KAZIMIERZ RINK - KARCZEWSKA REDIVIVUS

Czy prywatnosc w naszej tabloidalnej  epoce okazuje sie jeszcze wartoscia choc w ulamku ponadczasowa i poszukiwana? Czy warto do niej powracac z uplywem nieublaganie mijajacych lat, trendów, opcji  i zmiennych koniunktur w centryfudze wspólczesnej swiadomosci? Jej fundamentem jak sie zdaje cale wieki pozostawala sztuka epistolografii. Dzis upychana gdzies w zakamarkach lamusa przeszlosci. Co wiecej, w praktyce codziennosci odzywiajaca sie telegraficznym skrótem, jezykiem maili i smsów, pokretna nowomowa, zdawkowym komunikatem wyrzucanym z siebie w notorycznym, nerwowym pospiechu.
A jednak do listów jako takich nieustannie powracamy. Bo miewaja w sobie cos bezcennie unikalnego, dalece nieanachronicznego i istotnego, akcentujac za kazdym razem fenomen naszego jednostkowego istnienia, losu, jego wiarygodnego, dyktowanego koniecznoscia – in statu nascendi -  uwierzytelnienia.    Sumptem Zaulka Wydawniczego Pomylka (Szczecin 2012) ukazaly sie zebrane, opatrzone wprowadzeniem   i komentarzami Karola Samsela „Listy do Seweryna" Wandy Karczewskiej. Sama postac Karczewskiej odkryta niedawno i przywrócona pamieci potomnych przez Stowarzyszenie „Lyzka Mleka" w Kaliszu, gdzie zainicjowano Festiwal Poezji Jej Imienia – zasluguje na oddzielny rozdzial wart obszerniejszej monografii,  co zreszta systematycznie sie juz dokonuje. A nawet krzepnie w swoisty rodzaj posmiertnego dziela i nabiera budzacego szacunek przyspieszenia. Urodzona w 1913r. w Wieliczce, zmarla przed 18 laty pisarka, poetka, eseistka, dramaturg, krytyk teatralny i tlumacz swoje zyciowe i pisarskie aspiracje  zwiazala z Lodzia, Szczecinem, Poznaniem i Kaliszem (Honorowe Obywatelstwo miasta, 1988). U progu lat 60.tych odwiedzila tez USA, a na rodzimym gruncie – wskutek nieustannych perypetii zdrowotnych – podrózowala do najbardziej kluczowych w kraju kurortów, nie przerywajac pracy pisarskiej. Na jej traumatycznej biografii pietno odcisnal czas wojny i obozowej gehenny, gdzie w Oswiecimiu-Brzezince  utracila matke i brata. Zadebiutowala jako 24-letnia autorka powiescia marynistyczna „Ludzie spod zagli" (1937), a tuz przed smiercia swiatlo dzienne ujrzal ostatni z jej poematów „Spacer w alei parkowej" (1995). Opinie tyczace tego pisarstwa formulowali m.innymi Jaroslaw Iwaszkiewicz, Jan Spiewak i  Anka Kowalska, zas w kregu osób do których trafiala korespondencja pisarki znalezli sie takze Roman Koloniecki, Jerzy Andrzejewski, Jerzy Zawieyski, Jerzy Zagórski, Leon Gomolicki, Leslaw Bartelski i Maria Danilewicz-Zielinska. Przyjazn  Karczewskiej z Sewerynem Pollakiem (1907-87) trwala nieprzerwanie przez 37 lat;  pierwszy zarchiwizowany w Muzeum Literatury w Warszawie list datowany jest 20.IX.1950, ostatni – 8.XI.1987r. To  co uderza czytelnika w tej korespondencji najwyrazniej to szczególny dla tego w naszej XX - wiecznej okresu w literaturze koloryt, klimat, aura i realia historyczne ówczesnej epoki. Leszek Zulinski nie bez kozery we wprowadzeniu do ksiazki spostrzega; „…w PRL-u polityka kulturalna panstwa wyrazala sie przede wszystkim w „opiece" nad srodowiskami twórczymi bardziej niz obecnie, jakkolwiek by to dzis zle zabrzmialo. Oczywiscie, panstwo w zamian oczekiwalo elementarnej lojalnosci, utrzymywalo cenzure,  nie znalo tolerancji wobec dysydenckich postaw, ale tez wiekszosc pisarza znajdowala sobie takie nisze, jak Karczewska czy Pollak. To znaczy: byli realistami i kompensowali ograniczenia wolnosci, piszac. Piszac to,    co dla nich bylo szczere, niezbedne, mocno zakorzenione w ich twórczych dyspozycjach. Mielismy dobra literature. Wanda Karczewska jest znakomitym przykladem twórcy, który realizowal siebie…".  Pollak, starszy co nieco kolega po piórze rychlo awansowal na adresata - powiernika, przyjaciela i kustosza jej skomplikowanych zatem, nie zawsze oczywistych dla postronnego swiadka tej materii sekretów. Dosc powiedziec, ze pojawia sie w „Listach…" cala paleta, rozlegle spektrum  odniesien do zycia literackiego kontrowanego ostro kontekstem politycznym w kraju, tylez bujnego w swoim zywiole, co niewolnego od systemowych i spolecznych uwiklan, czesciej jeszcze brutalnych w konsekwencji zawilosci. To wszakze reperkusje wdzierajacego sie mrocznie tu i ówdzie stalinizmu, popazdziernikowej odwilzy, marca 1968, Listu 34 i dekady zapowiadajacej demokratyczny przelom 1989r. I choc rzeczony tom nie zawiera korespondencji zwrotnej  adresata, widac jak na dloni wszelkie symptomy  zawirowan