Marek Jastrząb - Nadmiary obfitości

Przechodzimy przez bramkę do wykrywania niezamożnych portfeli i po załatwieniu sprawy z wypełnieniem ankiety na temat stanu majątkowego i celu wizyty, wchodzimy do wnętrza supermarketu. Witani przez diabolicznie uśmiechnięty personel w buraczkowych przyodziewkach i z plakietkami informującymi, kto za nic nie odpowiada, idziemy do punktu sprzedaży mydła end powidła. Zaraz za jego wejściowymi drzwiami dostajemy palpitacji gałek ocznych, bo ogarnia nas zakupowa głupawka i atakuje rozkoszny widok półek oblepionych dobrami pochodzenia adymiej.

Być może znaleźć szpilkę w stogu siana jest niesłychanie trudno. Lecz jeszcze trudniej znaleźć WŁAŚCIWĄ, ukrytą w kopcu innych gwoździków. Pragniemy odszukać taką z czerwonym łebkiem. Chociaż z czerwonym, to akurat pomysł felerny, bo ten kolor za mocno kojarzy się z komuchami. No, ale dla świętego spokoju niech będzie łebek o barwie neutralnej: wyblakły i apolityczny.

Jakkolwiek interesują nas (tylko i wyłącznie) szpilki i jakkolwiek przywiało nas tu, by zakupić (tylko i wyłącznie) jedną z nich, a potem dać dyla przed kompletną utratą finansowej wiarygodności, to nie możemy oprzeć się pokusie i odczuwamy mus, by spenetrować resztę sklepu.

Wytrzeszczony, pożądliwy wzrok przekłada wajchę i atakuje nasze ślinianki handlowe; w tempie zreumatyzowanego żółwia przemieszczamy się od regału do regału. Nie straszne nam ceny i nic to, że w domu czeka nas awantura pod tytułem: a na cholerę żeś to kupił/a.

Kupujemy, bo a nóż za sto lat nam się przyda. Ale jako że jesteśmy cwane gapy i nie kupujemy kota w worku, prosimy subiekta o pomoc, bośmy się pogubili w przyciskach. Chcemy, by nam powiedział, co to tam jest, bo niby wygląda jak telefoniczna komórka, tyle że z boku ma jakiś wrzód niejasnego przeznaczenia.

Sprzedawca w buraczkowym przyobleczeniu podjeżdża do nas na służbowej deskorolce i tłumaczy, że wrzód, to zwykły wtyk do słuchawek do radia. I dodaje, że podobnych wtyków komórka ma więcej, bo aparat jest uniwersalny, multimedialny, a zwłaszcza modny. Ma też maciupcią latarenkę z barometrem i zapalniczkę z gwizdkiem, a gdy prosimy, by nam zademonstrował, jak to działa, proponuje nam wizytę u producenta, bo jemu nie płacą za inteligencję.

W tym miejscu przypominamy sobie rozrzewniające czasy opisywane przez Prusa w „Lalce" i początki zawodu ekspedienta Rzeckiego. Zanim stary Mincel dopuścił Ignasia do lady z klientami, przeczołgał go przez zajęcia z towaroznawstwa, by chłopak wiedział, co sprzedaje. Identycznie, jak w naszym przykładowym supermarkecie prezentują się sprawy w księgarni: sprzedawca nie zna obiektu i nic nie umie polecić, a klient pęta się między półkami.

Wracając do igły: co półka z produktami, to bardziej barwna i namolna, a że wszystkie są wielkości tankowca, a że przy każdej należy przyklęknąć, zdjąć pokrywkę z glacy i pomodlić się do Fiskusa, by w końcu dostąpić łaski obmacania wyrobu, zwiedzanie zajmuje nam pół dnia. Kiedy, setnie zzipani, docieramy nareszcie do zbiornika z przysłowiowymi szpilkami, okazuje się, że w naszym koszyku na zakupy nie ma ani milimetra wolnego miejsca i wypiętrzył się problem: gdzie wetknąć to, po co przyszliśmy. Zatem decydujemy się na heroiczny gest i odkładamy najmniej niezbędne. Przy czym odkładamy byle jak, ponieważ nie pamiętamy, gdzie leżały wprzódy.

Po wykonaniu zadania meldujemy się w kolejce do kasy. Przed nami ze dwa mendle postaci z pojemnikami wypełnionymi po brzegi oraz paru emerytów z trochą nieśmiałych bułek i czymś samotnym owiniętym w toaletowy papier ze świątecznym pomponem. Toteż stwierdzamy, że czeka nas godzinny postój. Starzy klienci blaszaka okazali się zapobiegliwsi od nas i przynieśli ze sobą rozkładane krzesełka, my zaś przebieramy odnóżami mając desperacką nadzieję, że nikt nie ukradł nam samochodu i będziemy mieli czym dojechać do domu.

Ale skończyło się na strachu i oto jesteśmy we własnej chałupie i oto odwijamy szeleszczące opakowania. Naszym złaknionym oczom ukazują się ZAKUPY, a wśród nich szpilka. Co prawda ma łebek niezgodny z naszym życzeniem, gdyż takowej nie mogliśmy znaleźć, lecz nie bądźmy drobiazgowi! Przypomnijmy sobie chwile, gdy zamiast mięsa, wisiały smutne haczyki. Pocieszmy się: widok półek z badziewiem w sreberku jest mniej traumatyczny od pójścia do sklepu z widokiem na napis: TOWARU BRAK.

Życzę sobie, życzę Wam

To nie grzech mieć marzenia, powiedziałem patrząc w niebieskie obłoki, tam, skąd przyglądał mi się Obywatel Cynik. Właściwie nie mam się czego wstydzić, mówię do niego i dodaję nieskromnie, że i nadziei też nie mam powodu, bo ostatecznie każdy czegoś tam pragnie i czegoś widzieć żąda! Nawet mnie to nie ominęło, stwierdzam z dumą, nawet ja, frustrat i malkontent żywię nadzieję na opamiętanie tych, co równają z ziemią to wszystko, co jeszcze pozostało dobre.

I w tym momencie zapowietrzyłem się z oburzenia, albowiem z firmamentu dobiegł mnie chichot Obywatela Cynika. Po chwili zaś rozległ się jego stentorowy krzyk: człowieku nikłej wiary! Ludzie, o których mówisz, mają swój los zapisany w gwiazdach i po cóż im marzenia, nadzieje, czy inne faramuszki? Onegdajsza miłość przestała istnieć, a zastąpiła ją chemia. Zażywasz specyfik i znika z ciebie czułość, a romantyzm wprost ulatuje ci z brzucha razem z motylami. Tajemnica, intymność, cudzy ból, wszystkie te zjawiska stały się równie powszechne i dostępne, jak publiczne toalety, do których możesz wejść bez przepustki sumienia. Bez obawy, że naruszysz czyjeś uczucia, ponieważ uczucia, to przesąd.

Nastroje poszły się iskać do gabinetu krzywych luster, księżyc okrzyknięto zbiorem lodowatego pyłu i pumeksowych kamieni, kobieta awansowała do roli seksualnego przyrządu, mężczyzna przyoblekł się w szpanerskie szaty modela, kochasia do cielesnych poruczeń.

Obowiązuje cię hasełko: ŻYJESZ TYLKO RAZ. A zatem rób, co chcesz i kij ci w oko. Co się przejmujesz pozostałymi ludźmi? Masz sto lat? Chlaśnij sobie tatuaż, przekłuj wewnętrzne ucho, zacznij ćwiczyć karate i zapisz się na uniwersytet dla noworodków. Znudził ci się partner? Nie staraj się zrozumieć, co mu jest, jeno wymień go na nówkę. Pies nie merda według przepisu? Ciepnij kundla przez okno i masz problem z głowy. Szkoła wadzi? Wystrzelaj połowę klasy, a zarobisz na wywiadach o trudnym dzieciństwie. Nie znosisz sąsiada? Daj mu w ryj i po kłopocie.

Kto jest kim, nie decyduje dążenie do celu, tylko gen. Jak jesteś zaprogramowany na sukces, to odniesiesz zwycięstwo. Jak masz być durniem, to choćbyś zeżarł tysiąc fakultetów, to nie udźwigniesz, taki to ciężar. Podobnie z wolną wolą. Co możesz sobie wybrać? Nic, bo twoje przeznaczenie zostało ustalone zanim powstałeś. Nie masz na nic wpływu i pogódź się z tą myślą.

Zastanowiło mnie to. Nie mogłem zaprzeczyć, że w ostatnich czasach poobdzierano mnie z wielu przekonań, a różne słowa lub zjawiska utraciły poprzednie znaczenia.

Chcę normalności; dostępu do zwyczajnego życia w minionych obyczajach, spokojnego istnienia w harmonii ze światem, w symbiozie z naturą, z obcowaniem dusz; bez udawania, że jestem, kim nie jestem. No i żebym wreszcie trafił na swoją Arkadię. Na miejsce, z którego nie będę przepędzany do Krainy Zbędnych Łowów. Życzę sobie znienawidzonego trwania w zwyczajności, chwil pozbawionych presji, nakazów i wytycznych, jak żyć na luzie. Mniejszej i z każdym następnym dniem coraz mniejszej liczby „pedagogów" pouczających mnie, w którą stronę powinienem się uśmiechać i komu kłaniać, bym dochrapał się opinii, że jest ze mnie równy gość.

I zasromałem się okrutnie, bo jest teraz okres świąteczny, czas na bratanie, miłość, wzajemne ciepło i dawanie serca. Więc Wam daję, a składając życzenia, pragnę w zamian, byście uwolnili mnie od pisania minorowych tekstów, owych ponurych bzdetów głoszących, że co prawda jest nie do końca wspaniale, ale w gruncie rzeczy nie jest tak źle. Pragnę zaprzątać sobie myśli samymi pozytywami, tym, by na zawsze poniechać ironii, wyzbyć się cynizmu, koncentrować się na rzeczach tak ważnych, jak utylizacja poglądów Obywatela Cynika, a nie na ględzeniu o absurdach psujących krew.