Włodzimierz Rutkowski - Strzały nie na wiwat

To nie był bieg szkoleniowy z KBKAK w dłoniach i maską przeciwgazową na twarzy. Tam to tylko ćwiczenia, a tu nie widomo co, a właściwie wiadomo, bieg by nie dać się złapać tym trzem z białymi otokami na czapkach.
Skąd u nich ta zawziętość, że też im się tak chce. Odbiło im, czy co?
Niewiele brakowało, abym się zabił o drzewa przy zbieganiu z wysokiej Jastrzębskiej skarpy.
Co za niedziela. Turyści przy stolikach, jedni przed, drudzy po zwiedzaniu latarni morskiej na Rozewiu. Oni przy kawce, ciasteczkach, a ja biegiem na złamanie karku w stronę morza. Nogi same niosły tak, że nie sposób było ani zwolnić, ani się zatrzymać.
A ci trzej za mną. Gdyby nie oni, byłbym teraz z nią, może pozwoliłaby się pocałować? No bo wtedy, to nawet nie próbowałem. Zresztą jak. Obok jej dwie koleżanki i ci dwaj z wojsk lotniczych, ściśnięci jak śledzie w beczce we wnętrzu stacji radarowej. Do tego ten szok, taka ładna dziewczyna i sama, z tego co mówiła – zawsze sama, od wypadku, po którym amputowano jej rękę przy samym barku.
Gdybym to zauważył stojąc, pewnie by nogi się pode mną ugięły, ale nie zauważyłem, jak to na przepustce bez przepustki – wszystko na łapu capu. A może to przez te jej duże piwne oczy. Ci dwaj zabrali mnie w ostatniej chwili, bo tamte dwie wspomniały, że przyjdą z koleżanką. No i przyszły, a ta jeszcze jedna, właśnie mnie przypadła. Płakać mi się chciało, kiedy uświadomiłem sobie, że ona już na zawsze tak z tą jedną ręką.
Buty zdążyły już namoknąć wodą, jednak uparcie biegłem brzegiem plaży ze względów strategicznych. Piach był tu twardszy, dzięki czemu, buciory nie zapadły się tak mocno.
Tamci trzej w końcu zatrzymali się. Ja też. Stoimy i patrzymy na siebie z daleka. Ruszają – ruszam i ja. Oni się zatrzymują – ja zatrzymuję się też.
Najważniejsze to utrzymać dystans. Czuję jak serce wali mi niczym młot kowalski, mimo że przyzwyczajone jest do wysiłku, ale teraz bije jak oszalałe, chcąc pomóc całemu ciału w ekstremalnej sytuacji.
Kilkanaście sekund bezruchu robi swoje. Łapię równy oddech, zaczynam czuć stygnący pot. Ściągam z głowy niebieski beret. Ocieram nim spoconą twarz.
– Patrz, on jest z desantu morskiego.
Kątem oka dostrzegam młodą parę w strojach plażowych, z apetycznymi lodami w rękach.
– Co to znaczy desant morski?
– No wiesz, to tacy polscy Marines.
– Aaa, chyba rozumiem – kiwa główką drobna istotka.
Przysięgam w duchu, że wrócę tu za rok, kiedy będę już cywilem. Wrócę tu i będę łaził po plaży bez celu, to znów wylegiwał się na niej do znudzenia i zajadał się takimi samymi lodami, jak ci dwoje.
I nie będę sam. Nie wiem jak ona ma na imię i jak wygląda, ale wiem, że gdzieś jest, muszę ją tylko odnaleźć. Sylwetki tych trzech pomalutku zaczynają rosnąc w oczach. Ruszam pamiętając o oszczędzaniu sił. Oglądam się po paru chwilach. Znów są małymi punkcikami. Jestem już pewien, że nie dadzą rady. Utrzymuję tempo, skupiam się na regularności oddechu, na miarowym kroku. Plaża staje się coraz mniej ludna. Powoli zbliżam się do miejsca, gdzie plaża tworzy zakole. Zwalniam, zatrzymuje się. Po tych trzech ani śladu. Tak jak stoję, rzucam się w wodną otchłań. Co za radość. Nic to, że mundur ciąży nasiąknięty wodą, a buty jak z ołowiu. Wspinam się na wysoki brzeg. Na szczycie klifu suszę na gałęziach krzewów bluzę, spodnie, a nawet kąpielówki. Golusieńki kładę się na rozgrzanej trawie. Godzina słodkiego lenistwa sprawia, że wstaję jak nowo narodzony. Ostrożnie przeciskam się między kolczastymi zasiekami. Wtem strzał. Po nim drugi, trzeci i jeszcze kilka.
Co jest? Wojna i owszem, ale daleko stąd w Wietnamie, a nie tu.
I żeby tak bez ostrzeżenia?
Padam na ziemię. Nasłuchuję. Cisza. Zrywam się do biegu. Nikt mnie nie goni. Nikt nie strzela. No to juz jestem bezpieczny. Jeszcze tylko ten płot z betonu.
– Słyszałeś? – pyta dyżurny stojący przed budynkiem kompanii.
– Te strzały? Słyszałem.
– Dobrze, że już jesteś, bo coś mi się zdaje, że za chwilę cała kadra tu ściągnie.
– A to dlaczego?
– Podobno jeden z wartowników strzelał. Z tego co wiem, wkurzył się strasznie. W telewizji mecz Polska – Anglia, a zmiana warty nie przyszła. Stare wojsko chciało zobaczyć jak Jan Tomaszewski zatrzymuje Anglię. Zresztą on też.
– I co zatrzymał.
– Jasne, a kropkę nad i postawił Domarski.
– To jaki wynik?
– 1–0 dla Polski, jakby inaczej. Człowieku, mamy kadrę na medal.
– A jak tam było?
– Nic szczególnego.
– Nie bądź taki skromny. Ja tu na służbie, a ty z panienką – jest co zazdrościć.
– Nie ma czego. Zapewniam cię.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org