, wstydu rodzicom nie przynoś. Twój ojciec w kolejce do mnie nieraz i dwie godziny stał, jak akurat przepustki chłopaki z woja dostali. Takie miałam wzięcie. Ty, synuś, z takiego domu jesteś, z takiej matki...
    Matka dalej nigdy mówić nigdy nie mogła, bo taka ją żałość potworna wtedy chwytała, za tymi latami kiedy brzuch jej na kolana nie opadał, kiedy zęby niektóre miała, kiedy wypić więcej mogła...Wiesław zrywał wtedy się z taboretu, zataczał na stół, klękał na oba kolana, bo matkę kochał najbardziej na świecie, zaraz po ojcu Tośku, bo to chłop to wiadomo i mówił
    -    Mamuśka, mamuśka nie płacz, mamuśka, bo zarżnę się albo co...
    Nie musiał kończyć, bo matka zaraz darła się na niego:
    -    Wiesiuchna, Wiesiuchna, ani mi się waż, ani mi się waż. Jednego ciebie mam, jedno tylko takie szczęście mi się urodziło.
     Wiesław nie wiedział, czy mała kobiecinka do niego wpadnie na stronga, ale zauważył ścisły związek między tym, co powiedziała mu nieznajoma a tym, co mu się przyśniło. Wrócił zdumiony do pokoju i aż się napił z tego wszystkiego. W tym czasie ktoś zapukał w okno.
    Już zza framugi Wiesław rozpoznał Mietka Nudziaka, któremu wisiał dwadzieścia złotych od dwóch lat i który namolnie mu o tym przypominał.
    -    Oddam, oddam – mamrotał Wiesław otwierając okno
    -    Nie, ja nie to...chciałem ci tylko, Wiesiu, powiedzieć, że nazbierało ci się tej roboty papierkowej, oj nazbierało...
    -    Ano, nazbierało – burczał całkiem otępiały już syn Dziąsłów
    -    To trzymaj się, Wiesiu
    -    Ty też, Mieciuńka...a te dwie dychy...
    -    Wiesiu, przy twoim nawale spraw papierkowych...
    Mietek machnął ręką, wsiadł na rower, pokiwał głową i odjechał.
    Wiesław nie namyślając się zbyt wiele, zrobił przerzut bokiem, znalazł się przy szufladzie, skąd wyjął książeczkę opłat czynszowych i wykrzyknął:
    -    Wypełnię ją, wypełnię zmorę jedną, bo żyć mi nie daje. Może nie opłacę, kto wie, ale wypełnię, choćbym nad nią do rana miał ślęczeć.
    Chyba po Tośku Dziąśle miał ten upór, tę konsekwencję działania i odwagę. Nie bał się żadnej pracy, nawet najcięższej...Tej nocy długo czterdziestowatówka tliła się u Wiesława. Nad ranem skończył wypełniać książeczkę opłat czynszowych za miesiąc maj. Wstał od stołu i stanął na wprost lustra . Wrzasnął z przerażeniem na całe uśpione czasem i alkoholem osiedle:
    -    To nie jest moja gęba!
    Faktycznie w lustrzanym odbiciu nie jawiła się gęba Wiesława. Do kogo więc należała owa gęba?   

    Również tego autora