Jan Strękowski - Krasnale podróżne

Czym byłoby wędrowanie bez jego rejestracji? Już w dawnych czasach mnożyły się pisane, rysowane czy malowane (jak choćby Słowackiego z podróży do Ziemi Świętej) dzienniki podróżne. Zdawano relacje z wojaży w listach, potem nadeszła era pocztówek, które dawały nie tylko obraz miejsc, do których dotarł wędrowiec, potwierdzały także prawdziwość jego relacji przez odpowiednie, pochodzące z odwiedzanych miejsc znaczki oraz pieczątki urzędów pocztowych. Na przykład na początku lat 20. ub. wieku Międzynarodowe Towarzystwo Kart Pocztowych Ilustrowanych rozsyłało na wszystkie strony świata swoich agentów, których zadaniem było wysyłanie z tych miejsc pocztówek, tak by ich abonenci mogli otrzymać np. widok Kairu wraz ze stemplem tego miasta. Tak jakby tam rzeczywiście byli. Taka pocztówka miała ponoć wartość filatelistyczną. Czy służyła wmawianiu naiwnym, że jej właściciel był w miejscu, z którego nadeszła? Nie wiemy.
Zawsze bywali tacy, którzy potrafili powiedzieć Krzysztofowi Kolumbowi, że nie widział Ameryki. Bywali też oszuści, którzy chwytali się różnych sposobów, byle tylko udowodnić, że dokądś dotarli, szczególnie wtedy, kiedy jeszcze wielką część ziemskiego globu pokrywały białe plamy.
Louis Aragon w wydanym w 1926r. „Wieśniaku paryskim" pisał o osobliwej instytucji, która „podejmowała się nadawania listów w którymkolwiek punkcie globu i przesyłania ich na dowolny adres, co pozwalało odbywać zmyśloną podróż, na Daleki Wschód na przykład..." Wspomniał też, że poeta Paul Valery „podróżował" w ten sposób. Małgorzata Baranowska zaś dodaje, że do podobnych podstępów uciekała się Marlena Dietrich, po to by zmylić prasę i wielbicieli.
Dziś pióro i papier zastąpiły aparaty fotograficzne, kamery filmowe, a przede wszystkim internet, który służy do przekazywania, niemal na gorąco, informacji na temat przygód, jakie napotyka podróżny podczas swego, mniej czy bardziej odległego, wędrowania.
Zmieniły się też sposoby podróżowania. Dzięki rozwojowi techniki świat zmalał, a miejsca, do których docierają turyści nie wywołują już dreszczyku emocji, zbyt oklepane i banalne, jak choćby paryska wieża Eiffela, Chrystus z Rio de Janeiro, czy nowojorska Statua Wolności. Do tego stopnia byliśmy już wszędzie i poznaliśmy wszystko (często za pośrednictwem ekranu telewizyjnego czy ekranu komputera), że podróżowanie, jeśli nie jest to wyprawa na Mount Everest, nie wszystkich już kręci. Ale człowiek – zwierzę wędrowne. Dlatego stara się doświadczyć niemożliwego, choćby być w kilku miejscach w tym samym czasie, co okazuje się nie tak trudne. Człowiek współczesny potrafi mieć ciastko i zjeść ciastko, nawet zwiedzać świat nie ruszając się z fotela.
Dostałem niedawno tajemniczą przesyłkę z Francji. Koperta bez adresu i nazwiska nadawcy zawierała fotografie... krasnala, na tle najbardziej znanych budowli na świecie (Haghia Sophia, Sfinks, Statua Wolności, czy Akropol). Oczywiście, rozpoznałem owego podróżnika. Przed paroma laty wielkim przebojem francuskiego kina był film „Amelia", w reżyserii Jean-Pierre Jeuneta. Główna bohaterka filmu, Amelia, wykradła ojcu krasnala ogrodowego i poprosiła koleżankę stewardessę, żeby wzięła go ze sobą i sfotografowała w miejscach, do których trafi. Fotografie przesyłane na adres ojca sprawiały wrażenie, że wysyła je sam podróżnik.
Ten właśnie krasnal pojawił się w mojej skrzynce pocztowej, zmuszając mnie do przeprowadzenia śledztwa, mogącego wskazać nadawcę przesyłki. Na właściwy trop naprowadziła mnie pieczątka La Poste France. Otóż niedawno wysłałem mieszkającym w Pirenejach przyjaciołom swoją powieść „Dziewczyny z miasta nigdy nie odmawiają", wydaną przed rokiem w wydawnictwie Świadectwo (wydawca Akantu!), której bohaterka z rosnącym zdumieniem śledzi tajemnicze eskapady gipsowego krasnala, żaby i ślimaka. Powieść powstała na początku lat 90 ub. w., gdy mogliśmy obserwować marsz krasnali przez nasz kraj. Marsz gipsowych krasnali został odnotowany nie tylko przeze mnie. W filmie Andrzeja Wajdy „Panna Nikt" z 1997r. znajdowała się scena, która nie znalazła się w ostatecznej wersji filmu, pokazująca stadko krasnali, które zapędziły się do lasu. W drugiej połowie lat 90. ub. w. działał nawet Front Wyzwolenia Krasnali Ogrodowych, którego przywódca został skazany za kradzież z ogródków ponad 150 figurek, które „uwolnił" z ogrodowego więzienia.
Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że krasnal krąży po Europie, a jego wędrówki wpływają inspirująco na innych podróżników. Dziś mamy już do czynienia z całą falą podróżowania zastępczego. Niektórzy nie ukrywają, że zainspirowały ich podróże krasnala z „Amelii". Przyznają to choćby twórcy osobliwego biura turystycznego działającego w stolicy Czech, Pradze, które specjalizuje się w organizowaniu wycieczek dla ... pluszowych maskotek.
Wystarczy wysłać pluszaka do czeskiej stolicy, a personel biura zatroszczy się o to, by nasza pociecha miała niezapomniane wakacje. W programie zapisano zwiedzanie najciekawszych zabytków stolicy Czech. Całość dokumentowana jest na płycie DVD i dostarczana właścicielowi maskotki po zakończeniu urlopu. Koszt – 90 euro.
Polacy nie gorsi. A nawet lepsi, bo przed polskimi pluszakami stoi otworem cały świat. „Wyślij swojego ulubieńca w podróż życia" – wzywa reklama biura. I zachęca: „jeśli naszymi pragnieniami były dalekie podróże, lecz teraz nie możemy sobie na nie pozwolić, to spełnijmy chociaż marzenia naszych ulubionych zabawek i wyślijmy je w upragnioną podróż. (...) Dzięki nam Twój pluszak, w Twoim imieniu (...) zwiedzi wiele cudownych miejsc, spotka interesujących ludzi, weźmie udział w dziwnych przygodach, wygrzeje się w południowym słońcu, a kiedy wreszcie wróci do Ciebie wszystko Ci zaraz opowie, a Ty poczujesz jego nową energię."
Tu także, jak w przypadku biura z Pragi, przewidziana jest dokumentacja, fotografie z odwiedzanych miejsc oraz karty pocztowe i różne upominki, które „miś lub słonik zakupi specjalnie dla Ciebie".
Pluszak może przebierać w propozycjach: pięciodniowa podróż do Limburga w Niemczech, dwutygodniowa wyprawa do Brazylii. Dla pluszaków żądnych pielgrzymowania, przewidziano wizytę w Medjugorie.
To podróżowanie zastępcze. Ale coraz popularniejsze jest podróżowanie w towarzystwie maskotki, traktowanej jak pełnoprawny uczestnik podróży. „Proszę państwa, oto Adam", przedstawia ktoś w internecie swego... plastikowego przyjaciela z którym wędruje po Meksyku. Szczególnie często zabawki czy maskotki towarzyszą samotnym podróżnikom, stając się obiektem zdjęć, a także dając poczucie, że nie jeździ się samemu. Na facebooku możemy np. śledzić przygody goryla Makaka oraz Boba Podróżnika, ludzika z klocków Lego.
Dramatyczny finał miała podróż opisana w blogu „Franek i Pablo okrążają świat". Pablo, sfatygowany pluszowy miś, zaginął w Kambodży, a niepocieszony Franek prosił nawet tamtejszą policję o pomoc w odszukaniu przyjaciela. Inną, równie wzruszającą historią, jest relacja z wędrówek Loli, laleczki zakupionej przez kogoś za 5 zł na warszawskiej Pradze, która podróżuje z każdym, kto zechce ją zabrać. Gdy ktokolwiek ze znajomych wyruszał w podróż, zabierał Lolę. Dostawał login i hasło do profilu Loli na facebooku (Lola the Traveller) i dodawał tam jej zdjęcia. Lola zwiedziła w ten sposób pięć kontynentów, a pierwszą podróż odbyła do Amsterdamu.
Lola zapodziała się gdzieś w Brazylii. Ale nie musimy się o nią martwić, ponoć spotkała tam nowych znajomych, w tym inne podróżujące zabawki. Co jakiś czas pojawia się na facebooku kolejna odsłona jej przygód. Bo nie ma wędrowania bez rejestracji.