• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - Ekstremalni


                                                                    Bądź zimny lub gorący, ale nigdy letni.
                                                                                                       (z Biblii)
              W kapitalizmie (jak wiadomo) człowiek liczy się przede wszystkim jako pracownik, co nieraz powoduje tragiczne w skutkach konsekwencje (jak np. „wyścig szczurów" czy pracoholizm). Dlatego też mnożą się poradniki (głównie tłumaczenia książek powstałych na Zachodzie), jak dbać o tak zwaną higienę psychiczną. Oczywiście owa higiena psychiczna nie jest w tych publikacjach celem (choć takie wrażenie ich autorzy usiłują sprawiać), tylko wyłącznie ŚRODKIEM, za pomocą którego ma być uzyskana większa i dłuższa wydajność w pracy. Mamy więc typowe błędne koło, a tym samym i zakręconych coraz więcej. Od razu zaznaczam, że nie mówię tu o twórcach, do których określenia zakręcony, walnięty, nawiedzony, maniak, pasjonat itp. stosowane są najczęściej. Autentyczny twórca WALORY TAKIE MIEĆ MUSI, niezależnie od konsekwencji! Jeżeli ich nie ma, może co najwyżej być odtwórcą (a najczęściej nie jest nawet tym). Zakręcony twórczo ma natomiast dodatkowo wyjątkowe predyspozycje do obserwowania u innych wszelkich nawiedzeń i zawirowań z żadną twórczością niezwiązanych.
              Ludziska niebędący twórcami na ogół nie potrafią zaobserwować, że w jakimś aspekcie swego życia są zakręceni (bo po prostu dali się w coś wkręcić). Najlepszym przykładem są osoby tak intensywnie się odchudzające, że popadają w anoreksję, będąc tego zupełnie nieświadomymi. Nałogowe odchudzanie się to akurat katorga, mnie tymczasem interesować tu będą nie tyle męczarnie, ile PRZYJEMNOŚCI mające obywatelowi „doładować akumulatory", by do pracy ruszał odnowiony, zrelaksowany i pełen ochoty. Znów zaznaczę, że nie zamierzam podawać publicznie takich metod, za które grozi odsiadka! Skupię się na tym, co radzą reklamowane oficjalnie i popularne poradniki. Aby chętniej pracować, zadbaj o właściwy relaks w czasie wolnym. Pomyśl, co sprawi ci autentyczną przyjemność i zawsze po pracy tę przyjemność sobie zapewnij. Zauważywszy, że po napisaniu dwóch ostatnich zdań podśmiewam się jakoś dwuznacznie, natychmiast spieszę z uściśleniem: idź do kina, teatru, poczytaj ciekawą książkę, posłuchaj muzyki, kup sobie coś upragnionego, wybierz się na spacer itp. Te wszystkie rady w bezcennych poradnikach znajdziemy. Problem jednak w tym, że są to rady dobre dla obywateli z kręgu tak zwanej średniej statystycznej. Jest to faktycznie grupa najliczniejsza („złoty środek"), jednak ciągle się zmniejszająca na rzecz grup o zachowaniach ekstremalnych!
              Z jednej strony będą to pracoholicy całkowicie niezdolni do jakiegokolwiek relaksu (i w wymuszonym czasie wolnym z braku roboty dostający szału), z drugiej zaś osoby bliskie zapaści na samą myśl o pracy, które można elegancko nazwać relaksoholikami. Nie mówię to o tych, którzy w ogóle nie pracują z lenistwa, a zwłaszcza nie pracują wskutek bezrobocia. Nazywanie ich relaksoholikami byłoby niewłaściwe. Relaksoholik PRACUJE, ale jak na mękach, przy czym jest mistrzem w ograniczaniu sobie energii wydatkowanej w czasie pracy (bo jest ona kumulowana na czas relaksu!). Ekstremalni mają jednak to do siebie, że we wszystkim, co lubią, idą na całość i do upadłego. Weźmy najbardziej szlachetną pasję – czytanie. Czytający ekstremalny ani nie będzie spał, ani nie znajdzie czasu na zakup i przygotowanie sobie jedzenia, nie załatwi ważnych spraw, rachunków nie popłaci, bo poutyka je między kartki książek, pogubi i zapomni. Namiętny wielbiciel teatru natomiast nieraz nawet kilka dni po spektaklu nie jest w stanie o niczym innym myśleć i rozmawiać. Z kolei kinoman najsłoneczniejszy dzień przesiedzi w kinie, o ruch na świeżym powietrzu nie dbając ani przez chwilę. Do nakręcania się urokami kina ponoć żadnych predyspozycji nie mam, bo zagorzali kinomani od lat twierdzili, że „zupełnie nie czuję filmowego bluesa". Przez czysty przypadek przekonałam się jednak, że można „nie czując bluesa", zaznać znienacka ostrego rock and rolla! Przyczynił się do tego mój niezrównany zakład pracy, który u schyłku 2011 roku w bożonarodzeniowym prezencie obdarował pracowników karnetami na kilkanaście filmów. Były te karnety ważne przez pół roku, ludziska więc kulturalnie analizowali kinowe oferty i (jak na pracowników uniwersyteckich przystało) selekcjonowali ambitnie. Ja natomiast z lenistwa nie uczyniłam nic ambitnego, ocknąwszy się dopiero, gdy karnet miał ostatni dzień ważności. Wtedy ruszyłam do kina skoro świt, bo pierwszy film wyświetlali o godz. 9.15. Zeszło mi w owym Multikinie do godz. 22.30 (kiedy to miałam ostatni autobus do domu). Cały dzień uzupełniając tylko zapas kawy w termosie, biegałam z filmu na film, zaliczając wszystko jak leci (bo na selekcję nie było już czasu). To, że obejrzałam nawet film o walkach „Solidarności" z komuną na Wybrzeżu (którego to tematu obsesyjnie wręcz nie znoszę) – najlepiej świadczy o mojej determinacji. Poza tym zaliczyłam horrory, kryminały, film o końcu świata, liczne komedie i dramaty społeczne, „Salę samobójców", przygodowy o piratach, dla dzieci o misiu pandzie, o jakichś wróżbitach, prorokach, mistrzach kung-fu, agentach, seryjnych mordercach oraz 2 lub 3 kosmiczne z gatunku science fiction. Przyznaję, że gdy z kinowego świata wyszłam w nieciekawy real – kapitalizm przestał istnieć i to aż na kilka dni! Wszystko, co tego dnia obejrzałam, pokręciło mi się tak oryginalnie, że wytworzyło całkiem nową jakość. Cały czas miałam przeświadczenie, że tak właśnie będzie w niebie. Na dodatek nieunikniony w końcu powrót do realiów też wcale nie był drastyczny. Filmowy raj odpływał STOPNIOWO i bez żadnego pośpiechu. Z wdzięczności dla zakładu pracy, który zafundował mi ten maraton, zmobilizowałam się bohatersko (a wymagało to żelaznej woli!), by tylko dwa dni robocze opuścić, marnując wspaniałomyślnie część relaksu o potencjale co najmniej tygodniowym.
              Skoro przez czysty przypadek potrafię osiągnąć AŻ TAKI relaks, cóż dopiero mówić o organizowanym z premedytacją relaksie za pomocą muzyki. Nie ma wśród środków relaksacyjnych potężniejszego żywiołu! Człowiek jednak nieraz żywioły ujarzmia dla własnej korzyści. Wiadomo np. że leniowi najtrudniej wstać do pracy. Otóż od lat dzięki muzyce nie mam tego problemu. Wystarczy mi o dowolnej porze nocy lub poranka sięgnąć z łóżka ręką do odtwarzacza, w którym czekają tak finezyjnie dobrane nagrania, że ani minuty przy nich nie poleżę. W żadnym wypadku nie chodzi tu o hałas, tylko o odpowiedni rytm! Szamani wprawiający się w trans tym właśnie sposobem – to moje bratnie dusze. Ponieważ nigdy nie bywam tylko biernym konsumentem czyichś pomysłów, słuchanie łączę natychmiast z dodawaniem własnych inicjatyw rytmicznych. Niezbyt głośne instrumenty perkusyjne, jak kołatki, grzechotki, kastaniety, marakasy oraz metalowe i drewniane pudełka różnych gabarytów (pełniące rolę minibębenków) – zawsze znajdują się na wyciągnięcie ręki. Jedna z moich własnych piosenek, wyjątkowo namolnie zachęcająca do zawodowych obowiązków, już na początku ma słowa: „Co w mej mocy, wszystko zrobię, by rozkręcić jakiś hit, bo do pracy się sposobię…". Jednak z żywiołami nie ma żartów, bliżej końca utworu pada więc taki edukacyjny tekst: „Gdy pracujesz nawiedzony, w pracy może powstać zgrzyt. Fajrant mieć niezamierzony – zawsze w domu mniejszy wstyd!" W efekcie utwór kończy się decyzją: „Oj, nie pójdę już do pracy, bo ma hit za dobry rytm!" To wszystko razem dowodzi, że gdy poradniki zalecają relaks za pomocą muzyki, powinny jednak uczciwie zaznaczać, że jest to oferta bezpieczna tylko dla osobników niezbyt umuzykalnionych, o napędzie typowym dla tak zwanej ciepłej kluchy, zwykle traktujących muzykę jako środek nasenny. Jednak taki relaks z punktu widzenia pracodawców również jest bezwartościowy. Teraz przejdę do relaksów przynajmniej teoretycznie mniej ekstremalnych.
             Jeśli chodzi o zdrowy ponoć zwyczaj spacerowania, sama znałam osobę, której spacerowanie skończyło się w szpitalu, wskutek jakiegoś tam naderwania ścięgien, zapalenia stawów skokowych itp. Nie znam się akurat na tym, ale lekarze stwierdzili, że osoba ta przeforsowała organizm, wytyczając sobie codziennie wielokilometrowe trasy spacerów. Że ku dobremu nie idzie, zauważyłam już na długo przed przykrym finałem. Osoba ta chętnie uczestniczyła w różnych spotkaniach autorskich, występach muzycznych, wernisażach itp., jednak natychmiast po zakończeniu prezentacji pędziła do wyjścia, nawet w pół słowa przerywając rozmowy, które sama zainicjowała. Znajomy wciąż dociekał, na jaką chorobę psychiczną może cierpieć ta zdrowiej od nas wszystkich żyjąca kobieta. – To nie choroba psychiczna, tylko bardzo rzadki przypadek uzależnienia od spacerów. Oczywiście uważano to za mój kolejny odlotowy wymysł. Poszukiwałam towarzystwa tej spacerowiczki, bo niełatwo było z nią pogadać, a poza tym choćbym towarzyszyła jej nawet przez wiele dni, nie zachodziło żadne ryzyko, że mnie jej postawa nakręci w kierunku naśladownictwa. Dlatego też pewnego razu zaczaiłam się na nią na końcowym odcinku jej trasy spacerowej, z którego to punktu było 15 minut do miejsca spotkania autorskiego, na które obie spacerkiem podążałyśmy, tym razem rozmawiając bez przeszkód. Kilka fachowych pytań spowodowało, iż wyjaśniła mi wprost, że na te wszystkie imprezy kulturalne chodzi tylko po to, by znaleźć okazję do spacerów tam i z powrotem. Znajomi dowiedziawszy się o tym, znów uparcie twierdzili, że „musi to być choroba psychiczna, bo przecież normalny człowiek, chcąc iść na spacer, nie tłumaczy się i nie szuka dziwacznych uzasadnień". Tymczasem sami (uważając się przecież za normalnych) też stosują ten sam mechanizm (nazywa się on RACJONALIZACJA), wyjaśniając na przykład, że wódeczkę muszą wypić dla towarzystwa, winko na trawienie, kawkę z powodu zbyt niskiego ciśnienia itp. Owszem, MUSZĄ, ale akurat nie z tych powodów, które podają. Nic dziwnego, że nie mając żadnej świadomości co do mechanizmów i symptomów uzależnień, sami nie wiedzą, w co i w jakim stopniu są uwikłani.
              Zamieszczane w poradnikach miłe propozycje, by dla podwyższenia nastroju pójść na zakupy, są najniebezpieczniejsze z możliwych. Zakupoholizm to jednostka chorobowa dobrze już zdiagnozowana i z wolna przybierająca rozmiary epidemii. Sama nie znosząc chodzenia po sklepach i poświęcając na zakupy tylko absolutnie niezbędne minimum czasu – chętnie nieraz przez całe dnie asystuję w sklepach zakupoholikom (bo znów nie ma żadnego ryzyka, że nagle wezmę z nich przykład). Zauważyłam, że zakupoholicy (których mam wielu wśród krewnych) wprost uwielbiają kupować w moim dość drętwym i pozbawionym krzty entuzjazmu towarzystwie. – „Bo ty do żadnych głupich zakupów przynajmniej nikogo nie namawiasz, a przy tym nigdy się nie oburzasz i chyba nas mimo wszystko rozumiesz. Podczas naszego kupowania mówisz za to nieraz takie rzeczy, że człowiek nie wie, co ma o tym sądzić…Jednak po przyjściu do domu od razu można stwierdzić, że jakoś dziwnie się na tym znasz, bo mówiłaś coś, co się później potwierdza". Właśnie przyjście z zakupoholikami i ich zakupami do domu daje najlepsze pole do obserwacji tego nałogu. W sklepie jedynie dyskretnie namawiam nieszczęśliwców: – Wyluzuj przynajmniej trochę! Chodźmy posiedzieć na ławce. Na litość boską, odejdź choć na pięć minut od tego stoiska! Przyhamuj napęd, zmniejsz obroty! A teraz to już po ptakach i pies na długo pogrzebany! Oj, będzie w chałupie cienko śpiewane requiem! – O czym ty gadasz? – dziwują się naiwni nałogowcy. Dopiero w domu z wolna zaczynają rozumieć. Portfele puste (często pozostają też do spłacenia spore pożyczki), piętrzy się natomiast sterta rzeczy zbędnych, które ZAWSZE po zakupie wydają się mniej atrakcyjne niż w sklepie. Euforia opada błyskawicznie, zaczyna się żałowanie poniewczasie, obietnice, że nigdy więcej i ciężki dyskomfort (oczywiście do następnego razu!). – Skąd już w sklepie wiedziałaś, że w domu będzie niewesoło? – Boście w tym sklepie jak świry od razu weszli w apogeum, a z takiego stanu można już tylko w dół! – Ale ty przecież nic nie kupujesz, to skąd wiedziałaś? – Stąd, że po prostu tak, a nie inaczej diabli ten świat urządzili nie tylko w kwestii sklepowych zakupów. – No to wszyscy ludzie tak mają? – Niezupełnie wszyscy, ale jest nas z dnia na dzień coraz więcej. Nas – ekstremalnych we wszystkim, co czynić lubimy!

    Również tego autora