i „marnego czasu", od którego jedyna ucieczka pozostawal zywiol pisania. Czesto wbrew, a i na przekór wszystkim i wszystkiemu. Latwiej wtedy pewnie, podobnie jak dzisiaj bylo zyc literatura do utraty przyslowiowego tchu niz z niej samej. To i z listów wyziera owo nieustanne podszyte lekiem zatrwozenie o trwanie i przetrwanie w wymiarze materialnym. Status pisarski nie gwarantowal wszakze socjalnego bezpieczenstwa, zas batalie o drakonskie limity wierszówek i pozyskiwanie wyliczanych oden zlotówek mialy w sobie cos z determinacji, której stawka okazywala sie walka na smierc o zycie. Przyjaciel w tej sytuacji mial pozostawac nie tylko biernym depozytariuszem  poruczen, niezliczonej ilosci przyziemnych prósb i polecen, ale ich posrednikiem, wykonawca i skutecznym z zalozenia egzekutorem. Swiat wylaniajacy sie z „Listów…" jawi sie w ksztalcie tknietym szczególna odmiana dychotomii: bo centrum wszelkich staran i dazen pozostaje tu niezmiennie Warszawa, przedmiotem niedostatku i wszelkich zyciowych dyskomfortów tzw. – takze w rozumieniu literackim – prowincja. Karczewska niemal do konca swoich dni nie rezygnuje z wlasnego „snu o Warszawie" i watek ten przewija sie na kartach osobistych, intymnych czesto wynurzen z jakas iscie obsesyjna nieledwie konsekwencja. Wszystko pozawarszawskie w widzeniu autorki bywa skazone niedosytem, szaroscia, krzyzowym szlakiem organicznie powiazanym z kataklizmami chorobowymi.  Zabiegi, kuracje, ryzykowne operacje, kosztownie wyszukana farmakologia, stany krytyczne i okresy poszpitalnych rekonwalescencji  to rozpisywany nieustannie na drobiazgowe analizy protokól zmagan z udreka wlasnych slabosci. Z choroba takze towarzysza niedoli i jego niespodziewana utrata. Traume te poglebia falszywa i sfabrykowana depesza o jego rzekomej smierci, co zrujnowalo na dlugo psychike zony, wiernej opiekunki.  A przeciez trudno nie zauwazyc, ze w gruncie rzeczy przezyla i samego Seweryna i sama doczekala slusznie sedziwego wieku. Cokolwiek bowiem by na ów temat nie powiedziec, prawdziwa bohaterka tych listów pozostaje jednak  samotnosc ich autorki. W ujeciu egzystencjalnym i czysto ludzkim, do czego uporczywie wraca i co podkresla co rusz z uporem godnym lepszej sprawy. I co nieustannie skazuje ja na interwencje osób postronnych wobec których bolesnie kruszeje pierwotny kredyt jej zaufania. Najtrudniej osiagnac tu nic porozumienia z hierarchia literackich dyspozytorów, urzedników i strazników tylez literackich biurek co struktur. Apogeum osobistych uprzedzen i calkiem uzasadnionych urazów kumuluje w sobie syndrom kontaktów z ówczesnym krakowskim „Zyciem literackim". Trudno jej tam zarówno o publikacje jak i co bardziej przychylne recenzje wlasnego dorobku. Dramat nieoczekiwanie przybiera na sile w obliczu plagiatu watków wlasnej noweli („Czarne konie") przez jednego z uznanych autorów krakowskich, który przezornie uprzedzil rzecz wlasna wersja na lamach pisma. Sprawa nigdy nie zostala wyjasniona, a srodowiskowa solidarnosc dyplomatycznie wymiotla ja z publicznej wokandy, o co daremnie ubiegala sie autorka oryginalu. Obrywa sie tez solidnie w listach recenzentom i analitykom twórczosci lódzkiej pisarki. Wypomina im brak warsztatu, elementarnej wiedzy literackiej, braki erudycyjne i programowa  powierzchownosc ocen. Na cenzurowane trafiaja zarówno filary pisma Wlodzimierz Maciag i Zygmunt Gren, jak i twórcy z Warszawy Bogdan Czeszko i Julian Rogozinski. W tym kontekscie przeciwwaga okazala sie wnikliwosc i krytyczna wirtuozeria bydgoskiego krytyka Krzysztofa Nowickiego, recenzujacego na lamach „Faktów i mysli" powiesc „Glebokie zródla". Na macierzyste srodowisko lódzkie naklada Karczewska szczególny rodzaj anatemy tropiac rozliczne meandry jego zasciankowosci, nepotyzmu, wrogosci, zawisci i niezawodnie funkcjonujacego „ukladu zamknietego". Jednoczesnie próbuje i tam szukac sprzymierzonego wsparcia i plaszczyzn wzglednego kompromisu. Przychodzi odwaznie w sukurs pisarstwu tamtejszego nestora Leona Gomolickiego, odkrywa tez talent i walczy o prestiz mlodej, debiutujacej wówczas Lucyny Skompskiej.  Swoistym fajerwerkiem w pakiecie korespondencji wydac musi sie list w którym Karczewska karci swego pierwszego respondenta za uwodzaca próbe dowartosciowania uroków jej kobiecosci. Meskie komplementy w tej mierze odbiera z nieukrywana dezaprobata dostrzegajac w nich zamach na wlasna, uczuciowa suwerennosc i dystans okazywany srodowiskowym, mniej lub bardziej niewinnym romansom.
