Janusz Orlikowski - Tutaj (2)

Ciało człowieka rzuca cień, dlatego jesteśmy. Jest on koniecznym obrazem, tak jak u drzewa i kwiatu. Jedynie czysta pneuma nie ma cienia, ale wtedy nie może ona istnieć na ziemi (opisywany wcześniej chaos samej duszy), lecz jej nieuśpiona obecność powoduje że, „(...) jeżeli ktoś zrani/ Nogę kamieniem to wie, że kamienie/ Są po to, żeby nogi raniły." I jedynie ona powoduje, że jeżeli cokolwiek było, jest, czy będzie jest koniecznością, „Choćby się oczy zamknęło, marzyło,/ Na świecie będzie tylko to, co było", bowiem to nie ona, jak częstokroć mylnie rozumujemy, jest źródłem naszych marzeń i fantazji, a nasze ego, które domaga się realizacji światów nierzeczywistych, a w naszym rozumieniu możliwych. Ten rozdźwięk jest powodem pragnień i pożądań ciała i poprzez niemożliwość realizacji staje się powodem cierpienia. Ta nasza czasowość, podział na czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, o której szerzej pisałem w eseju Wokół czasu. A zatem „Wiara jest wtedy, kiedy ktoś zobaczy/ Listek na wodzie albo kroplę rosy/ I wie, że one są – bo są konieczne." Bo konieczność zna tylko jeden czas, czas wiecznie trwającej aktualności.
Piękne jest nasze ciało takie jakie jest, bo jest konieczne. Czy zatem należy się wyzbyć się wszystkich tych głupstw dotyczących gabinetów odnowy biologicznej i dopiero wtedy uśpiony nie rozumny diament się obudzi? Nie. Jeżeli one są, to znaczy, że również są konieczne, tylko nasz stosunek do nich winien być taki, „jak się patrzy na obce nam rzeczy". Lustro nie wisi na ścianie, a jest w nas i poprzez wychylenie na zewnątrz jest jedynym prawdziwym obrazem. Pożądanie by ciało było tym czym nie jest, wobec niego jest grzechem. Ono nie wymaga od nas kultu, gdyż ze swej istoty w połączeniu z obudzoną pneumą nim jest. Jesteśmy stworzeniami swego Stworzyciela, a skoro tak, cokolwiek przez Niego, Nim jest. Probierzem tej Prawdy jest radość nie zmącona własnym „ja", które już się nie domaga. Czy to możliwe? Nie, konieczne. Dopiero wtedy, bez motyli w brzuchu, możemy mówić o miłości.
Monstrum grzechu pierworodnego świadczy jednak inaczej. Ego tu na ziemi jest i będzie.  Niezaprzeczalny to fakt, ale on stanowi źródło i sens ludzkiej egzystencji. I, by tak powiedzieć, wyrywać się z niego możemy na różne sposoby. Z pomocą przyjść mogą nawet legendy, jak ta o pierwszej żonie Adama, o której piszę w eseju Dlaczego Ewa?, i taki wiersz:

jest we mnie ta kobieta
której na imię Lilith

pierwsza żona Adama
nie odeszła z Raju on
okazał się właściwym
w pożądaniu i kontemplacji
rozkosz
rozdzielając na dwoje

i
nic nie wiedział o tym
jak sobie życzył Swedenborg

wąż zgiął się w pół
wściekle wytrzeszczając oczy
połknął język

ocalałe drzewo we mnie

A jednak pożądanie, wynik własnego „ja", ktoś powie. Odpowiadam: „nic nie wiedział o tym". Działanie więc jest nieświadome, nie chodzi tu o pożądanie w ziemskim rozumieniu, a zastosowanie słowa ma za zadanie wzmóc efekt erotycznej miłości. A skoro już o niej.
Pamiętam esej, gdzie autor około czterdziestoletni (choć wiek tu nie ma znaczenia) opisuje w sposób bardzo subtelny uczucie jakie się pojawia po zaspokojeniu seksualnym. Po chwilowej radości jest nim smutek, czy wręcz przygnębienie. Szczerość i charakter wypowiedzi nie pozwalają mi wyjawić nazwiska. To co od razu wzbudziło mój sprzeciw kilkanaście lat wstecz pojawia się i teraz. Jak to? Jeżeli nie miłość, to co? Przedstawione w sposób bardzo sugestywny uczucie po akcie seksualnym przybiera formę obiektywizacji takiego zjawiska, ale to nic innego jak tylko ciało wraz ze swoim „ja", które nie pozwalało czuć inaczej. Jest to zupełnie analogiczne do przedstawionego wyżej schematu, by tak określić, działania czystego ciała na głupstwa odnowy biologicznej, a dokładnie po niej, czy na koniec biesiadowania przy wcześniej suto zastawionym stole. Pustka powodowana nie kończącą się pożądliwością, gdy nie rozumny diament jest uśpiony. Czyżby zatem opisywana przez autora sytuacja nie była miłością? Była, lecz taką, która wynika z wiersza Wisławy Szymborskiej Miłość szczęśliwa, o czym szerzej w eseju Pożądanie i miłość. Czyste ciało po chwilowej radości powoduje smutek i przygnębienie, bowiem ego jest zawsze nienasycone. Dopiero pneuma pozwala czuć inaczej, gdyż wyzwala konieczność bezinteresownej kontemplacji i dzieje się myślenie poza „ja".
Banałem jest pisać, że miłość jest dawaniem. Każdy to rozumie na swój ziemski sposób i w rezultacie nic nowego. Szukam więc słów, które by były odpowiednie do tego co zamierzam. Czy pomoże mi mój daimonion? Już sam ten zapis, który wskazuje na nieporadność języka, czy też moją, jest pragnieniem pewnego przekroczenia. Zatem już ze swej natury zły. Będę więc tylko starał się nadać słowom sens i być może coś z tego wyniknie. Nie będzie to z pewnością zapis konieczności, która jest obrazem prawdziwej seksualnej, chrześcijańskiej, śmiem twierdzić miłości. „w pożądaniu i kontemplacji/ rozkosz/ rozdzielając na dwoje". Przy czym pożądanie rozumiem tu  w sensie poza ziemskim, czyli nieświadomym w tym znaczeniu, że nie przykuwającym uwagi, odesłane w nie – byt, kontemplację natomiast jak najbardziej na ziemi. Skoro więc już pożądanie nie ma znaczenia, bowiem nie ma własnego „ja" i tym samym wszelkie dawanie siebie staje się koniecznością tak potężną, że brak jest innych możliwości, bo ich po prostu nie ma. Ciało partnera, czy partnerki doznaje tym sposobem wszystkiego tego, co konieczność zawiera, czyli pełnię. Tak jak księżyc jest w pełni, bo to noc i jest on konieczny, bo jest. Ale dziać się to może tylko wtedy, gdy dawany dotyk jest ciału, które również swego ja się pozbyło, bowiem tylko takie poznaje tak samo konieczność. Trwa miłość szczęśliwa, prawdziwa cielesność, by tak powiedzieć, dusz obu. Ziemska  kontemplacja obojga staje się w ten sposób bezinteresowna „ rozkosz/ rozdzielając na dwoje". Nie ma tym sposobem smutku i przygnębienia po erotycznej miłości, gdyż stało się wszystko co konieczne a tym samym i wystarczające. Ba trwa, tylko ciało odpoczywa.
Konieczność zawiera sobą wszystko, gdy pojawia się możliwość to znak, że odzywa się zawsze paskudnie czujne „ja". Powraca to rozumienie, kiedy „(...) ktoś zrani/ Nogę i NIE wie, że kamienie/ Są po to, żeby nogi nam raniły". Może to być wynikiem obojga, lub jednego ze współpartnerów. To znak, że ciału nie dane było wszystko, nie zaistniała konieczność. A może lepiej, bo konieczność jest, nie – realizowała się, by użyć niezbyt tu ładnego, ale trafnego określenia. Dane ciału wszystko co cielesne poprzez aktywny nie rozumny diament to warunek konieczny i wystarczający, aby erotyczna miłość była szczęśliwa.
Przypomina mi się rozmowa z księdzem, której słuchałem w telewizji na religijnym kanale późnym wieczorem. Zapytany przez prowadzącego redaktora o miłość w ogóle, a w tym cielesną, odpowiedział, że miłość polega na dawaniu również w tej sferze i tutaj się uśmiechnął. Lecz nie był to uśmiech zakłopotania czy zawstydzenia, ale raczej pewnej wiedzy o tym jak owo dawanie jest przez małżonków rozumiane, że wiąże się z pożądaniem i jest wynikiem ego. Jest zanadto ziemskie. Tak to przynajmniej odczytałem.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora