Jan Burakowski - Dyktatury i dyktatorzy

W krajowej publicystyce niewiele jest określeń o konotacjach tak jednoznacznie negatywnych jak „dyktatura" i „dyktator". Jeśli dyktatura, to bezwzględna, twarda, krwawa, bezlitosna. Z rzadka jedynie spotykamy się z przymiotnikami neutralnymi emocjonalnie („konieczna", „nieunikniona").
    Tego rodzaju konotacje są świeżej daty. Wynikają one z ofensywnej liberalnej demokracji, kreującej się na najdoskonalszą formę ustroju społecznego. Nie dziwi to.. Dyktatura, czyli „absolutystyczne i autokratyczne rządy, znoszące swobody demokratyczne, sprawowane przez jednostkę lub niewielką, wyizolowaną ze społeczeństwa grupę osób", to antyteza demokracji.
    W dziejach Polski mieliśmy dyktatorów sporo. Władzę taką dzierżyli: Tadeusz Kościuszko, przywódcy Powstania Styczniowego – L. Mierosławski, M. Langiewicz i R. Traugutt, Józef Piłsudski (dwukrotnie) oraz Wojciech Jaruzelski (1981 – 1989).
Czołowym przykładem spełnionego pozytywnie dyktatora jest niewątpliwie kreator współczesnej Turcji Mustafa Kemal (1881 – 1938), znany powszechnie jako Atatürk (= ojciec Turków), prezydent Turcji w latach 1922 – 1937. Po upadku imperium ottomańskiego, właściwej Turcji, na wpół jeszcze feudalnej, groził wręcz rozbiór. Kemal Pasza stworzył sprawną armię, która zaprowadziła porządek w państwie i zreformowała kraj. Rządził żelazną ręką, lecz zachował sporo rozwiązań demokratycznych, a przede wszystkim stworzył mechanizmy ustrojowe zabezpieczające stabilność władzy. O tym, że były one dobrze przemyślane najlepiej świadczy fakt, że dziś, ponad 70 lat po śmierci Atatürka, Turcja rozwija się dynamicznie i jest niekwestionowanym mocarstwem regionalnym.
Podobnego formatu bohater narodowy kształtował współczesną Finlandię. Ten niewielki ludnościowo kraj (aktualnie 5 mln mieszkańców, w 1918 roku – ok. 3 mln) o surowych warunkach klimatycznych, był do 1918 roku autonomiczną prowincją Imperium Rosyjskiego. Po wybuchu Rewolucji Październikowej, Finlandia proklamowała niepodległość. W przekształceniu peryferyjnego kraiku w nowoczesne, demokratyczne państwo decydującą rolę i to aż 3-krotnie, odegrał Carl Mannerheim (1859 – 1951) – genialny wojskowy (generał armii carskiej od 1911 roku) i polityk. W 1918 roku, w czasie wojny domowej, objął on dowództwo nad siłami „białych" doprowadzając do ich zwycięstwa (w przypadku zwycięstwa „czerwonych" Finlandia stała by się niechybnie republiką związkową ZSRR). Po raz drugi stanął na czele państwa w 1939 roku, kierując obroną Finlandii po agresji Sowieckiej. Był to pojedynek Dawida z Goliatem, ale dzięki dobremu przygotowaniu do obrony, determinacji Finów i talentom Mannerheima, Finlandia zdołała zachować suwerenność, choć utraciła sporą część swojego terytorium. Wreszcie w latach 1944 – 1945 Mannerheim zdołał wyplątać swój kraj z sojuszu z Niemcami, zawrzeć traktat pokojowy z ZSRR i ułożyć korzystne stosunki z wielkim sąsiadem. W 1945 roku zbliżający się już do 80-tki Mannerheim przekazał władzę w ręce młodszych polityków, wyrosłych w cieniu jego działalności. Prezydenci – J. Paasikivi a następnie Urhe Kekkonen - kontynuowali dorobek swego wielkiego poprzednika, dzięki czemu dziś Finlandia jest cieszącym się powszechnym uznaniem nowoczesnym państwem.
O formacie tej osobowości najlepiej świadczą fakty. Mimo swej pozycji przywódca fiński nie uległ pokusom władzy autorytarnej. Pomimo agresji ZSRR nie zniszczył partii komunistycznej, wreszcie mimo sojuszu z Niemcami nie zaatakował Leningradu i kolei murmańskiej, co ułatwiło sukces ZSRR (koleją murmańską docierały do ZSRR dostawy alianckie, a Leningrad był niejako symbolem ZSRR i determinacji Rosjan w walce z Niemcami).
Podobną rolę we Francji odegrał generał Charles de Gaulle (1890 – 1970). W latach 1940 – 1945 przeciwstawił się kolaboranckim rządom Vichy. Stworzył Komitet Wolnej Francji, który przejął władzę w posiadłościach zamorskich i podjął walkę z Niemcami. Uchroniło to ojczyznę Napoleona przed hańbą i zaowocowało utrzymaniem przez nią pozycji mocarstwowej. Na czele państwa stanął po raz drugi w latach 1958 – 1968, gdy Francję pochłonął kryzys związany z rozpadem jej imperium kolonialnego. Ch. De Gaulle wyplątał Francję z wojny algierskiej. Opanował chaos wewnętrzny i wypracował system silnej władzy państwowej. Niechętny dominacji USA w Europie zachodniej, dążył do zacieśnienia współpracy Francji z Republiką Federalnych Niemiec, tworząc w ten sposób „jądro" jednoczącej się Europy. Zacieśnił współpracę z ZSRR, przyczyniając się do przezwyciężenia „zimnej wojny". Podobnie jak Mannerheim, nie uległ pokusie wprowadzenia władzy autorytarnej i rozprawienia się z przeciwnikami politycznymi. Generał udowodnił, że można połączyć silną władzę z zachowaniem podstawowych swobód obywatelskich.
Autorytarnych przywódców państw, którzy potrafili ustrzec się pokus dyktatury można wskazać więcej. Rozsądnym dyktatorem „konstytucyjnym" był Antonio de Oliveira Salazar (1889 – 1970), prezydent Portugalii w latach 1932 – 1968. Uchronił swój kraj przed udziałem w II wojnie światowej, nie potrafił się jednak zdecydować na rezygnację z kolonii, co wplątało jego kraj w długie wojny w Angoli i Mozambiku. Nie potrafił także w odpowiednim czasie przekazać władzy młodym. Wiele osiągnął też Miklos Horthy (1868 – 1957), w latach 1920 – 1944 regent Węgier z władzą dyktatorską. W niesłychanie trudnej sytuacji Węgier po I wojnie (straciły sporo ziem na rzecz Rumunii, Czechosłowacji i Jugosławii), zaprowadził w kraju porządek z zachowaniem demokracji, starał się zachować nieco suwerenności wobec Niemiec.
Do tego typu dyktatorów zaliczyć też można Josipa Broz – Tito (1892 – 1980) w latach 1943 – 1980 przywódcę Jugosławii. Dokonania Tito są ogromne. W złożonej sytuacji politycznej po agresji Niemiec i Włoch (m.in. powstanie „niezależnego" państwa chorwackiego współpracującego z Niemcami), utworzył siły zbrojne walczące z powodzeniem z Niemcami i eliminujące jednocześnie zwolenników monarchii oraz zjednoczył zapewniając jego niezależność tak od ZSRR, jak i od mocarstw zachodnich. Jugosławia osiągnęła wielkie sukcesy na arenie światowej (czołowa pozycja w tzw. Ruchu Niezaangażowanych). Niestety, nie pozostawił trwałego systemu, gwarantującego trwałość państwa.
W części końcowej przeglądu dyktatur i dyktatorów, zajmijmy się przypadkami najbardziej spektakularnymi. Pojawili się w XX wieku ludzie, którzy dzięki swym talentom przekształcili swe narody i zapewnili ich dynamiczny rozwój. Te przypadki to Ho Chi Minh i Wietnam, Fidel Castro i Kuba oraz Aleksandr Łukaszenko i Białoruś.
Wietnam w ciągu trzech tysiącleci swej historii przeżywał okresy lepsze i gorsze. Współczesny Wietnam, doúă duýe państwo (330 tys. km˛, ok. 85 mln mieszkańców), dynamicznie rozwijające się, to niejako autorskie dzieło Ho Chi Minha (1890 – 1969). Wietnam nigdy nie osiągnął pozycji mocarstwowej, ale zawsze miał poczucie odrębności, co dokumentował prawie permanentną walkę z ekspansjonistycznymi Chinami. W XIX wieku zagrożenie przyszło z innej strony. Do podboju Indochin przystąpiła Francja. W czasie II wojny światowej kraj zajęli Japończycy. Przyjmowani początkowo radośnie jako wyzwoliciele, rychło dali się poznać jako okrutni ciemiężyciele. Wietnamczycy podjęli z nimi walkę i oswobodzili kraj jeszcze przed powrotem Francuzów. Ci jednak nie chcieli zrezygnować z Indochin, będących najcenniejszą perłą ich kolonialnego imperium. Rozpoczęła się trwająca ponad 30 lat epopeja, która uczyniła z Wietnamu jeden z ważniejszych podmiotów polityki światowej. Wietnamczycy walczyli kolejno z czołowymi mocarstwami światowymi: Japonią, Francją, Stanami Zjednoczonymi, a w końcu i sąsiednimi Chinami. Wszystkim agresorom zadali ciężkie straty. Szczególnie spektakularna była klęska USA, które w „obronę demokracji" w Wietnamie zaangażowały cały swój potencjał militarny. Owszem, spaliły wsie, zrujnowały miasta, zabiły miliony ludzi, rozległe połacie kraju zmieniły w skażoną pestycydami pustynię – ale w końcu musiały się wycofać pozostawiając na ziemi wietnamskiej zwłoki tysięcy żołnierzy.
    Walka Wietnamczyków o wyzwolenie narodowe i o prawo do samodzielnej drogi rozwoju, jest fenomenem pod wieloma względami. A w 1945 roku kraj był zacofany cywilizacyjnie, zniszczony i wyeksploatowany przez Japończyków. Jego terytorium jest trudne do obrony. Walką kierowała od początku Komunistyczna Partia Indochin (obecna nazwa: Partia Pracujących Wietnamu), która jako cele wyznaczyła połączenie wojny narodowo – wyzwoleńczej z przebudową społeczną. Tak więc bój trwał równolegle na dwóch frontach. Przebudowę kraju utrudniały też separatyzmy regionalne. Mimo wszystko komuniści wietnamscy osiągnęli wszystkie swe cele. Najnowszą historię Wietnamu symbolizuje Ho Chi Minh wieloletni prezydent (1946 – 1969) i przywódca rządzącej partii.
 Równie spektakularny jest przykład Kuby. A „autorem" współczesnej Kuby jest Fidel Ruz Castro (ur. 1926 roku, w latach 1959 -2006 przywódca państwa).  To niewielkie państwo wyspiarskie (111 tys. km˛, 11 mln mieszkańców) odegraůo w regionie Ameryki Ůacińskiej podobnŕ rolć jak Wietnam w Azji Poůudniowo-Wschodniej. Gdy w 1959 r. ruch kierowany przez Fidela Castro obalił skorumpowany reżym generała Fulgencio Batisty, wszyscy obserwatorzy byli przekonani, że to kolejny z przewrotów, który niewiele zmieni życie kraju. Początkowo Fidel Castro i jego towarzysze nie zamierzali dokonywać radykalnej rewolucji społecznej – ich celem było oczyszczenie kraju z korupcji, usunięcie przeżytków kolonialno – feudalnych, ograniczenie wpływu kapitału obcego i rozluźnienie pęt zależności od „Wielkiego Brata". USA, zaniepokojone radykalną retoryką rewolucjonistów i zaczątkami reform społecznych, postanowiły usunąć Fidela Castro. Dopiero inwazja uzbrojonych i wyszkolonych przez CIA emigrantów kubańskich (desant w Zatoce Świń – 1961) radykalnie zbliżał Kubę do ZSRR i skłonił przywódców kubańskich do przyspieszenia przekształceń socjalistycznych. W odpowiedzi na ten afront USA zerwały stosunki dyplomatyczne i wszelkie kontakty z wyspiarskim państwem. Wymogły też podobne kroki na innych państwach. Oblicza się, że straty Kuby z tytułu embarga i sabotażowych działań USA wyniosły co najmniej 80 mld dolarów.
    Gdy w 1990 roku Michaił Gorbaczow z dnia na dzień zawiesił pomoc gospodarczą ZSRR dla Kuby wydawało się, że bankructwo jest nieuniknione. Ale Kuba przetrwała doświadczeniem, że i bez poparcia mocarstw można żyć godnie, choć ubogo. Po wielu ciężkich latach zaczęła się odradzać gospodarka, wyzwalając się z monokultury trzciny cukrowej. Rozwinęła się turystyka. Statystycznie rzecz biorąc dochód narodowy na 1 mieszkańca jest na Kubie 20-krotnie niższy niż w USA, ale – o dziwo – długość życia jest taka sama, odsetek analfabetów niższy niż w Stanach, a bezpłatne szkolnictwo i służba zdrowia budzi podziw nie tylko w krajach „trzeciego świata". Ogromne sukcesy odnosi kubańska kinematografia, muzyka, literatura.
    Zaciekła nienawiść Amerykanów nie dziwi. Fidel Castro żyje mimo licznych prób zamachów CIA na jego życie. Ale nawet nie to jest najważniejsze. Kuba od dziesięcioleci infekuje pomyślnie realizowanym marzeniem o niezależności i własnej drodze rozwojowej cały region latynoamerykański (i nie tylko). Nienawiść polityków USA można zrozumieć, mniej zrozumiała jest natomiast zapiekła nienawiść do tego kraju  „Gazety Wyborczej", a szczególnie Adama Michnika i Macieja Stasińskiego.
W latach 70-tych i 80-tych Stanom Zjednoczonym, przy wydatnym wsparciu Watykanu, który potępił „teologię wyzwolenia", udało się zahamować postęp socjalizmu w Ameryce Łacińskiej. Co więcej, w wielu krajach zaprowadzono porządki demokratyczno-liberalne. Już wydawało się, że nadal żywotna jest doktryna Monroe’go (kontynent amerykański jest wyłącznym obszarem wpływów USA), że presja ekonomiczna i nacisk militarny określają losy krajów. Recydywa neokolonializmu na tym kontynencie okazała się jednak krótkotrwała. Liberalne wzorce narzucone przez USA nie poprawiły poziomu życia ogółu społeczeństwa – wręcz przeciwnie – pogłębiły przepaść między bogatymi i biednymi, a zalecane przez USA reformy rujnowały gospodarki najbogatszych państw kontynentu (kolejne kryzysy gospodarcze w Argentynie, Wenezueli, Urugwaju, Brazylii itd.). Dziś ten przejściowy triumf neoliberalizmu to już przeszłość. W wyborach parlamentarnych i prezydenckich niemal we wszystkich krajach zwyciężają kandydaci o orientacji prosocjalistycznej.
    Kuba i Fidel Castro doczekali czasów, gdy kontynent latynoamerykańskich staje się nie tylko istotnym podmiotem polityki światowej, ale też przybiera barwę „czerwoną". Przywódcy Brazylii, Argentyny, Wenezueli, Ekwadoru, Boliwii i dziesiątka innych państw pielgrzymują, w początkach XXI w. do Fidela Castro – choć dążą do suwerenności swych krajów i ustroju sprawiedliwości społecznej nieco innymi drogami niż niegdyś Kuba. Przywódca kubański jest powszechnie doceniany i szanowany jako „drugi Bolivar", inicjator walki o prawdziwą niezależność (przede wszystkim gospodarczą) państw Ameryki Łacińskiej i usunięcie reliktów kolonializmu.
Między drogami do suwerenności narodowej i postępu społecznego Wietnamu i Kuby są ogromne różnice, ale i liczne podobieństwa. Państwa te symbolizują końcowy etap walki z tradycyjnymi formami „białego" kolonializmu, którego symbolami byli „misjonarze" i „kanonierki". Zupełnie inny natomiast jest przypadek Białorusi.
    Po rozpadzie Związku Radzieckiego (1991), w państwach powstałych na jego gruzach ustrój socjalistyczny zastąpiono kapitalizmem o bardzo swoistym obliczu. Własność społeczna została podzielona między skorumpowane elity dawnej władzy, różnych spryciarzy i kapitał międzynarodowy. Produkcja przemysłowa i rolna zmniejszyła się radykalnie, w powstałą lukę szeroką falą wlały się towary z „Zachodu" (katastrofa ekonomiczna państw „realnego socjalizmu" ożywiła na jakiś czas ekonomikę Zachodu). Dziś (2011 r.), prawie 20 lat po katastrofie ZSRR, sytuacja oczywiście unormowała się w znacznym stopniu, przy znacznym zróżnicowaniu się form poszczególnych państw postsowieckich – od typowej demokracji typu zachodniego w państwach nadbałtyckich, przez autorytarną demokrację Rosji, do neosatrapii w Azji Środkowej. Bogate w surowce państwa, które ustabilizowały sytuację polityczną rozwijają się szybko (szczególnie Rosja i Kazachstan). Te, które nie potrafiły dopracować się stabilizacji, wegetują (szczególnie Gruzja, Mołdawia, Ukraina). Wszystkie je charakteryzuje jednak brutalny kapitalizm, nie bez powodu nazywany „dzikim": olbrzymie zróżnicowanie materialne społeczeństwa, zgromadzenie większości majątku narodowego w rękach nielicznych „oligarchów" (Rosja jest niemal „własnością" około 10 „rodzin", w większości pochodzenia żydowskiego) i bardzo szeroka strefa nędzy. Jest to wzorzec latynoamerykański, teraz na tamtym kontynencie właśnie skutecznie rozbijany. Z tego wzorca wyłamało się tylko jedno państwo – Białoruś. [Świat Inflant 2007, nr 13, s.1-30 i 2008, nr 5, s.8-9]. Po rozpadzie ZSRR poziom życiowy spadł tam o połowę. W 1994 r. prezydentem wybrany został Aleksandr Łukaszenka, który już wcześniej zdobył znaczną popularność na Białorusi. Program wyborczy Łukaszenki przewidywał zapewnienie nadzoru państwa nad gospodarką, szeroki zakres opieki społecznej, utrzymanie państwowego charakteru służby zdrowia i oświaty, mecenat państwa nad twórczością i działalnością kulturalną, zachowanie ścisłych związków ekonomicznych z Rosją. Program ten Aleksandr Łukaszenka realizuje już od 17 lat z żelazną konsekwencją i spektakularnymi sukcesami. Ograniczony został zakres prywatyzacji gospodarki narodowej, za udziały w akcjach przedsiębiorstw białoruskich inwestorzy zachodni i rosyjscy muszą płacić uczciwe ceny. Obok gospodarstw indywidualnych funkcjonują nadal, jako sektor podstawowy na wsi, państwowe i spółdzielcze gospodarstwa rolne (sowchozy i kołchozy), w pełnym wymiarze działają liczne domy kultury, biblioteki publiczne. Po upadku w latach 1990-1994, szybko odradza się rolnictwo (dziś Białoruś jest eksporterem żywności), pełną zdolność produkcyjną odzyskują zakłady przemysłowe, produkujące m.in. unikalne superciężkie samochody ciężarowe, traktory, sprzęt budowlany, różne typy nowoczesnego uzbrojenia i sprzętu gospodarstwa domowego. Białoruś jest jedynym państwem postradzieckim, w którym brak miliarderów kupujących rezydencje w Londynie i na Florydzie, ale są tam terminowo wypłacano płace i emerytury, a bezrobocie nie przekracza 2%. Białorusini żyją skromnie, ale w warunkach pełnej stabilizacji życiowej. Przeciętny poziom życiowy rodziny, szczególnie na wsi, jest znacznie wyższy niż na bogatej z natury Ukrainie, a nawet w Rosji. Nic dziwnego, że istniejący system rządów popiera zdecydowana większość społeczeństwa, a wychodźstwo zagranicę z przyczyn ekonomicznych (tak powszechne na Ukrainie) prawie nie istnieje. Białorusini dobrze się czują w swoim kraju i są ze swojej ojczyzny coraz bardziej dumni, do czego przyczynia się także ogląd życia w krajach sąsiednich – tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie (Białorusini mogą bez przeszkód podróżować za granicę).
    Rozwój sytuacji na Białorusi, względny sukces polityczny i ekonomiczny tego „socjalizującego" państwa, jest tym bardzie godny uwagi, że funkcjonuje on w uwarunkowaniach w pewnym sensie trudniejszych niż w swoim czasie Wietnam lub Kuba. Tamte kraje walczyły z jednym „Goliatem" i mogły liczyć na wydatną pomoc z zewnątrz (ZSRR, Chiny). Białoruś ma przeciw sobie wszystkich możnych tego świata: USA, Unię Europejską (z wiodącą rolą Polski w nagonce) i Rosję. Łukaszenka od początku swej prezydenckiej władzy był bez pardonu atakowany na Zachodzie za „łamanie demokracji": Nieco później otwarcie nieprzychylna rządom Łukaszenki stała się też Rosja. Rosja, bazująca na bardzo ścisłych, naturalnych powiązaniach z Białorusią (nie tylko ekonomicznych i kulturalnych, ale także językowych) miała nadzieję na szybkie wchłonięcie „młodszego brata" i ujednolicenie ustrojowe obu państw. Tymczasem z roku na rok wyraźniej zarysowuje się odrębność Białorusi. Sprawna organizacja życia w tym kraju, na wszelkich polach, sukcesy ekonomiczne i wiele „przeżytków" ery postradzieckiej budzi podziw nie tylko w sąsiednich krajach, ale i na zachodzie Europy. Starannie uprawiane pola, zakłady przemysłowe pracujące nie zawsze na pełnych obrotach, ale sprawnie, bezpieczeństwo publiczne, dobrze zorganizowana służba zdrowia i szkolnictwo (bez zagrożenia narkotykowego), doskonale utrzymane drogi, czyste ulice miast, w miasteczkach i wsiach domy otoczone ładnymi, starannie utrzymanymi ogrodami – wszystko to dobitnie odróżnia Białoruś od jej sąsiadów. Wywołuje też żywą irytację elit rządzących tych krajów, obawiających się infekcji białoruskimi swoistościami.
        Aleksandr Łukaszenko niezwykle umiejętnie wykorzystuje atuty Białorusi. Jest to terytorium tranzytowe między Rosją a Zachodem, tędy przebiegają ważne gazociągi i ropociągi, linie przesyłowe energii elektrycznej, ważne linie kolejowe i drogowe. Aby korzystać z nich bez przeszkód, Rosja musi płacić – głównie sprzedażą na korzystnych warunkach gazu i ropy naftowej. Jest to bardzo istotne, bo Białoruś, jeszcze w czasach radzieckich, została w pełni „zgazyfikowana" a energetyka i przemysł oparte są głównie na ropie i gazie z Rosji. Z atutu „tranzytowości" wyszła też pewna ostrożność tak Zachodu i Rosji w naciskach na Białoruś – każdy z tych Goliatów obawia się, że przekroczenie pewnych granic nacisku, popchnie Białoruś w ściślejsze związki bądź to z Rosją, bądź to z Unią Europejską.
    Łukaszenkę, podobnie jak Castro, nienawidzą przywódcy „świata zachodniego"- szczególnie jego dziś dominującej neoliberalnej części – od USA przez Unię Europejską do Rosji. Niestety, w forpoczcie nagonki na tego polityka i Białoruś czołowe miejsce zajmuje Polska, choć w interesie naszego kraju leży istnienie suwerennej Białorusi.
Jak długo w tych skomplikowanych układach Białorusi uda się zachować suwerenność i – szczególnie – swoistość ustrojową? Trudno w tej mierze cokolwiek prognozować.
Nie chciałbym by to, co napisałem zostało zrozumiane jako apologia (czy choćby usprawiedliwienie) rządów autorytarnych.
Każda dyktatura ma niesympatyczne rysy, a autorytaryzm przerastający w totalitaryzm – przerażające. Tyle tylko, że autorytaryzm jest często przejawem „wyższej konieczności". Dyktatorzy muszą wymiatać śmieci i naprawiać szkody wyrządzone przez władzę (ustrój) nieporadną, choć często w masce demokratycznej. A demokracja, która przerosła w anarchię lub oligarchię, może przynieść straty olbrzymie i trudne do naprawienia. Najlepszym przykładem mogą być dzieje I Rzeczypospolitej. Polska funkcjonowała w XV wieku jako państwo demokratyczne (w realiach zmierzchu średniowiecza) i ukształtowała samodzielnie, powoli, ustrój będący swoistą mieszanka anarchii (brak sprawnych rządów) i oligarchii (faktyczne rządy kilkunastu rodzin możnowładczych w „swoich" regionach). Podane wyżej przykłady wskazują, że dyktatury przyniosły ludzkości bezmiar cierpień, ale wiele z nich wyprowadziło z manowców poszczególne państwa a czasem i kontynenty i były zaczątkiem czegoś nowego, ożywczego.
Aktualny stan świata skłania do niepokoju. – Po upadku europejskiego systemu państw socjalistycznych, kapitalizmowi po raz kolejny „wyrosły skrzydła".
Okazało się jednak, że żywot „świata bez historii" jest bardzo krótki. Wolny rynek i globalizacja ekonomiki tylko do czasu sprzyjały „starym" potęgom ekonomicznym. Obudziły wkrótce z letargu uśpiony potężny potencjał stłamszonego przez Europejczyków w XIX i XX wieku kolorowego świata – Azji, Ameryki Południowej, Afryki (tania i bardzo dobra siła robocza, bogactwa naturalne, ogromne rynki zbytu). Zadziwiająco szybko zaczęły wyrastać nowe mocarstwa (często z zadatkami na supermocarstwa) – Chiny, Indie, odrodzona Rosja, Brazylia i na bliskim horyzoncie Indonezja, Meksyk, Iran, Pakistan, Afryka Południowa, Nigeria, Argentyna. Międzynarodowy „zachodni kapitał" musi stawić czoła innym odmianom kapitału.
Wydaje się, że dziś stoimy u progu nowej epoki niepokoju. Bardzo przypominającej świat w przededniu I wojny światowej: walka o nowy podział świata i narastający bunt „maluczkich" chcących lepszego, racjonalnie urządzonego świata. Mamy nawet podobny detonator – w 1914 roku Serbia i Bośnia, dziś Izrael i Palestyna. To żyzna gleba także dla autorytaryzmu i dyktatur, bo z niespokojnym światem demokracje sobie nie radzą.