A wtedy sklonna z imienia wypomniec adoratorowi niejeden popelniony na tej niwie grzech. Wiadomo: kobieta.  „Listy do Seweryna" w koncu to takze swiadectwo pryncypialnie pojmowanych wartosci, które wyznaje pisarka, a co widac nawet w obszernie przytaczanych fragmentach najlepszych wierszy, w okazywanym cieple i dozie zaufania przynaleznym samemu adresatowi („A teraz lape sciskam"," Sewerysiu…", „Kochany Sewerynie") i trosce o ratowanie zdrowia jego córki (dojrzewajaca wtedy u boku ojca osobowosc Joanny Pollakówny). Generalnie idzie o lojalnosc i elementarne poczucie uczciwosci, o mozliwosc uczestniczenia w siostrzano-braterskim „dialogu serc i dusz", otworzenia sie na doskwierajacy zewszad ból plynacy z zesztywnienia wszelkich form ówczesnej, typowo PRL - owskiej komunikacji. Czesto niepewnej,  obwarowanej ortodoksyjnymi zakazami i dyskomfortem inwigilacji. Ratunkiem po wielokroc okazywal sie upust szczerosci, a na ten zdobywali sie doprawdy nieliczni ledwie i bezgranicznie sobie oddani.  Nie sposób tez oprzec sie wrazeniu, ze dla Karczewskiej duchowosc, jej niezbywalna w metafizycznym i pragmatycznym znaczeniu istota stanowily kanon trwania i przetrwania. Szczególnie      w upiornej szamotaninie z konsekwencjami nieuniknionej inwazji swiata zewnetrznego, osaczajacego ja do granic zagrozenia utrata tak fundamentów swej nienaruszalnej tozsamosci jak i osobistej wolnosci. „Wspólczesna kultura masowa, niekiedy zabawna  i nie zawsze szkodliwa, tym jednak sie cechuje, ze zupelnie nie wie, co to takiego zycie duchowe. (…) Bronic zycia duchowego to nie jest objaw  poblazliwosci wobec radykalnych estetów; mysle, ze zycie duchowe, glos wewnetrzny mówiacy do nas – albo tylko szepczacy – po polsku, po angielsku, po rosyjsku albo po grecku, jest ostoja i gruntem naszej wolnosci, niezbednym terytorium refleksji i niezaleznosci wobec poteznych uderzen i pokus, przychodzacych z nowoczesnego zycia." – pisze w „Obronie zarliwosci" Adam Zagajewski.Karczewska idealnie ten stan rzeczy unaocznia. Definiuje na swój sposób i potwierdza zarazem. Powiedzmy sobie tez reasumujac, iz cala ta korespondencja stanowi calkiem smakowity, nasycony konkretem wspomnianego czasu  kawal nietuzinkowej, z prawdziwego zdarzenia literatury. Literatury pozostajacej  wykladnia niezwyczajnej biografii, tak gruntownie i pioniersko odkurzonej po latach milczenia. Trud widac okazal sie warty zmudnie benedyktynskiej, archiwalnej w znacznej mierze dlubaniny. Pisze sie, by rana zawsze pozostawal otwarta – zauwaza Tomasz Mann. Przywracac pamiec znaczy tyle,     co nieustannie opowiadac sie po stronie zycia – wtóruje mu w swym „Notatniku" Anna Kamienska. Dokonujaca sie nie tylko na gruncie kalisko-moralnym rehabilitacja autorki „Glebokich zródel" i „Powrotu do Kalinca" dokumentuje i poswiadcza fakt bardziej niz oczywisty – Karczewska redivivus. I upatrywac         w tym nalezy co nieco wiecej jednak  – jak mysle – niz li tylko akt dziejowej i ludzkiej nade wszystko sprawiedliwosci.

Wanda Karczewska: Listy do Seweryna; Powrót Karczewskiej, Zaulek Wydawniczy Pomylka, Szczecin 2012, ss. 300

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież